Wiersze tygodnia – Urszula M. Benka

0
102
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Księga opętania


Jest czarna muzyka i biała muzyka


Biel
I czarny punkt
Muzyka zawsze wypływa otworem płciowym
Komóreczka wypatruje komóreczki
Nutka w nutkę
Na golaska
Wisienki śmierci
Wilcze jagody życia
Dziury dziurawe
Oko zezowate

Na czarnym tle biały kwadrat
Okręt świeżo wybielony niczym nieobciążony
Lekki wiekuiście
Przemierza czerń z prądem tego co ciemne
W czerni napierają drogi falują szlaki
Rozbawione białym kwadratem

Czarny kwadrat na krawędzi rozumu
Z kółkiem w nosie
Wisienka Boga z kółkiem w nosie
Mówili święci że erekcja to rezurekcja

Białe kółeczko w mleku bieli
Gdzie nie ma śmierci nie ma nadziei
Przypływ zaczyna się przy pełni
I wszystko okazuje się lustrem
A lustro kochane ma w nosie kółko
I trzęsie kółkiem

Wiśnie śmierci słodkie
Przez gałęzie migają gwiazdy
Pod stopami wyrocznie z piasku
Jak baby brzuchate piersiste
Dalej morze pachnie jodem jak to morze
I kuliście za horyzontem się zagina
Ciemne jak przypływ wieczorem
Kiedy świat to śmierci wiśnia

Koło czarne jak biała plama
Kiedy się burzy to jak żyły na skroni
Jasność  dokoła świat jak wielki mózg
Wiosłuję falują fale snów
W bruzdy się spływa bruzdami wypływa

A na dnie oceanów zasysa wodę każdym rowem
Szparą dna ściąga ku sobie kontynenty
Uderza im w jakieś ścięgna
Mięso ziemi rozumne jak mózg
Muzykalne jak lira jak mandolina
Chwała dziurze
Chwała szparze
Gardło morza ściśnięte aż góra w górę się wspina
Falami falami
Dziurami eksplozjami

Z dziur wylatują ptaki całe stada ptaków roje pszczół roje much
Wyrastają pałeczki z leszczyny do wróżb
Drzewa wojny topola klon
Psy bezdomne dziewczyny w kwiecie pomarańczy
Małpy rozbawione w zegara mechanizmie
W błękicie pachnącym przepoconą wełną habitu
Kręcą kółkami każde w dziureczek ostrych aureoli
Wahadłami huśtają pełnię witają
Pełnia jest snem
I małpy też

Plama śni o swoim tle
Księżycowi noc się śni
Ptakom śnią się jajka
A śmierci niezapominajka
My ich nie zbudzimy
My się ich boimy


Muzyczny cień

Mam teraz biały cień
i on płynie, potrafi falować, drgać,
potrafi stawać dęba.
I wtedy przyświecam sobie cieniem,
dosiadam cienia, kąpię się ze świata i Boga.
Bardzo dbam,
aby go nie uświnić żadnym sacrum,
nie ogłupić żadną granicą
szaleństwa

z muzycznym uśmiechem
eh stary Boże
ciosany grubo w głazach  w pniach
Boże szorowany na kości bestii
Na zdrewnieniu na skamienieniu
Z dźwiękiem właściwym
Ponoć wszelka religia ma źródło
W punkcie gdzie spina się cokolwiek
I ten
odpowiedni mu dźwięk
a w uchu
jeśli smuga cienia
to nie ma
objawienia

czerwona klamra sensu
padlina muzyki
taka sama jak zwierzątka na łące

zakochana para a tu raptem na ścieżce
padlina patrz
zasłuchane ucho

wyłażą zeń białawe
sonaty kantyczki czastuszki
i suną muzyce jak paluszki
po brzuchu

po głuchym brzuchu
po lnianym fartuchu
kręcą ci się, stary Boże
jak drewniane dzieciątka na ołtarzu
jak zorza w huraganie
jak zdrowaśki na podołku
i łza w oku

otrzemy łzy fartuchem
prawda? a zmorę walniemy obuchem
prawda Boże?
cienie twoje są świetliste
struny przezroczyste

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko