Michał Piętniewicz – Komunikacyjna frustracja

0
112

   Komunikacja jest rzeczą umowną, jej umowność jest de facto przerażająca. To, co naprawdę ciekawe, nigdy nie jest powiedziane tym językiem, na który wszyscy się zgadzamy. Są możliwe dwa, błędne podejścia do języka: albo to, co ktoś mówi, jest znane i nie niesie zagadki, albo jest niewyczerpalną tajemnicą. Oba te podejścia są błędne;  pierwsze albo do nudy prowadzi, albo dla nudziarzy jest charakterystyczne, drugie prowadzi do chorób psychicznych, albo wręcz jest ich objawem. Taka panwiedza językowa może pozornie jedynie eliminować wszelki ból psychiczny, ponieważ ból psychiczny powstaje jakby niezależnie od tego, co językowo wytłumaczalne.
     Być może gwarantem zdrowego podejścia do kwestii komunikacji, są zdrowe relacje, czy tzw. zdrowe relacje, bo trzeba w tym miejscu powiedzieć, że relacje, zwłaszcza te bliskie, prawie nigdy nie są zdrowe, a kiedy udają, że są zdrowe, to tak naprawdę celowo przykrywają jakiś głębszy problem, który dla zachowania status quo i tzw. świętego spokoju, nie powinien ujawnić się, ani wyjść na wierzch.
    Ale to, co utajone, prędzej czy później na jaw wyjdzie i to przeważnie przy najmniej spodziewanej okazji Np. po wielkiej radości,
przychodzi nagle smutek, a po nim jakiś niewyobrażalny ból psychiczny, który nie ma racjonalnej przyczyny. A w zasadzie ma, bo jest przejawem jakiejś sytuacji, która nie została pogłębiona ani porządnie przepracowana.
     Oddalenie, zwłaszcza to fizyczne, największą bliskość może rodzić. I to nie bliskość w znaczeniu komunikacyjnej łatwości, ale wręcz przeciwnie: w znaczeniu niesłychanej jej trudności, a czasem wręcz niemożliwości, co przy relacji bliskiej, może rodzić potworny ból oraz frustrację.
      To, co językowo wyczerpać się nie daje, jest faktycznym życiem.
To, co objęte zostaje językiem, zastygnąć może w marwotę, albo w pozór tejże.
Pracownicy akademiccy kierunków humanistycznych, mają przeważnie bardzo ograniczoną inteligencję językową, zastygają w kilku, może kilkunastu gotowych schematach komunikacyjnych i poza nie nie wychodzą do końca swojej mocno, przepraszam za
sformułowanie, zramolałej kariery akademickiej.
      Inteligencja językowa w tym się przejawia, że wychodzimy poza swój językowy ogródek, ku językom innym.
     Nie znam ludzi mniej ciekawych świata, aniżeli pracownicy naukowi kierunków humanistycznych.
     Ważnym krokiem w rozwoju swojego stosunku do języka, wydaje mi się negacja dotychczasowych języków, w których się przebywa, które się bada i o których się pisze.
Ale ta negacja musi wynikać z faktycznych przesłanek, nie może być robiona tylko dlatego, bo tak trzeba, musi za nią stać autentyczne zobaczenie miałkości i banału dotychczasowych języków opisu.  Tak naprawdę nie ma zdrowego podejścia do języka, tak jak nie ma zdrowej relacji, wybór filologii jako przedmiotu studiów powinien wynikać z bardzo dużych kłopotów komunikacyjnych, a nie z rzekomego talentu,
który prowadzić może jedynie do wypełnienia pewnych luk publikacyjnych w uniwersyteckich archiwach. Problem z językiem jest czymś prawdziwym,
a nie gładkie używanie tego.
     Nie mówię tutaj w tym momencie o chorobach takich jak dysleksja czy inne upośledzenia komunikacyjne, ale o żywym i żarliwym stosunku do języka, który często prowadzi do kompletnie ślepego zaułka.
    Stereotypowo można to wyrazić nieładnym, akademickim sformułowaniem: język właściwie przeżyty. Język powinien żyć, taka jest jego główna rola,
a żyje prawie zawsze w odniesieniu do danej sytuacji komunikacyjnej (również brak tejże, jest jakąś jej formą).
     Radykalnym brakiem sytuacji komunikacyjnej jest oczywiście śmierć.
Przy czym sama śmierć jest już jakimś aktem komunikacyjnym.
Ze światem najlepiej komunikują się umarli, którzy są albo stają się ważnym punktem odniesienia dla żywych, zapewne z tego powodu, że już nie mogą niczego powiedzieć,
a swoim życiem zaświadczyli rzetelnie o tym, że nie dopuszczono ich do słowa.
Najlepiej używają języka ci, którzy niczego nie mówią, albo mówią bardzo mało.
Są niedostosowani do żadnej, konwencjonalnej sytuacji komunikacyjnej, ergo, najżywiej przeżywają swój wewnętrzny język – a wszelki, prawdziwy język, ze środka pochodzi,
to, co zewnętrzne, zazwyczaj w kogoś jest wymierzone i powstaje jako konceptualna całość z myślą o konkretnej osobie, taki jest najczęstszy zwyczaj używania języka w sensie jego wymiaru społecznego. Nie należy się tym wymiarem w ogóle przejmować moim zdaniem, ponieważ bazuje on w przeważającej mierze na przeświadczeniach, przesądach a często wynika z osobistych frustracji oraz kompleksów danego nadawcy, rzadziej na głębokiej intuicji co do adresata danej wypowiedzi. 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko