Karl Grenzler – wiersze

0
105
Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

Bory Tucholskie                          

jak suszone grzyby
kurczy się świat
w mojej głowie

kołatają wczesne
obrazy uczucia
zasłyszane

jakże inaczej pachniała
codzienność dziadków
jesienią

poranna mgła borów
każe się domyślać

opadłe liście pachną
deszczem i grzybami

miękkość wilgotnego mchu
wyściela las

coraz głębiej można
zaglądać do jego wnętrza

wypełniały się piwnice komórki
spichlerzyki węglem drewnem zaprawami

w pogotowiu stały cynowe bańki
z naftą do lamp

rozświetlały mrok długich wieczorów
podczas częstych awarii prądu

w kamionkach smalec ze
skwarkami wieprzowy gęsi

w beczkach kiszona kapusta
ogórki buraki śledzie

w kuchni wisiały wypolerowane
popiołem garnki

suszone kwiaty lipy zioła
w płóciennych woreczkach

warkocze czosnku cebuli
suszonych grzybów

w kościele szepty
różańcowych modłów

każdy swój kąt dzieci
zapełniały zabawkami

ludzikami zwierzątkami
z kasztanów żołędzi

szeleściły suche liście
zamiatane z ulic grobów

światełka pamięci rozświetlały
uroczyste cmentarze

***
jakże inaczej pachniała
codzienność dziadków
zimą

trzask podpałki z
żywicznej sosny
budził dzieci

śpiące w ciepłej pościeli
płukanej w deszczówce
potem krochmalonej

bose stópki stawiały na
deski szorowane szczotką
ryżową i mydlinami

mahoniową podłogę w soboty
pastowaną i glancowaną
filcowymi kapciami

wieczorami wpatrywały się w żeliwne
drzwiczki opowieści szybra wypełnionego
jabłkami pieczonymi z cukrem i cynamonem

dzieci po śniegu zdążały na roraty z
migotającymi latarenkami kościół
wypełniał śpiew i poświata świec

i nareszcie tak długo oczekiwana choinka
odbijane w bombkach szeroko otwarte oczy
rozdziawione buzie iglasty zapach radości

Bóg się nam narodził

***
jakże inaczej pachniała
codzienność dziadków
wiosną

patrzyli przez okna
zaglądali do spiżarni
jak długo potrwa przednówek

świeży chleb znaczony krzyżem
powszedni każdy okruszek
podniesiony i ucałowany

rozwijały się uśpione mikro-
przestrzenie bór się wypełniał
brzmieniem życia

coraz śmielsza pieśń lasu
drzew szumu rytm
kolorystyka śpiewu ptaków

zmartwychwstanie odnowa
odkupiona postem gorzkimi
żalami drogą krzyżową

wilgotna ziemia na polach
w ogrodach krzątały się
spragnione ciepła postacie

bez czeremcha konwalia ołtarze
ukwiecone modły maryjne
majowe pierwsze komunie święte

drogi wypełnione śpiewem
i modlitwami pielgrzymów
do wielewskiej kalwarii

***
jakże inaczej pachniała
codzienność dziadków
latem

gorąca suchość żółtego
piasku leśnych dróg
parzyła bose stopy

wszędobylska eteryczność
ozonu i choinek
odurzała zmysły

jagody zapraszały
granatową słodyczą
borówki orzeźwiały

rzeki strugi jeziora
bogate w ryby raki przygody
wędkarzy kajakarzy

w lesie pohukiwanie
grzybiarzy odgłosy ptaków
na zrębach pił i siekier drwali

na polanach obozy
harcerzy radość śpiewana
przy ogniskach

w miasteczkach żywiczność
tartaków fabryk mebli
w stolarniach ciężki pokost

w dni świąteczne
odpusty jarmarki
tańce do rana

na podwórkach gościli
wędrowni handlarze
szlifierze druciarze kotlarze

każdy powiew wiatru
upał burza niepewność
w powietrzu wyczekiwanie

niepokój by zdążyć przed
deszczem kośba żniwa
zwózka plony snopki

pierwsze witane w stodołach
układane na krzyż
ziarnem do siebie

dożynki dzięki Bogu
za to
co udało się zebrać

wypełnione silosy stodoły
ulga nareszcie syte
bydło trzoda ptactwo


Oni z XXI wieku

księżyc światło odbite
od martwego satelity

kakofonia zamiast
harmonii sfer niebieskich

jaskrawe dorosłe dzieci
pogubione w płciach bezpłodne

kulawa nauka
uzasadnia politykę

pustosłowia mędrców
infantylnych starców

stare obleśne satyry
żałosne pajace

kłamstwo nie istnieje
jak długo użyteczne

tyrania demokracji
estetyka brzydoty

podczas nieustannej zabawy
dopada nieistniejąca śmierć


            ***

nie znają
swoich rodziców
tym bardziej
dziadków
świąt ani
świętości
bez wtedy i
bez teraz
po omacku
brną w mgłę
przeznaczenia
z nicości
w nicość


Miasteczko jesienią

spoglądam w
okno kamienicy
czyste zadbane ze
storczykami na parapecie
z widokiem wprost
na wejście do kościoła

jeszcze trzy dni temu
wyglądała z niego
jak zwykle od lat
starsza siwa pani

z opuszczonego okna
dobrze widać
jak w kondukcie
wyprowadzają z kościoła
starszą siwą panią

która codziennie
wyglądała z okna
kamienicy z widokiem
na wejście do kościoła
w miasteczku jesienią


Lustra


***

noc zapachniała koszmarami
nie masz już zielonych oczu
rozbiło się lustro marzeń
wspólny czas przeminął
muszę pozwolić sobie odejść

***

niemoc digitalnego
przytulenia

przecinkami pocałunków
przerywana rozmowa

umknęły wypełnione
szeptami noce

była moim błędem
miłość?

***

poznałem słowa
przeraźliwie ostateczne

***

dotarłem tu
skąd wszędzie jest
blisko nawet tam
daleko

***

w odnowionych murach
słychać szepty starego
mieszkania
czasem światło odbije
się w lustrze
którego dawno już
nie ma

***

wychodzę z domu
a moje odbite w
lustrze ja podążyło
w drugą stronę ku
przeszłości
trochę na wskroś

***

to czego nie ma
ma się dobrze we
mnie spokojnie
podszeptuje melodię
nuci mlekiem pachnie
włosów dotyka
prowadzi ufnie do
innych luster

***

jedno w wielu
trzy w jednym
nieskończoność w
nieskończoności


Mamo

spoglądasz wokół zdziwiona
jak ja
kiedy
obudziłem się pierwszy raz

uśmiechasz się
jak ja
kiedy
przytulałaś mnie do piersi

podnosisz się
jak ja
kiedy
chciałem w twoje objęcia

wyciągasz ręce
jak ja
kiedy
stęskniłem się za tobą

zamykasz ufnie oczy
jak ja
kiedy
nuciłaś kołysankę

jestem teraz
jak ty
kiedy
spoglądasz gdzieś

może obok


Janusz Jutrzenka Trzebiatowski

            *

kaszubski krakowski
mistrz światła
niestrudzony wędrowiec
po- i między
światami

            *

przed pustym płótnem
twórca nowej
nieistniejącej rzeczywistości

            *

ile barw ma las
przypomnienie dziedzictwo
borów tucholskich
wielofasetowość mikroprzestrzeni

            *

jedność
wielowarstwowości
dwuwymiarowego

            *

przed pustą kartką
również w słowach
krzepły wszystkie
pokłady niespiesznie
nakładanych farb

            *

nieskończoność poszukiwań
życie czuć i
wydobywać piękno
transformować w ideę

            *

jednia
obrazu
muzyki
słowa

            *

baszta chojnicka
piramida
pośrednik przejścia
od profanum do sacrum
od teraz do nieskończoności
gdzie myśl
wiecznieje
w absolut


Karl Grenzler, urodzony w 1954 r. w Łebie. Absolwent Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, kustosz biblioteczny, kierownik Biblioteki Instytutu Geografii UJ, Diplom-Bibliothekar w Stadtarchiv und wissenschaftliche Bibliothek w Soest, następnie w Gustav-Lübcke-Museum. Członek Stowarzyszenia Twórczego POLART w Krakowie i Związku Literatów Polskich

Publikacje autorskie:

„Czarny Księżyc / Der schwarze Mond“, Kraków 2004
„Moje anioły / Meine Engel“, Bydgoszcz 2007
„Podobno jestem psem”, Bydgoszcz 2009
„Strażnicy tajemnic / Wächter der Geheimnisse„, Zielona Góra 2016
„Zabijanie miłości / Das töten der Liebe“, Toruń 2018

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko