Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
51

Biedni, przeklęci, śmieszni. My, ludzie z Dostojewskiego

„Fantastycznymi” nazwał te opowiadania sam Fiodor Dostojewski, lecz nie jest to fantastyczność, która można rozumieć tak, jak zazwyczaj rozumie się ją z gatunkowego, literackiego punktu widzenia. Dostojewski nie stworzył tych opowiadań z tkanki fantazji i fantasmagorii, lecz osadził swoją opowieść w dojmującej pospolitości, rozpaczy i okropności świata, w którym żył i który go otaczał. Jak rozumiał Dostojewski ową tytułową „fantastyczność” – wyjaśnił on sam we wstępie do opowiadania „Potulna”, opatrzonego, nomen omen, podtytułem „opowiadanie fantastyczne”, choć jego sceneria jest pospolicie realistyczna.  Wygłaszany do samego siebie, bez obecności świadków, długi monolog głównego bohatera, narratora,  nad ciałem swojej żony, która popełniła samobójstwo, jest zapisany przez „notującego wszystko stenografa”. To przecież piramidalna sprzeczność logiczna, sprzeczność sama w sobie, sprzeczność z elementarnie pojmowanym mimetyzmem. Intymny, bo skierowany w pustą przestrzeń monolog, „mówienie do siebie”, jest bowiem przecież przez „kogoś” zapisany, a tym samym ów solipsystyczny, odludny akt mówienia „w pustkę”, „do ściany”, takim nie był. A przecież skoro wygłoszony został w takich okolicznościach, to nie powinien w ogóle zaistnieć w formie zapisu. „Otóż właśnie założenie o notującym wszystko stenografie (…) jest tym, co nazywam w tej opowieści pierwiastkiem fantastycznym” – powiada Dostojewski i dodaje, że „coś w pewnej mierze podobnego stosowano już nieraz w literaturze: na przykład Wiktor Hugo w swoim arcydziele „Ostatni dzień skazańca” użył prawie takiego samego chwytu i choć nie wprowadził stenografa, dopuścił się jeszcze większego nieprawdopodobieństwa, zakładając, że człowiek skazany na śmierć może ( i ma czas) prowadzić notatki w ostatnim dniu życia, w ostatniej godzinie, ba – dosłownie w ostatniej minucie. Ale gdyby sobie na tę fantazję nie pozwolił, nie powstałby w ogóle utwór – najrealniejszy, najprawdziwszy ze wszystkich, jakie napisał”. Dostojewski jest autorem powieści „Biedni ludzie”, a ten właśnie tytuł być może najtrafniej wyraża ducha jego pisarskiej sztuki. Nasz świat, nasza ludzka egzystencja, gdziekolwiek się ona spełnia, jest padołem nędzy, rozpaczy, miejscem upokorzenia, sceną małości i nędzy człowieka. Dostojewski próbował przezwyciężyć w sobie ten pesymizm mistyczną religijnością i filozofią prawosławną, szukaniem sensu w mętnych wodach i bagnach samodzierżawia i słowianofilstwa, ale to jego twórczość przemawia prawdą, a nie jego oficjalnie deklarowane poglądy polityczne. Dostojewski był rosyjskim prowincjuszem, właściwie nigdy nie opuścił Rosji, więc tylko jego ojczyzna jest w jego prozie scenerią rozpaczliwego ludzkiego dramatu. Uniwersalizm jego prozy podziwianej na całym świecie, co uczyniło go gigantem literatury nie tylko rosyjskiej, ale także światowej, wyrasta z rosyjskiej właśnie gleby. Właściwie wszyscy jego bohaterowie, to „biedni” i „przeklęci” ludzie, zranieni przez swoją egzystencję, zrównani w swojej przyrodzonej nędzy duchowej i materialnej (rozumianej nie tylko jako pusty trzos), niezależnie od tego czy są „nadludźmi” w rodzaju Raskolnikowa, Wierchowieńskiego, Iwana Karamazowa czy Rogożyna, czy też biednym wieśniakiem, „chłopem Mareuszem”, biedną babuleńką ze „Stuletniej”, „chłopczykiem na gwiazdce u Pana Jezusa”, „śmiesznym człowiekiem” z jego snem. Otwierające zbiór opowiadanie „Petersburskie senne widziadła wierszem i prozą” rozpoczyna się pięknym, malowniczym, choć podanym w ponurej poetyce opisem zimowego Petersburga podczas spaceru narratora po mieście. Kończy je jednak zapis jego spotkania z „biednym człowiekiem”, żebrającym o datek głodnym chłopcem. Dostojewski puentuje opowiadanie ironiczną uwagą: „Społeczeństwo nie może być w całości bogate; w społeczeństwie muszą istnieć także niedole. Nieprawdaż?”.

Narrator „Snu śmiesznego człowieka” mówi o swoim „płytkim sercu i kapryśnym, marnym umyśle”, o tym, że „w nienawiści mojej do ludzi naszej Ziemi zawsze kryła się troska: czemu nie mogę nienawidzić ich bez kochania (…) czemu nie mogę ich kochać bez nienawiści?”.

W „Potulnej” nie ma nędzy materialnej, ale jest duchowa. Zrozpaczony nad trupem swej kochanej przez niego, ale niekochającej go żony kupiec rzuca w twarz społeczeństwu nicość jego praw i instytucji wobec na wskroś indywidualnego aktu wewnętrznego i wartości, jaką jest miłość: „Co mi teraz po waszych prawach? Co mi po waszych obyczajach, waszej moralności, waszym życiu, waszym państwie, waszej religii? Niech mnie sądzi wasz sędzia, niech mnie postawią przed sądem, waszym sądem publicznym, a powiem, że nie uznaję niczego. Sędzia krzyknie (…) a ja zawołam do niego: (…) Dlaczego ponury przypadek zniszczył to, co miałem najdroższego na świecie”? Na cóż mi teraz wasze prawa? Odłączam się od was”.

Obok głośnej i ekranizowanej (także przez Roberta Bressona) „Potulnej”, drugim głośnym w tym zbiorze opowiadaniem jest „Bobok”, jedynego w tym tomie opowiadania „fantastycznego” z gatunkowego punktu widzenia,  o którym w swoim studium o pisarstwie i duchowości Dostojewskiego Paul Evdokimov napisał, że „to przerażające opowiadanie, przy którym pozostają daleko w tyle „tańce śmierci” Średniowiecza lub też opowiadania Edgara Poe. Jego duszy dotknęła lodowata ręka świata pozbawionego Boga. Rozkład człowieka „poza Chrystusem” ujawnia się w dialogu na cmentarzu, toczonym przez świeżo pochowane trupy. Resztki życia chronią się jeszcze przez moment w półświadomości. (…) Pod koniec egzystencji ateistycznej trupy są jeszcze w stanie swawoli ducha i na początku „wtórej śmierci” flirtują i pragną się jeszcze bardziej obnażyć… Słychać szyderczy śmiech nicości, która drwi z bytu schwytanego w swej ostatniej konwulsji przed definitywnym zniknięciem”. Nic dodać, nić ująć, chociaż… Evdokimov, pisząc o „Boboku”, wspomniał o Chrystusie, a raczej życiu „poza nim”, „pozbawionym Boga”. No tak, ale skoro Bóg i jego Syn są „wszechmogący”, to dlaczego przyzwolili na nicość? Chyba, że też są wywiedzeni z nicości, jej częścią, bujdą na resorach…

Fiodor Dostojewski – „Opowieści fantastyczne”, przekład Maria Leśniewska, Wydawnictwo MG, Warszawa 2022, str. 150, ISBN 978-7779-818-8

Ten okropny Michel Houellebecq

„Houellebecq” Denisa Demonpiona, wydany właśnie po polsku przez Wydawnictwo Agora, to raczej ostry pamflet na pisarza, jego nieżyczliwa psychoanaliza, aniżeli biografia. Czytając jej wznowienie, znacznie poszerzone w stosunku do poprzedniej wersji z 2005 roku, a więc sprzed siedemnastu lat, trudno oprzeć się wrażeniu, że chęć „dołożenia” nielubianemu Houellebecqowi jest dla Demonpiona celem ważniejszym niż odniesienie się do kształtu i sensu jego pisarstwa. A przecież w końcu cechy psychologiczne, charakter, temperament, czy poziom moralny twórców mają w stosunku do ich twórczości znaczenie drugorzędne.  Wielki malarz renesansowej Italii, Caravaggio był przestępcą-zabijaką, François Villon był szemranym włóczęgą, Jean Jacques Rousseau oddał do przytułku wszystkie swoje dzieci, ale czy ich biografie, podobnie jak krańcowy neurotyzm Franza Kafki, psychopatyczna zarozumiałość i egotyzm Tomasza Manna, Witkacego czy Witolda Gombrowicza albo erotomania Stefana Żeromskiego pomniejszają rangę ich twórczości? Przykłady można by długo mnożyć, ale jakie to ma znaczenie? Gdybyśmy w ocenie twórców kierowali się ich cechami charakteru czy poziomem etycznym, mielibyśmy problem z sięgnięciem po znaczącą część, być może nawet przeważającą część kulturalnego dorobku ludzkości. Moralistyczno- personalne podejście do twórców ślepa uliczka.

Niechęć Demonpiona do twórcy „Platformy” i „Cząstek elementarnych” posadowiona jest na jego złych relacjach z matką, na jego niechęci do niej (choć oczywiście do tego nie ograniczona), tak jakby nikt nie miał prawa mieć krytycznego stosunku do matki i łamać tym samym powszechnie przyjętych konwencji emocjonalnych. Demonpion nigdy nie spotkał się z pisarzem osobiście (w tym sensie, że nie rozmawiał z nim) z powodu  zresztą odmowy ze strony Houellebecqa. Mimo to ma do niego bardzo osobisty, emocjonalny, negatywnie nacechowany stosunek: „spotkałem Houellebecqa kilka razy, na ulicy Racine w Paryżu i w restauracji-klubie nocnym na Polach Elizejskich – posępna sylwetka zgarbiona pod ciężarem bolesnej egzystencji, obojętny blask niebieskich oczu” (…) „z nieodłącznym papierosem tkwiącym między środkowym a serdecznym palcem” (w innym miejscu Demonpion ten sposób trzymania papierosa określa jako „manieryczny”). I dodaje: „Za okularami czujne oczy entomologa – obserwuje, analizuje, notuje. (…) Mówi o seksualnej nędzy, upadku wartości, znikaniu punktów orientacyjnych, francuskiej chorobie, upadku Zachodu, bankructwie ludzkości. O cierpieniu. Przemoc jest wszechobecna, śmierć czyha, nieunikniona, miłość, dziś już niemożliwa, pustoszy międzyludzkie stosunki” – i po prawdzie, ten, pomieszczony we wstępie określonym jako „ostrzeżenie” passus odnoszący się do klimatu i treści prozy Houellebecqa jest w tej „biografii” jednym z relatywnie nielicznych odniesień do tego co najważniejsze – do jego pisarstwa.

Jako czytelnik nie odrzucam z góry trafności wszystkich ocen, jakie w stosunku do pisarza sformułował jego biograf. Jednak ta zdalnie przeprowadzona, uporczywie nieżyczliwa psychoanaliza budzi wątpliwości. Demonpion stwarza wrażenie, jakby oczekiwał, że Houellebecq, ten „prorok duchowej zagłady Europy”, będzie jako osobowość harmonijny i zadowolony z siebie,  na podobieństwo większości galanteryjno-konfencyjnych, zadowolonych z siebie francuskich pisarzy, skoncentrowanych na jałowych refleksjach i zabawach literacką formą, lub gładko i sprawnie banalnych jak najnowsza noblistka Annie Ernaux. Nawiasem mówiąc, fakt że to nie gorzki jak piołun twórca „Mapy i terytorium”, lecz właśnie Ernaux otrzymała literacką Nagrodę Nobla też coś mówi o stanie duchowo-intelektualnym współczesnych europejskich elit, które nie lubią spoglądać w szczere do bólu zwierciadło ustawione przez Houellebecqa. Gustują za to w uszlachetnionych literacko konfekcyjnych opowieściach pisanych w stylistyce glamourowych pism. Mimo tego wszystkiego, antyhouellebecqowską kanonadę Demonpiona czyta się z zainteresowaniem, bo jest dobrze napisana. No właśnie, zobaczcie, bezstronnie chwalę Demonpiona jako autora, choć jego bezinteresownej nienawiści do Houellebecqa zaakceptować nie zamierzam.

Denis Demonpion – „Houellebecq”, przekład Anastazja Dwulit, Magdalena Kowalska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, str. 414, ISBN 978-83-268-3983-2

Opisać świat – nieopisywalny i niepoznawalny

Wbrew tytułowi tomu opowiadań wydanych nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego („Trudne miłości”), przedmiotem i wspólnym mianownikiem opowiadań Italo Calvino nie jest miłość, lecz zwykłość życia. Również tytuły kolejnych opowiadań, z których każde opatrzone jest słowem „przygoda”: „przygoda żołnierza”, „przygoda bandyty”, „przygoda urzędnika”, „przygoda żony”, „przygoda podróżnego”, „przygoda poety” itd. dalekie są od tego, co zwyczajowo kojarzymy z tym słowem, z atrakcyjnością „przygody”. Jaki cel chciał pisarz osiągnąć tym inwersyjnym zastosowaniem powszechnie znanych słów i fraz? Być może chodziło mu o przekorne podkreślenie przeciwieństwa sensów, o pokazanie, że prawdziwa „przygodowość” rzadko jest atrakcyjna, ekscytująca i że naturą naszego życia jest zazwyczaj zwyczajność, pospolitość. Nie zawsze jednak Calvino unikał w swojej prozie niezwykłości. „Na wszystkich etapach swojej polimorficznej twórczości, od pikarejskich opowieści partyzanckich po alegoryczne baśnie czy też powiastki filozoficzne, od prozy fantastycznonaukowej po powieści eksperymentalno-kombinatoryczne, niezależnie id obieranych kolejnych pisarskich wcieleń Calvino ścigał przedmioty własnej fascynacji” – czytamy w posłowiu translatorki tomu, Anny Wasilewskiej. Wydaje się, że w tym tomie przedmiotem fascynacji pisarza była kliniczna zwyczajność zdarzeń, które tworzą naszą egzystencję. Opisać okoliczności, którym trudno przypisać atrybut zdarzenia, opisać coś, czego właściwie nie ma, bo jest kwintesencją pospolitości i „nicości”, co jest niemal „przezroczyste”  – oto sztuka, być może trudniejsza niż opisanie postaci i zdarzeń fascynujących. Calvino podkreślał często, że rozumie literaturę jako „narzędzie pozwalające opisać i zrozumieć mechanizmy napędzające funkcjonowanie świata”. Aby się do tego przybliżyć, stosował modele geometryczne, zasady kombinatoryki, struktury symetrii, intelektualną spekulację służąca uporządkowaniu nieciągłej i umykającej rzeczywistości. Znaleźć można te kategorie i w „Niewidzialnych miastach” i w „Jeżeli t=0”.

„Sprężyną wątłych fabuł „Trudnych miłości” – zauważa Wasilewska – jest napięcie, jakie powstaje między światem rzeczywistym a światem przedstawionym, między jednostkowym doświadczeniem, fizycznym doznaniem, a próbą jego opisania”. Przywołajmy niektóre przykłady „metody” Calvino. W opowiadaniu „Przygoda czytelnika”, bohater „owładnięty pasją lektury, stara się ograniczyć do minimum uczestniczenie w aktywnym życiu, które wydaje mu się mniej intensywne i prawdziwe od życia bohaterów powieści”. Bohater „Przygody fotografa” dochodzi do wniosku, że „wszystko co nie zostało sfotografowane, jest utracone, jak gdyby nigdy nie istniało”, co prowadzi go do obsesji fotografowania „wszystkiego” i do sporządzenia „katalogu wszystkiego co istnieje”. Calvino jest tu bliski wielkiemu włoskiemu koledze po piórze, Carlo Emilio Gadda, który postrzegał świat jako „zagmatwany splot, gęstą sieć, z której trudno wyodrębnić poszczególne nitki”. Innym fenomenem tak postrzeganego świata jest „proces deformacji między podmiotem postrzegającym a przedmiotem postrzeganym”. Może to wzbudzić skojarzenie z jedną z kluczowych konstatacji Witolda Gombrowicza, mówiącego o „wzajemnym stwarzaniu się” człowieka przez człowieka w procesie wzajemnej obserwacji o obcowania. Calvino rejestruje „bezkształtne sploty życia”, ale patrzy na nie i dotyka ich tak, że ta rejestracja jest fascynująca sama w sobie. Anna Wasilewska, która jako tłumaczka wniknęła w prozę Calvino najdogłębniej, tak puentuje swoją z nim „przygodę”: „Niedoskonały świat domaga się doskonałości opisu”.

Italo Calvino – „Trudne miłości”, przekład i posłowie Anna Wasilewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 227, ISBN 978-83-8196-377-0

Znaczy kapitan Mamert

Być może nawet nie wszyscy czytelnicy bardzo popularnej kiedyś powieści Karola Borchardta „Znaczy kapitan” nie skojarzą tego nazwiska z jej głównym bohaterem. A właśnie ów „znaczy kapitan”, wilk morski głośny tym powiedzonkiem, to kapitan Mamert Stankiewicz, autor wydanych przez „Iskry” wspomnień Polaka wychowanego w carskiej Rosji, w Petersburgu i wyszkolonego na marynarza rosyjskiej floty w Korpusie Kadetów Morskich, Polaka który po rewolucji bolszewickiej i po odzyskaniu przez jego ojczyznę niepodległości, a na koniec po powrocie do kraju stał się jednym z współtwórców polskiej flotylli morskiej. „Dziennik Mamerta Stankiewicza powstawał przez prawie dwadzieścia lat i jest zapisem bogatego w wydarzenia życia kapitana, a także niezwykłym dokumentem obrazującym codzienność ludzi morza. Pochodzący z polskiej szlachty kresowej (podobnie jak Joseph Conrad), Mamert Stankiewicz zdobywał wykształcenie w szkołach morskich carskiej Rosji, w czasie I wojny światowej walczył we Flocie Bałtyckiej, a później w armii Kołczaka na Syberii. Od chwili powrotu do ojczyzny poświęcił się tworzeniu polskiej floty handlowej” –  czytamy w nocie wydawniczej „Iskier”. Barwne wspomnienia kapitana Mamerta powstawały na przestrzeni dwudziestu lat, obejmując okres od petersburskiej, polskiej ale  jedocześnie rosyjskiej młodości, epizod w Rosji bolszewickiej, do jego marynarskiej śmierci w 1939 roku. Jednak redaktorzy nadali im charakter zwarty, lity, wzmacniając tym samym ich dynamiczny charakter. Tematyka marynistyczna, bogata tradycją literacką sięgającą od Jamesa Fenimore Coopera („Czerwony korsarz”, „Szpieg”) jest jak wiadomo narracyjnym „samograjem”, rezerwuarem atrakcji, sensacji, przygód, egzotyki. I Mamert Stankiewicz nie zmarnował tego potencjału. Opowieść o carskiej flocie, wojnie światowej na morzu, o rejsach do Jokohamy, Montrealu, Triestu, USA czy Brazylii, bogata w ciekawe charakterystyki miejsc, sytuacji i osób, o narodzinach i rozwoju floty polskiej, jest lekturą frapującą, pełną malowniczych i zaskakujących detali, historii legendarnych okrętów, marynarskiej obyczajowości i mentalności. Edycja „Iskier” jest ponownym wydaniem edycji przedwojennej z 1937 roku, która wzbogaciło polską literaturę marynistyczną, pamiętnikarską. Bije z tych wspomnień egzotyzm, zapach morskich wód i morskich wiatrów. Jednocześnie sam autor zadeklarował, jako jeden z celów swojego pisania, chęć pokazania świata ludzi morza bez upiększeń i stereotypów w rodzaju wyobrażenia o „marynarskiej narzeczonej w każdym porcie” czy beztroskiego „przygodnictwa” marynarskiej służby w duchu marynistyki przygodowej dla młodzieży oraz zaakcentowanie trudów i żmudnego charakteru tej służby.

Mamert Stankiewicz – „Z floty carskiej do polskiej”, „Iskry”, Warszawa 2022, str. 388, ISBN 978-83-244-1117-7

Nacjonalizm, liberalizm, sarmatyzm, Kościół

Trzeci i ostatni tom zbioru tekstów („PRL i skok do neoliberalizmu”) autorstwa  zmarłego niedawno profesora Andrzeja Walickiego, jednego z najwybitniejszych myślicieli polskich drugiej połowy XX wieku, a być może także w szerszej przestrzeni periodycznej, poświęcony jest dwom fundamentalnym zjawiskom i relacjom między nimi – nacjonalizmowi i liberalizmowi. Tom pierwszy dotyczył osoby generała Wojciecha Jaruzelskiego, ruchowi „Solidarności” i „zdradzie postsolidarnościowych elit”. Tom drugi dotyczył prób zastąpienia po 1989 roku „komunizmu” antykomunizmem zamiast wolnością. O nacjonaliźmie i liberaliźmie mówi Walicki w tym tomie na różne sposoby i w różnych konfiguracjach oraz kontekstach: o testamencie Romana Dmowskiego, o spuściźnie Narodowej Demokracji, o micie jedności narodu, ale także zadaje pytania nieoczywiste: czy idea narodu musi być własnością prawicy i „czy możliwy jest nacjonalizm liberalny?”. Wśród pytań o liberalizm jest i takie, „czy możliwy jest „liberalizm lewicowy?”. Oba te pytania brzmią jak pleonazmy, bo choć kilkanaście lat temu  można je było przynajmniej zadać, to dziś wydaje się to niemożliwe. I liberalizm i nacjonalizm jeszcze bardziej okopały się na swoich starych pozycjach, zwłaszcza ten ostatni. W niniejszym tomie są też rozważania Walickiego o „ideologicznych zafałszowaniach historii Polski”, co, przyznam, bardzo koresponduje z silnym osobistym przekonaniem piszącego te słowa, że Polska jest tym krajem w Unii Europejskiej w którym tradycja i bieżąca praktyka fałszowania historii, przede wszystkim i zwłaszcza rodzimej ma najbogatszą, niechlubną tradycję. Polska jest wręcz krajem skłamanej historii, w stopniu nieznanym w innych krajach europejskich, może z wyjątkiem Litwy, która pod tym względem chyba Polske przegania. Walicki rozważą też położenie Polski między Wschodem i Zachodem i Sarmatyzmie jako jednym z najbardziej spektakularnych tego skutków. Broni też humanistyki uniwersyteckiej, zajmuje się państwem prawa w polskim wydaniu i opowiada przeciwko legislacji w sprawach moralności. Zajmuje go też przyszłość lewicy w dyskusji ze Sławojem Żiżkiem a także analizuje rolę Kościoła katolickiego w konfrontacji z demokracją i wolnością. Powyższe kwestie stanowią sygnalizację tylko części zagadnień, które zwarte są w omawianym tomie. Polecam bez wahania jego staranne przestudiowanie, bo warto.

Andrzej Walicki – „PRL i skok do neoliberalizmu”, pod red. Joanny Schiller-Walickiej i Pawła Dybicza, Fundacja Oratio Recta, IH PAN, Warszawa 2021, str. 467, ISBN 978-83-64407-87-1

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko