Sylwia Kanicka – na kartach historii

0
132

     Gmina Rudniki położona w województwie opolskim, choć tereny leżące w jej obrębie, w przeszłości, były częścią ziemi wieluńskiej, później, do roku 1975, należały do powiatu wieluńskiego w województwie łódzkim, następnie do województwa częstochowskiego. Sama miejscowość Rudniki oddalona jest o około 20 km od Wielunia, w którym spadły pierwsze bomby rozpoczynające II wojnę światową, a Wieluń, w ciągu kilku godzin obrócił się w gruzowisko. Na terenie wspomnianej gminy, wojna zaznaczyła swoją obecność już od pierwszych dni.

     „Wracają wspomnienia. Wcześnie rano 1 września 1939 roku obudził nas warkot silników samolotów, które leciały wysoko, robiąc łuk widoczny gołym okiem. Kierowały się na Wieluń. Dziś wiemy, że nie stacjonowały tam żadne jednostki sił zbrojnych. Samoloty przeleciały nad naszymi głowami dwa razy. Po chwili słychać było świst spuszczanych bomb i trzy wybuchły” (s. 35)

     Przyniesioną do domu książką, będącą dokumentem wzbogacającym wiedzę na temat czasów wojennych w miejscowości, w której mieszka się na co dzień, przeczytałam od razu. Emocje wywołała treść obrazująca opowieści oraz dawne fotografie, pochodzące ze zbiorów prywatnych mieszkańców gminy oraz instytucji państwowych. Sposób jej napisania uderza prostotą, zachowującą formę przekazu, jaka zapewne towarzyszyła przy zbieraniu materiałów.

     „Dzieci, już jest wojna”, bo o tej pozycji książkowej mowa, to wspomnienia mieszkańców gminy Rudniki z czasów wybuchów II wojny światowej, opracowane przez Marlenę Iwańską i Arkadiusza Spodymka, które ukazały się nakładem Gminnego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Rudnikach w 2022 roku. 36 opowiadań mieszkańców Gminy Rudniki, opracowanych, na podstawie, przeprowadzonych przez Iwańską, rozmów, nagrań i zgromadzonych materiałów pisemnych, obrazuje sytuację, jaka zaistniała na tej ziemi po rozpoczęciu wojny. Wszystkie opowiadania powstały po kontakcie z mieszkańcami, w większości bezpośrednim,  którzy w momencie rozpoczęcia wojny, w 1939 roku, byli jeszcze dziećmi. Wzruszenia w przekazie są wyczuwalne nawet przez papier, na który zostały przelane, bo:

     „Nie ma takiej kurtyny, żeby można było zasłonić życie przed dziećmi. Dziecko zobaczy wszystko” (s. 66).

     Czy łatwo ludziom wspomina się takie wydarzenia. Myślę, że podczas prowadzenia wywiadów, napięcie pomiędzy rozmówcami było ogromne, bo lęk i niepewność, we wspominanych sytuacjach, zapewne wróciły. Książka słowami wyrysowuje przedstawiane obrazy:

     „… jeden z nich nazywał się Schneider i już głośno wypowiedziane jego imię wzbudzało w nas grozę i strach. Karał ludzi nawet za najmniejsze przewinienie. Jeżeli zobaczył dziecko na drodze, to natychmiast zabierał je na posterunek, by nieludzko bić.” (s. 31)

     Publikacja stała się realnym dowodem na wydarzenia w obrębie wspomnianej gminy. Opowiadań nie ubarwiono,  aby nadać im jeszcze silniejszego przekazu. Autorzy opracowania, stali się narzędziami w rękach ludzi, którzy postanowili podzielić się swoimi doświadczeniami, a zwięzłe opowiadania nie powodują znużenia. Zapewne sam kontakt i rozmowa były bardziej rozbudowane, ale na potrzeby książki, skondensowanie tych wypowiedzi działa na jej plus od strony technicznej. Czytelnik nie musi przebijać się przez gąszcz opisów i rozdrabniania, otrzymuje konkret, który przyjmuje do wiadomości, bo nie można odrzucić przekazanych, od żyjących świadków, informacji. Iwańska i Spodymek starali się uchwycić, przede wszystkim, najważniejsze elementy dokumentujące działania wojenne, jednak nie zapomnieli o wszystkich małych szczegółach, które zapisały się w ludzkiej pamięci:

     „Zostałem zabrany tak, jak stałem, i nie było ani wyjścia, ani ratunku. Odstawiono mnie na posterunek w Rudnikach, gdzie byłem przetrzymywany przez całą noc. Stamtąd zostałem zabrany samochodem do więzienia w Wieluniu. Po kilku dniach z całą rzeszą innych więźniów zostaliśmy odstawieni na stację. Był to widok, którego nigdy nie zapomnę. Zapakowani jak bydło w wagony towarowe, zamknięci bez możliwości ucieczki, w niewyobrażalnych dla nas dzisiaj warunkach sanitarnych, zostaliśmy przewiezieni do Berlina” (s.14).

     Co ciekawe, książka nie skupia się tylko wokół negatywnych aspektów wojny, przez co staje się jeszcze bardziej autentyczna. Pokazuje również drugą stronę tych ciężkich czasów, a mianowicie ludzi, którzy, nie pozostawali względem siebie obojętni, nawet jeżeli działali po dwóch stronach frontu:

     „Jak nadszedł czas, wszystkie rodziny weszły do schronu oprócz moich rodziców. (…) Niemcy niestety zauważyli naszą kryjówkę i spytali rodziców co tam jest. Moja mama potrafiła mówić po niemiecku, ponieważ przed wojną pracowała w Niemczech. Zapytana, powiedziała prawdę, że wykopaliśmy schron, żeby ukryć się przed wojną. Żołnierze popatrzyli i powiedzieli: „Szybko wychodźcie. Macie szczęście, że czołg nie wjechał na to miejsce. Gdyby tak się stało, to już by was tu nie było. Zginęlibyście wszyscy.” Z jakiegoś przedziwnego powodu poczuliśmy ulgę…” (s. 8)

Jak ciężko było pozwolić sobie na takie ludzkie odruchy, trudno powiedzieć, natomiast dowodzi to temu, że byli też ludzie, którzy postawieni w sytuacji bez wyboru, nie zapomnieli, że nadal mają w sobie empatię i starali się zachować człowieczeństwo:

     „Pamiętam, jak na podwórku u dziadka Kubata, które było dość duże, zgromadziła się większa ilość wojska niemieckiego. Sprawiali wrażenie, że zajmują każdą część ziemi. Pamiętam bardzo wyjątkową jak na tamte czasy, sytuację. Jeden z niemieckich żołnierzy, który znał język polski, zaczął rozmowę z moją mamą, która wracała do domu z moją siostrą. Wspomniał, że został wcielony do armii siłą. Wyciągnął z kieszeni różaniec, mówiąc, że też się modli, i poczęstował mamę i siostrę czekoladą.” (s. 42)

Opracowanie ma rozbudowaną tematykę, która pozwala spojrzeć na sytuację w bardzo szerokim aspekcie. Zawarte w niej są wspomnienia związane z wysiedleniami mieszkańców:

     „Pamiętam moment przesiedlenia, kiedy musieliśmy wyjść z naszego domu. Zostaliśmy przesiedleni do domu, który znajdował się na drugim końcu Dalachowa, w kierunku Gany, był oddalony o półtora kilometra od miejsca, w którym mieszkaliśmy” (s. 71),
decyzjami o wyjeździe, czy wywiezieniu własnych dzieci w bezpieczne miejsce:

     „Kiedy mama została sama, postanowiła mnie wysłać do rodziny na Śląsk.” (s. 84).

     Treści wspomnień zostały tak przedstawione, aby nie było żadnych wątpliwości, że ludzie robili wszystko, by przetrwać ten trudny czas. Pan Marian Noga, jeden z autorów wspomnień, podsumował to prostymi słowami:

     „Jako dzieci wszystko obserwowaliśmy i wydawało nam się, że najpiękniejsza będzie dla nas chwila, kiedy wszystko będziemy mieli już za sobą i będziemy wstanie o tym, co się wydarzyło, zapomnieć. Wspomnień wraz z upływającym czasem przybywa, a my wciąż pamiętamy czasy wojenne lepiej niż współczesne…” (s. 67)

Autorom opracowania udało się przekazać czytelnikowi jeden ważniejszych dokumentów, a mianowicie, zeznania świadków tamtych czasów. Książka, nie ma naukowych sformułowań, jest jednak pięknym materiałem pozwalającym spojrzeć, kolejnym pokoleniom, na życie w czasie wojny oczami tych, którzy ją przeżyli, wyciągnąć wnioski,  by nie było powtórek, choć…

     … przyniosłam książkę do domu 23 lutego 2022, głośno informując, że jest w moim posiadaniu. Tego dnia wszystko, co zostało w niej przedstawione, wywołało dreszcz i wewnętrzny niepokój. Kładłam się spać nie wiedząc, że następnego ranka słowa „Dzieci, już jest wojna” zostaną wypowiedziane ze strachem w oczach, przez inne matki i ojców, a na kolejnych ziemiach rozgrywać się będą ludzkie dramaty.

DZIECI, JUŻ JEST WOJNA, Opracowanie: Marlena Iwańska, Arkadiusz Spodymek (Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji, Rudniki 2022, s. 116)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko