Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
93

Apoteoza miłości – w sercu i w łóżku

By nie zmylić czytelników, którzy nie zetknęli się jeszcze z tą powieścią, zamiast zacząć od przytoczenia jej romansowej fabuły, wypada raczej zacząć od przywołania wstępu, którym David Herbert Lawrence poprzedził „Kochanka lady Chatterley”, które ukazało się właśnie nakładem wydawnictwa MG. Dziś nikt nie poprzedza „romansowych” powieści wstępami, ani nie kończy ich posłowiami. Jednak w roku 1928  angielski pisarz uczynił to w nadziei zamortyzowania szoku wywołanego jej publiczną percepcją. Nie uchroniło to utworu od zakazów i konfiskat, w Anglii i USA, choć ukazał się w Paryżu i we Florencji. Kultura obyczajowa krajów anglosaskich, naznaczona purytanizmem była surowsza niż we Francji i Italii, choć także w katolickiej Polsce w 1933 roku skonfiskowano nakład mocno „wykastrowanej” edycji. W Wielkiej Brytanii batalia o „Kochanka lady Chatterley” zakończyła się dopiero w 1972 roku, wydaniem pełnej wersji. A jeszcze w 1960 roku, podczas angielskiego procesu przeciw jednemu z wydawców „Kochanka”, prokurator przywoływał liczbę obfitych przytoczeń w tekście powieści takich słów jak „pierdolić”, „pizda”, „chuj”, „dupa” i tym podobnych.

Nie znam oryginału angielskiego powieści, słabo pamiętam też polskie wydanie z 1987 roku, ale w przekładzie Marcelego Tarnowskiego (o ile czegoś nie przegapiłem) żadne z tych słów nie pojawia się ani razu. Czyżby to był ów złagodzony, ocenzurowany przekład sprzed lat? Bo w  podobnej wersji ci, którzy prześladowali „Kochanka”, właściwie nie mieliby się czego specjalnie „przyczepić”. Nie ma w tym przekładzie nie tylko wulgarnych słów, ale nawet łagodnych scen seksu, a tym bardziej „obscenicznych”, a raczej ich oględne omówienia. Dlatego tym, co w tej wersji „Kochanka” jest najciekawsze, to rozważania o naturze miłości między kobietą a mężczyzną. Jej apoteoza, pochwała nie tylko jej wartości duchowej i fizycznej, ale nade wszystko harmonii między tymi dwiema sferami miłości. („Wierzę w gorące serce. Szczególnie wierzę w gorące serce w miłości, w kochanie się z gorącym sercem. Wierzę, że gdyby mężczyźni potrafili spółkować z gorącym sercem, a kobiety z gorącym sercem to przyjmować, byłoby dobrze. Właśnie obłapianie z zimnymi sercami jest po prostu śmiercią i obłędem”). Jest pochwała miłości jako takiej („Jeżeli się posiada z kobietą właściwy rodzaj wspólnych uczuć lub sympatii, powinno się z nią spać (…) Jedyna przyzwoita rzecz, jaką można uczynić, to iść z nią do łóżka”). Jest pochwała prawdziwej miłości kobiecej („Pragnąłem kobiety, która by chciała mnie i chciała mieć to” (…) Pożądała mnie i nie robiła z tym ceregieli (…) To było to, czego pragnąłem: kobieta, która chciała, żebym ją obłapiał (…) myślałem, że nie ma już kobiety, która by to mogła w naturalny sposób przezywać z mężczyzną”). Jest też pochwała życia i rozrodczości („Jakby jej łono, które było mocno zamknięte, rozwarło się i napełniło nowym życiem”), która mogłaby dobrze usposobić do powieści środowiska pro-life. Jednak długo, w warunkach kultury autorytarnego patriarchalizmu, nie tylko „obscena” opisów miłości fizycznej i wulgaryzmy, ale także ta apoteoza miłości jaką tchnie powieść Lawrence’a była nie do zaakceptowania. Tym bardziej, że chodzi o miłość  grzeszną, pozamałżeńską. Uważano, że takie wyzwolenie instynktów miłosnych zburzy społeczny ład, w tym społeczną podległość kobiety. Zawarte w tekście mądre rozważania o naturze miłości, o pragnieniach męskich i kobiecych wydają się być dziś ciekawsze nawet niż sama opowieść o pozamałżeńskim romansie z klasowym wydźwiękiem. Sprawiają one, że „Kochanek” zyskał po blisko stu latach drugą młodość. Pierwszą była jego skandalizująca, „rewolucyjna”, pionierska wymowa. Ta jednak z latami i dziesięcioleciami wyblakła, zwietrzała, zdystansowana przez zalew prawdziwie ostrego erotyzmu i pornografii w literaturze po 1968 roku. Po dziesięcioleciach wraca jako ciągle aktualna i sensowna apoteoza miłości i wezwanie do uczenia się mądrego mówienia o niej, o czym także pisał Lawrence w swoim wstępie. Może tylko umieszczone na okładce motto („Mężczyzna może swoim ciałem być dla kobiety żywym kluczem do całego świata”) niekoniecznie spodobałoby się radykalnym feministkom jako wyraz filozoficznego maczyzmu, ale to już temat na inne rozważania.

A na koniec, bo przy wszystkich kulturowo-obyczajowych kontekstach związanych z „Kochankiem”, jest to jednak „romans erotyczny”, poinformujmy czytelników o czym powieść traktuje – o „historii namiętnego romansu angielskiej arystokratki z leśniczym”. Bohaterka, Constance Chatterley, poślubia mężczyznę, arystokratę, który wraca z wojny jako kaleka i impotent. Constance (Connie) nawiązuje romans z plebejuszem, leśniczym, co w warunkach tamtego społeczeństwa purytańskiego z jego postwiktoriańskim rygorem jest grzechem i występkiem podwójnym: seksualnym i klasowym, po czym rozstaje się z mężem.

David Herbert Lawrence  – „Kochanek lady Chatterley”, tłumaczenie Marceli Tarnowski,  Wydawnictwo MG, Warszawa 2023, str. 400, ISBN 978-83-7779-892-8

Literackie złoto Zyty Rudzkiej

„Moja bohaterka straciła miłość, męża, pracę. Niewielki dorobek wyprzedała na bazarze. Ale Wera jest nie do zdarcia. Nie celebruje utraty. Nie chce być wdową, ani ofiarą. Kocha kogo chce, i żyje, jak chce, stąd jej siła. Spotykam ciągle takie kobiety – chciałam oddać im głos” – tak w duchu społecznikowsko-feministyczno-tożsamościowym przedstawia Zyta Rudzka swoją najnowszą, wydaną przez WAB powieść. Na pewno trzeba to docenić, bo intencja autorki jest bardzo ważna, ale jak zazwyczaj, od czasu gdy Rudzka weszła na scenę polskiej literatury, jej największą siłą jest jednak język. W końcu na tego rodzaju społeczny, prokobiecy przekaz można natrafić w pierwszej lepszej, mniej czy bardziej udatnej konfekcji powieściowej. A Zyta Rudzka (rocznik 1964), renomowana prozaiczka i dramaturżka, laureatka prestiżowych nagród, tłumaczona na liczne języki autorka m.in. „Białych klisz” (1993), „Pałacu Cezarów”, „Uczt i głodów” (1995), „Mykwy” (1999), „Dziewczyn Bonda” (2004), „Krótkiej wymiany ognia” (2018) czy„Tkanek miękkich” (2020) szlachetne intencje moralne wciela w wyborny artyzm literacki.

Rudzka jest pisarką bardzo spostrzegawczą, czujną i wrażliwą na sferę otaczającego nas języka, na jego sferę potoczną. Jest czujna w swej reakcji na jego klimat, rytm, melodię, składnię, słownictwo i frazeologię. Wrażliwa szczególnie na tę jego sferę, w której wyraża on potoczne, naturalne emocje i namiętności, klimat dookolnej egzystencji. A ponieważ egzystencja, realność, jest rozbita, rozproszona, fragmentaryczna, nielinearna, więc taki też jest język prozy Rudzkiej, zdania rwane, krótkie, często jednowyrazowe równoważniki zdań. Taką prozę niektórzy nazywają eksperymentalną. To określenie do pewnego stopnia trafne, choć nie jest to eksperymentowanie zimne, laboratoryjne, lecz oparte na emocjach, wrażeniach doznawanych przez zmysły pisarki, oparte na tym co widzi, na dotyku, smaku, zapachach. Eksperymentuje jednak Rudzka z czasoprzestrzenią swoich powieści, stosuje powtórzenia, wdaje się w zapętlenia, zakola, zakrzywienia, w szczeliny miejsc, akcji i czasu, a także psychiki postaci. Jej bohaterowie i – nade wszystko – bohaterki, choć pozornie to pospolici, zwykli ludzie z ulic, sklepów, przychodni zdrowia, miejskiej komunikacji, są jednocześnie postaciami nieoczywistymi, nieschematycznymi, bujnymi, czasem zaskakująco rozrastającymi się niesfornie na wszystkie strony, niczym nieprzycinane krzewy.

Werze z „Kto się śmieje, ten ma żeby”, prostej kobiecie, fryzjerce, umiera mąż, zostaje wdową i zmaga się z pierwszymi godzinami i dniami wdowieństwa, które wywraca jej życie. To gwałtownie przeżywana, siermiężna „odyseja” przygotowywania pogrzebu zmarłego męża. Rozrachunek z nim, z małżeństwem, z dotychczasowym życiem rozrasta się pod „piórem” Rudzkiej w dynamiczny, kipiący sensami monolog o życiu. Z pospolitości spraw, którymi żyła i żyje Wera wyłania się opowieść o kosmosie egzystencji, który gęstością mógłby nawet przywołać skojarzenie z prozą Gombrowicza. Nie brak też charakterystycznej dla Rudzkiej wybornej, obrazowej ironii, także tej pełnej rubasznej, bezceremonialnej seksualności („Łóżko całe dla mnie, uwalam się jak księżna. Po Dżokeja (męża) stronie wygodniej, po pańsku, sprężyny nie bagnetują. Mało ważył, łóżka nie niszczył. Tyle co się na mnie naskakał. Kiedy to było. (…) Całkiem w fiucie ostygł. (…) Tyle że rwał się do całowania. Mokre pocałunki to jego specjalność. (…) Ale mam cyce, mam dupę. (…) Łóżko duże, spać nie idzie. Po pochowaniu się wyśpię”. Ale są i wspomnienia wcześniejszej fazy małżeństwa: „Kwietniowy ścisk w piczy, jakby ludzkość była na wymarciu, trzeba się szybko ruchać, rodzić”. Można rzec, że każde zdanie prozy Rudzkiej jest na wagę literackiego złota. W tej niebywałej kreatywności języka, jednocześnie wziętego z natury i przetworzonego literacko należy Rudzka do tej rodziny pisarzy, do których należy i Białoszewski, i Masłowska, i niektórzy, najbardziej utalentowani „zbereźnicy”, ale nie ma w tym krzty naśladownictwa, epigoństwa. Język Rudzkiej jej „samoswój”. Przepadam za prozą Zyty Rudzkiej, bo naturalność języka i artyzm prozatorski łączą się u niej we wspaniały, najwyższej próby, mistrzowski stop.

Zyta Rudzka – „Ten się śmieje, kto ma zęby”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2022, str. 253, ISBN 978-83-831-8198-1

Ciężki stan stanu błogosławionego

W przypadku tej nieszablonowo skonstruowanej minipowieści warto zwrócić uwagę na istotny fakt, że jest to jej drugie, i to po 21 latach, wydanie (Marta Dzido – „Ślad po mamie”, wydanie II, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023, str. 137, ISBN 978-83-67555-32-6).To zdarza się rzadko prozie z kręgu literatury współczesnej, która funkcjonuje niczym pojawiające się na chwilę i szybko znikające „jętki jednodniówki”. Co zainspirowało drugą edycję? O tym za chwilę. Marta Dzido, 42-letnia dziś pisarka i reżyserka-dokumentalistka zadebiutowała jako szesnastolatka. Jest autorką m.in. powieści „Małż”, „Matrioszka”, zbioru opowiadań „Sezon na truskawki” i reportażu „Kobiety Solidarności”. Za powieść „Frajda” zdobyła w 2019 roku Europejską Nagrodę Literacką. Jest autorką zdjęć do filmu dokumentalnego „Podziemne państwo kobiet”, o nielegalnej aborcji w Polsce, jako scenarzystka i reżyserka pracowała również przy dokumentach „Solidarność według kobiet” oraz „Siłaczki”. Co tu mydlić oczy. Jest pisarką-feministką. Drugie wydanie autorka poprzedziła krótkim wstępem,  w którym wpisała treść powieści sprzed 21 lat w obecny kontekst.

Co sprawiło, że ta krótka powieść została wznowiona przez kolejną oficynę? Zapewne po części niezmiennie aktualny w Polsce, a nawet zaostrzony po dwóch dekadach od pierwszej edycji, problem zakazu aborcji w Polsce, który radykalnie podważa prawa kobiet i jest w obecnej Europie właściwie ponurym ewenementem (jeśli nie liczyć Malty). Fabuła „Śladu po mamie”, krótko streszczona przez wydawnictwo może sprawić wrażenie standardowej i standardowo przedstawionej: „Spojrzenie na aborcję z perspektywy pojedynczej kobiety, bez uwikłania w polityczny kontekst. Nastoletnia Anna zachodzi w ciążę z Grześkiem, który pojawia się z plikiem banknotów i adresem dyskretnego gabinetu ginekologicznego. Umawia się na zabieg i po wszystkim próbuje na nowo poukładać swoje życie. Wraca myślami do dzieciństwa, tworzy alternatywne scenariusze i zastanawia się nad okolicznościami własnego przyjścia na świat. W tle miłość, przyjaźń, imprezy, narkotyki i próby wejścia w dorosłość”.

Jednak czytelniczka czy czytelnik, zajrzawszy do egzemplarza od razu przekona się, że formuła zastosowana przez Dzido standardową formułą powieściową nie jest. To raczej forma niby-dziennika, strumienia myśli, wrażeń, uczuć, leków, obserwacji. Konstrukcja narracji jest rwana, nielinearna, nieregularna, jak faktura naszego życia psychicznego, składająca się z wirujących jakby w kalejdoskopie cząstek. („Lekarka do której poszłam, potwierdziła wynik. Zapytałam ją wprost, czy mogłaby mi pomóc. Udała, że nie wie o co chodzi. Powiedziała, że z chęcią poprowadzi moją ciążę. Poprosiłam ją chociaż o jakiś numer telefonu lub adres. – Proszę pani, nie będę brała udziału w przestępstwie, to jest zabronione. Przykro mi. Mnie też było bardzo przykro…”)

Forma to jednak w przypadku takiej problematyki nie wszystko, a raczej stanowczo za mało. Dlatego od opinii innych krytyków, recenzentów bardziej byłem ciekaw, jak powieść ta odbierana jest przez młode kobiety, rówieśniczki bohaterki powieści. I natrafiłem na jedną taką wypowiedź: „Cześć, nazywam się Ania i mam 19 lat. Mogłam być mamą. Mogłam, ale usunęłam … Marty Dzido „Ślad po mamie” to ten typ prozy, gdzie napisanie: „Książka jest super i w ogóle bardzo mi się podobała, uważam, że naprawdę warto ją przeczytać” jest popełnieniem faux pas, którego należałoby się długo wstydzić. Mowa w niej bowiem o łyżeczkowaniu, aborcji i nienarodzonych płodach. To, co mnie bardzo zaskoczyło to skrócenie opisów samego zjawiska aborcji do minimum, a opisanie wszelkich snów, przeżyć wewnętrznych i „schizów”, jakie przyszło przeżywać nastoletniej bohaterce. Podczas lektury czytelnika mogą zaskoczyć: ogromna dojrzałość i mądrości, które wypływają z ust maturzystki. Więcej nie zdradzę.

Mocna.
Tak można ją krótko scharakteryzować. We współczesnym świecie, gdy nic nas nie szokuje, gdy na wszystko mamy proste „olać” jest w tej książce coś, co przykuło moją uwagę. Siła kobietki, która pisze o dziewczynce, ale z mocą bogini. Problem aborcji, który spływa po nas w życiu codziennym, staje się czymś bardzo dosadnym. Pomimo tego, iż jest to dramat jednostki czytelnik wywołuje w sobie pewne poczucie winy, dochodzi do swego rodzaju rachunku sumienia. Historia dziewczyny w klasie maturalnej, która zachodzi w ciążę. Brak jej jednak sił, które miała jej matka (niedaleko pada jabłko od jabłoni) i, za namową swojego faceta, usuwa płód. Więcej nie opowiem.

Społeczna…
… bo reszta książki to opisy wnętrza niedoszłej matki, koszmary, chęć pomocy sobie, ale także przyjaciółce – narkomance. Świat w koszmarnym kalejdoskopie, gdzie stale powtarzający się obraz to twarz wykrzywiona w grymasie bólu po utracie płodu, który był jej dzieckiem. Wkraczanie jej rówieśników w świat dorosłych jest katorgą. Aby opowieść była ciekawsza pojawia się mężczyzna. Dojrzały mężczyzna. Mało tego – mężczyzna mamy. Platoniczna miłość, bliskość, pociąg fizyczny? Nie odpowiem. „Ślad po mamie” jest powieścią krótką, ale bardzo dojrzałą i dosadną. Do przeczytania w godzinę, do rozmyślania przez miesiąc. Więcej nie powiem”. Ja też nic więcej nie powiem, bo zgadzam się z opinią tej młodej czytelniczki.

Marta Dzido – „Ślad po mamie”, wydanie II, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023, str. 137, ISBN 978-83-67555-32-6

Przygoda polskiego romantyzmu

Tom „Romantyzm polski” autorstwa Bohdana Urbankowskiego wydany przez krakowską oficynę „Biały Kruk” nie jest naukową, uniwersytecką syntezą tego kierunku artystycznego-kulturowego, lecz osobistą, subiektywną opowieścią autora o nim. Urbankowski nie koncentruje się wyłącznie na artystycznych tworach polskiego romantyzmu, na poezji i dramaturgii Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego i pomniejszych talentem kolegach po piórze (jak n.p. Kornel Ujejski, Józef Bohdan Zaleski, Wincenty Pol czy Adama Asnyk), na romantycznym malarstwie (Artur Grottger czy Piotr Michałowski), ale pokazuje też historyczne tło epoki, na glebie której romantyzm się zrodził. Urbankowski jest radykalnym patriotą polskim, więc opowieść swoją zaczyna nie od literatury i sztuki romantycznej, lecz od zagadnienia rycerskiego honoru i tyrteizmu polskiego, od pierwszych polskich hymnów, od czynu legionowego Jana Henryka Dąbrowskiego u schyłku XVIII wieku, w którym widzi zapowiedź historycznego romantyzmu, o wichrów historii, od pól bitewnych, od udziału romantyków w walce o niepodległość, od Mickiewicza do Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, w końcu wielkiego, XX-wiecznego pogrobowca i spadkobiercy romantyzmu. Dawne wojny i powstania polskie pokazuje jako „wojny poetów i ułanów”. Tylko momentami, dłuższymi lub krótszymi, zwraca Urbankowski swoją uwagę na „nieśmiały”, pokojowy, spokojny, sielankowy romantyzm takiego poety jak Kazimierz Brodziński czy skomplikowany duchowo romantyzm Antoniego Malczewskiego, romantyzm dwuznaczny i przewrotny mickiewiczowskiego „Konrada Wallenroda”. Napisał też o świecie snów Słowackiego, o trzech różnych nieco romantyzmach trzech wieszczów, o późniejszym i osobnym romantyzmie Norwida. W swoim romantycznym zapale Urbankowski włącza do niego nawet oświeceniowego biskupa Ignacego Krasickiego jako twórcę hymnu „Święta miłości kochanej ojczyzny”, Konstytucję 3 Maja, Konfederację Barską, Insurekcję Kościuszkowską, a nawet Zawiszę Czarnego, co zresztą uczynił już Słowacki. Pragnąc nadać swojej księdze także walor pedagogiczny Urbanowski przybliża problematykę, a nawet streszcza niektóre z najważniejszych dzieł romantycznego dramatu, jak mickiewiczowskie „Dziady”, „Kordiana” Słowackiego czy „Irydiona” i „Nieboską komedię” Krasińskiego. Zwraca też Urbankowski uwagę na liczne romantyczne „mity i szyfry”, choć akurat do ironii romantycznej, tej attyckiej soli romantyzmu się nie odnosi, a to przecież wspaniała część intelektualnej esencji tego nurtu. Historię polskiej przygody romantycznej kończy Urbankowski na przedostatnim wybuchu duchowości romantycznej, na Powstaniu Styczniowym 1863, które finalizowało romantyzm polski, tak jak Powstanie Listopadowe 1830 roku było czasem jego apogeum. Nie sięgnął już po „drugi rzut” polskiego „romantyzmu czynu” jakim był „czyn legionowy” Józefa Piłsudskiego 1914-1918, ale temu poświęcił kilka innych książek. Potoczystą, barwną lekturę ubarwia piękna, obfita ikonografia, zatem lektura przygód „polskiego romantyzmu” jest dla czytelnika podwójnym, poznawczym i estetycznym doświadczeniem.

Bohdan Urbankowski – „Romantyzm polski”, Biały Kruk, Kraków 2022, str. 559, ISBN 978-83-7553-356-9

Okupacja z dala od patosu

Wydana w 1947 roku powieść Stanisława Rembeka była bardzo świeżym, bezpośrednim spojrzeniem na wojnę i okupację. Ta bezpośredniość czasowa nadaje świadectwu pisarza wzmożoną wagę i wierzytelność. Wszelka proza wojenna pisana wiele lat, a tym bardziej dziesięcioleci po wojnie, obciążona jest bowiem silnie prawdopodobieństwem przetworzeń czy zafałszowań wynikających z aktywnej pracy pamięci, porządkującej doświadczenia i nakładającej na nie doświadczenia późniejsze, a tym samym odzierającej je ze spontanicznej świeżości i prawdy. Ideę artystyczną swojej powieści bardzo interesująco wyłożył sam Rembek. „Tak się złożyło, że podczas hitlerowskiej okupacji musiałem utrzymywać stałe stosunki z jednym z miasteczek polskich. (…) Mieszkają tam ludzie o ustalonych zasadach moralnych, o małych ambicjach (…) a zarazem o niesłychanie małym kręgu zainteresowań. W końcu do czego ci ludzie dążyli przed wojną? Jedynie, żeby móc zachować swoją słabą egzystencję. Nie interesowały ich wielkie wydarzenia, dążenia, namiętności, przewroty, programy. I oto do tego zagubionego zakątka wlewa się ognista lawa światowej pożogi. Jakże więc będzie wyglądało to odbicie potężnej nawałnicy w tej jakby przysłowiowej „szklance wody”? Co za kontrast i co za temat dla  powieściopisarza. (…) Wszyscy ludzie występujący w mojej powieści są to zwykli małomieszczanie o odpowiednim dla nich poziomie wrażeń, odczuwań, sądów”.

Ten poziom jest bardzo niski. Wyrażają go ze swoich punktów widzenia dwie postacie: prymitywny alkoholik, tytułowy Franciszek Kłos, „granatowy” policjant oraz bliski mu mentalnie i umysłowo majster murarski. Sprawia to, że dramat ogniskujący się wokół Franciszka Kłosa pokazany jest z perspektywy ludzi prostych, ograniczonych, kierujących się instynktami, nie sięgających refleksji intelektualnej. Tak pokazany obraz okupacji, z żabiej perspektywy, nie ma atrybutów bohaterstwa, patosu, wysokiego diapazonu, lecz przypomina potworne, błotne grzęzawisko wszelkiej małości, nicości, nikczemności. Świata ukazanego przez Rembeka nie zaludniają bojowcy, konspiratorzy o wysokiej świadomości patriotycznej i moralnej, a tym bardziej ludzie uduchowieni na podobieństwo Baczyńskich, Bojarskich, Gajcych czy Trzebińskich, wielkich bohaterów tej epoki, lecz ludzka, do bólu trywialna, biologiczna, płaska mierzwa. Jednocześnie jednak, zgodnie z własną deklaracją, Rembek nie przyjął wobec bohaterów swojej powieści perspektywy pogardliwej ani nawet „przyrodniczej”, jak entomolog. Zobaczył bowiem  tych ludzi z perspektywy moralności chrześcijańskiej, z jej ideą miłosierdzia, zrozumienia i przebaczenia. Nawet człowiek tak wszechstronnie podły i odrażający jak Kłos, pokazany jest z chrześcijańskim współczuciem, bez nienawiści. I to pomimo tego, że realistyczna, a nawet, zgodnie z jego własnym określeniem autora, reporterska tkanka powieści podana jest w tonacji skrajnie ekspresjonistycznej, brutalnej, gwałtownej, momentami na granicy groteski i percepcji deliryjnej (alkoholizm tytułowego Kłosa). Rembek ukazał okupację, jak to z perspektywy mikrokosmosu prowincjonalnego miasteczka, z perspektywy „bocznicy dziejów”. Nie tyrtejska konspiracja, ale handel bimbrem i szmugiel żywności są tu osią egzystencji, ale jednocześnie mamy tu dość rozległe spektrum postaw Polaków za okupacji, od poświęcenia do zaprzaństwa, a faktura psychologiczna, socjologiczna, kulturowa, polityczna tego obrazu jest bardzo bogata. Jest to jednocześnie także studium alkoholizmu, prymitywnego antysemityzmu i osuwania się na moralne dno. Pierwsze wydanie „Wyroku na Franciszka Kłosa” ukazało się w momencie apogeum dyskusji wokół conradowskiego etosu wierności i heroizmu za wszelką cenę, więc niektórzy krytycy tego okresu widzieli w tej powieści rembekowy rewers tej idei, jej krańcowo negatywne przeciwieństwo. Przypomina to casus „Wzlotu” Iwaszkiewicza jako pozytywnego w tym przypadku, rewersu „Upadku” Camusa. To bardzo dobrze, że nieoceniony PIW wydał ponownie tę powieść w ramach edycji  dzieł zebranych Stanisława Rembeka. Czytana po wielu dziesięcioleciach od śmierci pisarza (1920-1985), proza Rembeka jawi się jako fenomen artystyczny, który przetrwał próbę czasu, a może nawet, wraz z jego upływem, zyskał na wartości.

Stanisław Rembek – „Wyrok na Franciszka Kłosa”, dzieła zebrane tom VI, pod red. Macieja Urbanowskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str.  238, ISBN 978-83-8196-471-5

Stary Kenzaburō Ōe na nowo

Sięgając po tę powieść miałem wrażenie, że skądś znam podobny tytuł, choć w  nieco innej  wersji. I nie omyliłem się. Ta powieść ukazała się jako „Sprawa osobista”, w połowie lat siedemdziesiątych, dokładnie w roku 1974, także nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, w znakomitej Serii Prozy Współczesnej, przybliżającej polskim czytelnikom  niektóre najważniejsze dokonania prozy światowej Wtedy jednak nie zwróciłem uwagi na to, że nie był to przekład z języka japońskiego, lecz z przekładu angielskiego na język polski. Ta sama wersja ukazała się jeszcze raz, w roku 2005. Pół wieku później ukazała się także nakładem PIW, ale tym razem przełożona z języka japońskiego. Ta słynna powieść Kenzaburō Ōe, jednego z dwóch japońskich autorów uhonorowanych jak dotąd Literacką Nagrodą Nobla, oparta jest częściowo na motywach autobiograficznych. Niespełna trzydziestoletni bohater, nazywany od dzieciństwa Ptakiem, zostaje ojcem dziecka z przepukliną mózgową, chłopca o którym lekarza mówią „warzywo”. Związana z tym odpowiedzialność jawi się Ptakowi niczym uwięzienie w klatce. Eskapizm mężczyzny prowadzi go w rejony pełne wstydu i mroku. Oe stawia w niej pytania o odpowiedzialność za drugiego człowieka, za własne dziecko. Główny bohater – mężczyzna imieniem Ptak – zmaga się ze swoimi lękami i wątpliwościami wobec wychowywania niepełnosprawnego dziecka. To wybitna proza oscylująca między liryzmem a naturalizmem, opowieść o przemianie bohatera i jego stopniowym godzeniu się z sytuacją.

Kenzaburō Ōe, ur. w 1935 w Ose na wyspie Sikoku, to japoński prozaik i eseista, laureat Literackiej Nagrody Nobla za rok 1994, aktywista ruchu antynuklearnego. Ukończył studia romanistyczne na Uniwersytecie Tokijskim, w tym samym czasie debiutował jako prozaik. W 1958 roku otrzymał prestiżową Nagrodę Akutagawy, wyróżniony również m.in. Legią Honorową (2002). Uznawany jest za wybitnego wyraziciela postaw pokolenia dojrzewającego podczas wojny w Korei (1950–1953). W twórczości porusza podstawowe problemy współczesności, szczególnie wiele miejsca poświęca konfliktom w środowisku młodzieży, a bohaterów przedstawia w sytuacjach ostatecznych – konfrontacji z chorobą, poniżeniem, wojną i śmiercią. Opublikował wiele opowiadań, powieści i książek eseistycznych. W Polsce ukazały się m.in. powieści: „Sprawa osobista” (PIW 1974, 2005) i „Zerwać pąki, zabić dzieci” (2004).

Kenzaburo Ōe – „Osobiste doświadczenie”, przekład Dariusz Latoś, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 246, ISBN 978-83-8196-439-5

Lira, Rebis, Zwierciadło
Propsia opowieść

„Prawnik Connor Wyeth jest świetnie zorganizowany. Ale kiedy adoptuje krnąbrnego Maxa, okazuje się, że ma do czynienia z niszczycielskim żywiołem. Pies słucha tylko Deennie Mitchel, spontanicznej i optymistycznie nastawionej do świata dziewczyny, wolontariuszki ze schroniska „Kosmaci Przyjaciele”. Deennie uważa, że atrakcyjny prawnik mógłby zaimponować jej idealnej rodzinie na zbliżającym się ślubie siostry. Kiedy dowiaduje się, że Connor z kolei potrzebuje osoby towarzyszącej na imprezach filmowych, zawiązują z pozoru niemożliwy sojusz. A gdy tak udają zgraną parę, wszystko nagle zaczyna nabierać realnych kształtów… Przeciwieństwa się przyciągają, lecz mężczyzna, który wszystko planuje z ołówkiem w ręku, i kobieta kierująca się w życiu własnymi zasadami rzeczywiście znajdą płaszczyznę porozumienia?”

Barwnie napisana, zajmująca a przy tym, przy okazji sympatycznie propsia historia, która bardzo dobrze się czyta.

Lizzie Shane – „Był sobie psiak”, przekł. Magdalena Hermanowska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2023, str. 356, ISBN 978-83-8188-355-9

Dramatycznie i wartko

„Jane Coulfield, studentka filozofii Uniwersytetu Harvarda, w 1936 roku udaje się do Niemiec, by poznać lepiej filozofię Martina Heideggera i zrozumieć naturę Rzeszy po rządami Hitlera. Nawiązuje tam przelotny, jak wówczas myśli, romans z młodym Niemcem. Z czasem jej sytuacja komplikuje się i musi uciekać do Francji, gdzie zaszywa się na kilka lat. Jednak po wybuchu wojny przeszłość nieoczekiwanie daje o sobie znać… W wyniku splotu różnych okoliczności Jane dociera do Jugosławii i trafia do piekła Jasenovaca, straszliwego obozu prowadzonego przez chorwackich ustaszy. Tam zmierzy się z uosobieniem zła – byłym księdzem, komendantem Miroslavem Filipoviciem-Majstoroviciem. Czy starczy jej sił, nie tylko fizycznej, by przetrwać. Bohaterka spotyka na swojej drodze postaci historycznej, wśród nich Josipa Broz-Titę, Gertrude Stein czy Hannah Arendt, a jej niezwykłe losy toczą się na tle znanych z historii wydarzeń. Autor stworzył charakterystyczny dla swej twórczości kolaż gatunków: wstrząsającej powieści wojennej, romansu z wątkiem obyczajowym i traktatu filozoficznego. To poruszająca lektura, dzięki której czytelnicy, śledząc losy Jane, ważnego świadka zbrodni w bałkańskim Auschwitz, z całą mocą mogą poczuć, że II wojna światowa była w istocie piekłem. To zarazem uniwersalna opowieść o nietuzinkowej kobiecie i jej dramatycznej walce o przetrwanie”.

Autor zgrabnie ujął szeroką panoramę przedwojennej i wojennej historii, ciekawie splatając indywidualne przygody nieprzeciętnej pod każdym względem kobiety z popularnym wykładem fragmentu dramatycznej historii Europy i USA

Wojciech Dutka – „Amerykanka”, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2023, str. 423, ISBN 978-83-67654-09-8

Miłość w blasku footballu i Paryża

„Maja jest bibliotekarką, pasjonatka książek, która na własnej skórze przekonała się, że pierwsza miłość nie ma nic wspólnego ze słodkim zauroczeniem. Uciekając w świat fikcji, ignoruje wszelkie możliwości nawiązania bliższych relacji z mężczyznami. Dziewczyna ulega namowom przyjaciółki i idzie na spotkanie klasowe. Nieoczekiwanie pojawia się również Kajetan, szkolna miłość Majki, a obecnie znany piłkarz grający na pozycji napastnika w jednym z czołowych paryskich klubów. (…) Jednak los bywa kapryśny, a fabuła nieprzewidywalna, Kilka miesięcy później Majka trafia do Paryża, gdzie narzeczona Kajetana Wernera musi odnaleźć się w świecie celebrytów (…)”.

A tu zmiana klimatów, z zagranicznych miłosnych i wojennych na polsko-zagraniczne, na historię „kopciuszka”, skromnej bibliotekarki, której przydarza się wielka przygoda miłosna ze słynnym piłkarzem w Paryżu.

Anna Szafrańska – „Once Upon a Time”, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2023, str. 299, ISBN 978-83-8132-338-3

Kampinoski kosmos

Ta księga naprawdę zasługuje na miano „pięknej”. I choć kocham naturę, a nie przepadam za czytaniem o niej, to opowieści kampinoskie Lechosława Herza czytałem nieomal ze wzruszeniem. I z poczuciem zaskoczenia, bo nie spodziewałem się, że Puszcza Kampinoska, którą brałem tylko za bardziej od innych rozległy i bogaty las, jest krainą tak niewiarygodnie bogatą pod każdym względem, od jej fauny i flory, poprzez związaną z nią kulturę materialną, związki z kulturą, historią kraju i indywidualne losy ludzkie. Styl w jakim Herz pisze o naturze jest rzadkiej urody,  a o naturze pisać nie jest  łatwo, bo często popadają autorzy albo w schematy albo w nudę. Herz pisze o naturze ze znawstwem, miłością, ale bez sentymentalnej czułostkowości, niebywale obrazowo, a jednocześnie rzeczowo. W jego opowieści przewijają się postacie, sprawy i echa najdawniejszej do niedawnej historii Polski, przewijają się też obrazy puszczańskie obecne w polskiej literaturze i sztuce. To niewiarygodne jak bogaty świat wyłania się z przestrzeni, która może wydawać się na pozór tylko gęstym zbiorowiskiem drzew i innych roślin oraz zwierząt. Okazuje się, że ta enklawa odseparowana – na pozór – od standardowego, pozapuszczańskiego życia jest do tego stopnia zanurzona w historii kraju, że odbija się w niej ona niczym w soczewce. Herz opisuje także miejscowości znajdujące się w obrębie lub bliskim sąsiedztwie Puszczy Kampinoskiej, jak choćby Brochów, Dziekanów, Lipków, Truskaw czy Laski, przywołuje mitologię puszczy z historiami o topielcach i zmorach. Wielu czytelników zaskoczyć może, że pośród Kampinosu rozciąga się kilka pasm lokalnych, małych gór. Herz przywołuje też wszystkie barwy, kształty, smaki i zapachy Puszczy. Lechosław Herz napisał swoją opowieść o Kampinosie nie jako autor zewnętrzny”, lecz jako człowiek tej puszczy od kilkudziesięciu lat, jako ktoś kto w niej mieszkał i od lat z nią współegzystuje, czuje i rozumie. „Puszcza Kampinoska jest drugim co do wielkości polskim parkiem narodowym i światowym rezerwatem biosfery, wielkim skarbem przyrody ojczystej i europejskiej. Niniejsza książka jest opowieścią o puszczy, o jej niezwykłym przyrodniczym pejzażu, o różnych miejscach i miejscowościach; jest po części krajoznawcza gawędą, a trochę też zwierzeniem się autora z fascynacji tą puszczą i światem ją otaczającym” – napisał Herz w zakończeniu swojej pięknej i pasjonującej książki.

Lechosław Herz – „Puszcza. Opowieści kampinoskie”, „Iskry”, Warszawa 2022, str. 286, ISBN 978-83-244-1127-6

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko