Wiersze tygodnia – Elżbieta Cichla-Czarniawska

0
315
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


znak
 
bezszelestny pochód wiatru nad równiną
i pagórach
odbywają się seanse światłocienia
ptak kołuje rozdzierając przestrzeń
niepodobny do dzisiejszych ptaków
 
jednostajność czasu
jeszcze nie ta chwila
 
w oczach wielkich zwierząt krążą widnokręgi
krwawe słońce nad krawędzią ziemi
nienazwany los snuje swoją nieśmiertelność
w kamieniu
w głębi mórz
w nieposkromionej zieleni
 
nagle szmer w ciszy
słychać czyjeś kroki
 
to lachezis kloto i atropos
sieć utkaną potajemnie
zarzucają w studnię przeznaczenia


wietrzenie

nad popiołami
zamyka się wieko nieba
w gruzach tylko wiatr dymi
przetaczając grom zniszczenia
dzwoni trwoga
i skowyczą głodne psy
usta ocalonych
miotają przekleństwa  
 
rumowiska czekają na płacz
wielki płacz zwątpienia
ale nadzieja odwraca wzrok
od śmierci
 
suche są ludzkie oczy
 
sól wietrzeje
łzy zastygły
w cień dławiącej zemsty


drążenie

wyniknąłeś z kręgów wody
z wrażliwego cienia
taki byłeś wtedy młody
i twój głos się
w ciszy rozprzestrzeniał
 
purpurowy ton pogody
o zachodzie słońca
taki byłeś wtedy młody
nasze życie
miało trwać bez końca
 
lecz przepadły sny przyrody
co się nagle stało?
byłeś jeszcze taki młody
chmurne niebo
groziło upałom

 
mrok nade mną przeogromny
pewnie zima blisko
a ty zawsze taki młody
choć cię nie ma
…………………………
to naprawdę wszystko


w nieznane

 drepce po kole
po kole dookoła świata
 
jaki był początek
jaki będzie koniec?
 
świeci jego głowa
jak ozdobny owoc
 
palą się płomieniem
obie chwytne dłonie
 
deszcz śniegi czy burze
pęcznieje widnokrąg
 
ledwo rozjaśniony
ledwo wytyczony
 
koło koło graniaste
 
niedomknięte
szponiaste
 
a serce niebawem
ustanie w pogoni

niewidomi

u końca drogi zawsze jest niewiedza
większa niż trud podążania
 
szedłeś przez długie życie
ale nie wiedziałeś
ile pod twoją stopą
zginęło mrówek chrząszczy i pająków
ile zdeptałeś ziaren piasku
ile zgubiłeś prawd z własnego  j a
i po co ta burza
którą zaniosłeś w darze domyślnemu Bogu
ostatniego dnia
 
u końca drogi zawsze jest niepewność
czy kochałeś człowieka bo może
trzymając go rozpaczliwie
za rozdygotane ręce
sam nie wiedziałeś kim jesteś na świecie
 
jednak upartość twoja wzbudza podziw
idziesz jak niewidomy
który potykając się o kamienie
zawsze u końca drogi dostrzega nadzieję

królestwo i my

atlantyk – świadek koronny –
huczy:

– odeszła królowa
długo panowała –

została po niej ludzka pamięć
i nocne czuwanie na wyspach

lecz co nam do tego?

przez lata słuchałaś królowo
o czym w ciszy szepcą wytrawione kości
słuchałaś głosu minionych pokoleń

może po raz ostatni przyszło ci do głowy
pytanie co wniosła historia
na odległe wybrzeża wielkiego królestwa
oddanego teraz stróżom nowych praw

ziemi mgieł i deszczu
nie będą już rozjaśniać
twoje barwne stroje

ale katedry łakną wciąż podmuchu dziejów
na ulicach miast jak zwykle
mijają się i przemijają narody języki
cywilizacje

i nasz męczący polski sen

umarła królowa
mówią że odeszła z nią epoka

król czeka
co przyniesie z głębin
piana czasu


gdy sypnęło śniegiem

wokół biało
białe drzewa dachy i balkony 
 
w nocy sypnął śnieg
głęboka cisza
 
idziesz wolno śnieżną drogą
w bieli
w ciszy
 
biała
cicha
 
biel zawiera wszystkie barwy świata
i twój lęk
biel może zamienić się w czerń
 
w państwie środka żałoba jest biała?
 
dostojna martwota
wsiąkasz w nią bez miary
jak w niepamięć życia


coraz głębiej

misternie rzeźbiona powłoka świata
 
ile razy pragnąłeś ją rozłożyć
aby potem scalić
 
utajone życie to zapowiedź
śmierci
czy śmierć utaiła rozwój
żywych organizmów
sprzed miliardów lat?

wahanie ziemi która nie wie
na co ją stać
 
człowiek nieczytelny dla samego siebie
jednak pragnący zrozumieć
wyraz obcej twarzy
 
nawet echo
powtarzające bezmyślnie
co dawno minęło i nie wróży sensu
 
wątpliwości rosną
w miarę jak chciałbyś otworzyć bramy mroku
przed wielką wygraną
 choćby bramy zaduszonej aleksandrii
 
coraz grubsza powłoka świata
 
twoja pewność na dnie warstw
z których trudno się odkopać
ku powierzchni
ku przyszłości


zamykanie systemu

lotna wiedza listków trawy
warująca nisko nad ziemią
 
rzuca na kolana fałszywych proroków
wkradających się w polana czasu
 
wiedza niema i ukryta
 
za kogo mnie masz poezjo
widmo kroków uporczywie wbijanych w nieznane       
a tak jawna
jak codzienność kołysząca się w powietrzu?
 
zapamiętać dziwny rejestr:
 
metafory
metastrofy
metatropy
metastwory
 
fałszywi prorocy
czasem budzą się z letargu
 
kim wtedy jestem?
 
lśnienie opuszcza listki traw
gdy chcę im powiedzieć prawdę
o świecie wyziębłym do bezwzględnego zera
i o sobie
 
może to już
trwa zamykanie systemu życie?
 

słowik

to nie śpiew-
śpiewają inne ptaki
 
to nie ból-
wiem jak boli ciało skóra kość
 
wiem jak boli chwila
gdy odrywa się od ciebie bliski człowiek
albo kraj rodzinny
albo dobre imię
 
gdy nie ma nadziei
 
to jest natchnione gulgotanie kiedy świat
wisząc na rdzawym piórku
nie może wydać z siebie pełni głosu
 
także przeczysty tryl
śmiałe spojrzenie w wysokość
niewyobrażalnych pragnień
i spadanie w rzeczywistość
w trwogę przemijania
w smutek
 
czy uwierzy ktoś
że nigdy nie widziałam słowika?
 
w księżycową noc ukryty w gałęziach
był uosobieniem tęsknoty do piękna
ale korzenie drzewa wiodły w głąb
 
skończył się maj
 
słowik przestał głosić prawdę ziemi
pogrążonej w chaosie istnienia
 
stał się zwykłym ptakiem


sytuacja wyjątkowa

zdyszany oddech w zimnych klatkach płuc
dostojne mowy i zwiewne frazesy
świat lubi mówić lecz słuchać nie umie

ktoś się obraził unosząc w zanadrzu
chwiejną postać rzeczy
kłębią się racje zamieć niesłychana
lekarstwem wojna
wkrótce będzie koniec

nad grozą miast zniszczonych wiatr przepędza dymy
zieją otwarte groby straszą wnętrza domostw
zimno ciemno brak wody i chleba
rok niemal mija a końca nie widać

sale posiedzeń aż huczą z podziwu
nad męstwem napadniętych nad stratami wroga
na kimś można polegać kogoś można wyśmiać

liczyć ofiary dwu walczących stron

wszystko znajduje wyraz i dramat się toczy
nie od dziś znany dramat miejsca czasu akcji

krwawi otwarta rana dni

lecz tam gdzie nieustannie głos martwieje z bólu
milczenie
nieludzkie milczenie które mówi
samo za siebie


sprawa nadzwyczajna

poezja
sprawa nadzwyczajna
(wykreśl w sobie słowo: piękna)
 
kiedy człowiek nie ma już nic innego
do powiedzenia  ponieważ wszystko o czym mówi 
jest świergotem ptaka na suchej gałęzi powietrza
lub krzykiem o ratunek po drugiej stronie
wezbranej rzeki
gdy po tej – nieruchomo stoi głuchociemny
dziwiąc się słońcu że tak mocno grzeje
 
czasem na pomnikach drętwo się uśmiecha
jakby miała coś do skreślenia
 
czasem błąka się bezbronna jak pusty obłok
to znów pulsuje tajemniczym rytmem
w tobie?
w każdym?
 
nieuchwytna
 
nie może znaleźć zagubionej frazy
 
zazwyczaj bywa że wybucha jak pocisk obcą
zamilkłą mową znaczeń
ale one krwawią i znikają
 
są i nie ma ich w domysłach świata
w projektach wieczności
 
każda próba określenia kłamie
 
może poezja nie istnieje
jest tylko trud szukania
błysk nagiej chwili wyrzucającej łaskawie
kroplę światła na bezmiar ciemności


napisz wiersz programowy

co robić gdy okaże się
że wszystko co czyniłeś dotychczas
stało się nieważne
a ty stoisz roztrzepując rękami powietrze
i twój cień
jak bezdomny wędrowiec
nie przesuwa się do przodu
ani o jeden obrót mózgu

jeżeli pisałeś liryki – nikt ich nie przeczyta
jeżeli wojowałeś – gruzy nie wstaną z martwych
jeżeli pomagałeś głodnym obsypanym krostami
lekceważonym – zaprą się ciebie
jeżeli modliłeś się do swojego boga
krzykniesz w głuche niebo – odejdź
nie jesteś mi już potrzebny

będziesz czekał aż ziemia
urwie się z zaprzęgu z potężnym hałasem
będziesz chwytał ją za skraj ognistej sukni
gdy przez obłoki przejdzie płomień

ale pewnego dnia echo dyskretnie zawoła:
wracaj skąd wyszedłeś

potykając się o niemożliwe
zasłonisz oczy i napiszesz swój wiersz programowy
o tym że błędem jest zostać
więźniem pustki na kamiennych bezdrożach

nie lękaj się
powroty nie są łatwe


zapis w ogniu
 
noc kiedy przeszłość
staje się śmiertelnym wrogiem
czuję jej oddech na twarzy
przemienionej w cudzą
 
niespodziany atak pod osłoną mroku
 
błysk oślepia
dymi krew
padają ludzie
 
przygotuj w sobie wojnę
gdy nie chcesz pokoju
wojnę straszną jak wiszący nóż
nad odsłoniętą szyją
 
kto będzie sądzony?
 
czyjeś martwe ciało (może ciało dziecka)
nabiera mocy
rzuca ogniste słowa:
 
– palę się płonę a przecież wczoraj
były tu spokojne wzgórza
nie doświadczone trwogą
powiedz krzyknij poprzez żar
dlaczego umarłem?
 
proch śpiewa płacząc w urnie ziemi
 
jeszcze jedna noc
jeszcze jeden dzień
 
moja twarz przemieniona w cudzą
czeka zmartwychwstania
w zwęglonych kamieniach


oddychanie

pęka chwila
 
wdech i wydech
wchłanianie i wydalanie
 
witaj władco tlenie
utajony w powietrzu i wodzie
opuść mnie dwutlenku węgla
z kroplą
która nic nie znaczy wobec oceanu
(chociaż i bez tlenu
może się obejść nicień tasiemiec i przywra)
 
niech trwa święty oddech
niech przeszywa organizm jak ożywczy promień
niech zdąża przez świat
pogrążony w burzach lub sennym spokoju
 
ale czasem
mogę o nim zapomnieć w okrutnej chorobie
 
niemal wszystko oddycha
poeci piszą w zachwycie że oddycha Ziemia
 
pierwotniaki jamochłony ryby
krokodyle słonie
rudy kot cicho mruczący na moich kolanach
pąsowa róża za oknem
i ja –
człowiek – “korona stworzenia”
 
aparaty szparkowe
skrzela tchawki płuca
powierzchnia ciała
drobny jego szczegół 
wdech wydech
tętnienie
 
ale nic nie trwa wiecznie
 
nagle pęka czas zdradliwy
coś zacina się umiera
niknie pulsowanie
 
w korowodzie chwil
czyjeś życie się kończy
aby inne żyło

wygaszanie

ślepe słowa
wyplute na wylękłe twarze
 
to początek uczty
jednej z najpodlejszych
 
stoły zastawione
rozkładają się resztki wnętrzności
i paruje krew
na posadzkach w błocie
chrobotanie szczurów
 
mdły oddech zagłady
 
nary ciemnych nocy
unoszą ciała obłupane z życia
imiona
strącone w niepamięć
 
nic nikomu po nich?


z ballady o ścianach

wreszcie musiało nastąpić
zawieszenie broni

ścianom zbrzydła polityka izolacji
okna za wiele widziały odmian życia
podłodze najwygodniej byłoby skapitulować
od decyzji ostatecznej powstrzymał ją jednak
lęk przed ośmieszeniem
nawet fortepian pojękiwał już tylko w wiolinie
pełen szczerej czy urojonej niechęci
do dalszego prowadzenia wojny

taką sytuację należało wykorzystać
ubezpieczyć się przed zdradą
przełamać szańce wzajemnej nieufności
wysłać parlamentariuszy

do tego celu
jedni używają krasnoludków
inni moralnych racji
jeszcze inni opuszczają okopy
wymachując nad głowami białą chorągwią

trzeba było wybrać
zwłaszcza że horoskop
budził nadzieje

wtedy to pod sufitem przyczaiła się
wytrwała pamięć
szczerząc zęby wyliczała na palcach
wzajemne nasze porachunki

i nagle zawiodły wszelkie kalkulacje

w ciemności znowu ktoś do kogoś strzelał
wreszcie – ponieważ tak było najrozsądniej
zaczęliśmy symulować obłęd

gdy uspokoiło się
dom wyszedł z domu na zawsze
mieszkańcy przyszli do siebie jak zawsze
zegarom puls wracał do normy

nie było zwycięzców ani pokonanych
przeszłość upewniała się
czy warto dla siebie budować ołtarz
przyszłość wyprowadzała z milczenia
zarysy nowych kształtów

wszystko zaczęło się od początku

pyszna zabawa

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko