Wiersze tygodnia – Andrzej Saj

0
80
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Pytanie

A jeśli Bóg jest tylko Pamięcią;
wszechogarniającą melodią o nas wszystkich,
zapisaną w naszej jaźni ?

A jeśli zapomnimy ?  Co będzie ?
Co będzie – spytajmy swej Pamięci ?

Jej   nieodpowiedź  budzi w nas
 refleksję;  ten  głęboko skryty w nas
rezonans  na pogłos kurantów !
(z katedry na Ostrowie Tumskim)
„My chcemy Boga…”
My poddani Pamięci,
wierni jej aż do śmierci…

A  jeśli zginie wszelka o nas pamięć –
 Co będzie ? Kto odpowie?

(Co zrobisz gdy umrę Panie ? – pytał Rilke
i  nie otrzymał odpowiedzi…
choć jego Pamięć – w nas –  jest ciągle
bijąca…)


Rana pamięci

Najpierw małe zadrapanie
drzazga słowa albo kolec
róży – wbity wymownym gestem –
zerwany z ogrodu milczenia
potem strumień świeżej opowieści
sączącej się zrazu wolno aż wykwitnie
drzewem które może sięgać
podniebnej sekwoi – jej celu
ale niebo nie schyla swego ronda
ono jest zbyt odległe
by pamiętać o nas
i o naszej przyziemnej egzystencji
o tych mrówkach słówek,
pełzających cicho szeptach,
 codziennej rodzinnej rozmowie
 i hałasach bijących z kościołów
albo o głuchym pobrzękiwaniu wiersza
w sakiewce serca;
bo za życie trzeba płacić
słono przelaną krwi daniną
aż obeschną zranione spojrzenia
a rana zostanie wygojona
by znów mogła błysnąć ostrzem
zdradliwego – poetów —  języka.
2009 r.


Rondo

„ Sein Wunsch scheint erfüllt worden zu sein”
– powiedział   pewien żebrak pochylony nad wysypiskiem
śmieci, tyle nazbierało się w całym życiu , powiedział
pewien człowiek czołgający się w  wybroczynach swego języka,
deklamując na głos wszystkie zapamiętane wspólne lata,
lata gromadzonej makulatury i ścinków dokumentów,
fotografii wyrzucanej z ciemni pamięci i może jeszcze coś –
powiedział o tym zamiataczowi ulic, jego chudej miotle
opartej o bar krawężnika, tuż przy wlocie do kanału,
do czeluści piekła, skąd dochodziły jęki pokonanych;
więc to tyle trzeba nagromadzić, tyle zebrać rzeczy,
tyle się napocić i nadręczyć by dostąpić wcielenia,
ostatniego wcielenia w porządek duchowych zdobyczy,
ostatniej odsłony losu pochylonego nad zapisem,
nad inskrypcją wyrytą wśród papilarnych linii dłoni:
Sein Wunsch scheint…


Rozprawa

Wolno, niespiesznie czytać kroki
idącego po równi niewiadomej;
od bramy wiecznie otwartej –ciąg,
wieje, aż strach pomyśleć co może On ?

Co przenosi się w poczuciu winy,
co spada, leci, ogarnia lękiem,
tymczasem miarowy stęp losu
wyciska piętno na każdej twarzy.

Nikt nie wyrówna rachunku  strat,
z otwartej rany sączy się światło
i coraz mniej go i coraz mocniej
smakuje pokuta, wina, żal…


Z cyklu: Reinkarnacje

Spowiednik

(Z „Kruków nad polem zboża”  V. van Gogha, 1890.)

Jeszcze wtedy siedziałem w tym łanie
zboża zżółkłego od rozpaczy tego ,który widzi,
widzi je inaczej; bo jego wzrok już zbłądził
w okolice skończenia, a kruki śmierci wzlatywały
nad jego głową ; to ja je spłoszyłem  i one
krążyły jak nieprzytomne pod granatem nieba

Byłem tam o kroków kilka od jego sztalugi
wbitej w twardą skorupę dłoni , która rodzi
w glebie malarskiego urodzaju. Teraz klęska  – bo żar
nadwidzenia  już wzniósł  swoje  sczerniałe słońce
i wypalał na skórze ziemi doświadczenia  pręgi.
On będzie – przeczuwałem – w przyszłości zwycięski ,
a teraz w swym wyborze szaleństwa jest już za,
już za nimi kołuje ku swej uczcie końca.

Widziałem to z bliska –  bo  odkrył mnie,
wtargnąłem w jego widzenie i w jedno,
w jedno  wstąpiliśmy  szaleństwo  wiary,
że sztuka zapłaci za to wszystko cenę
wyjątkowego doznania – lecz tym tylko,
którzy wierzą w moc wspólnej wyprawy
po runo piękna prawdy, a dobro zwycięży,
choć nie musi sprawdzać nasze winy
grzeszników . A  było ich wielu i będą
zawsze poszukiwać tego spowiednika,
który wysłucha – jak słucha  nas  ona.


Syzyfowe wątpliwości

Mój „stary poeta” się słania
pod słów nadmiarem, które
dźwiga w mozole swego życia:
w pytaniach i nieodpowiedziach.
Ten ciężar wielu lat skupiony
w znaczącą metafor bryłę
wynosi na szczyt spełnienia
mozoląc się z czuciem i wiarą.

Rośnie z nim szacunek dla słów
spragnionych prawdy przymierza;
znoju podziemia z błękitem nieba,
tego co w  wierszach się zadłuża.

Wreszcie gdy się mu przydarzy
sięgnąć samego szczytu dosłowności,
ten kamień z jego serca spadnie
znów – do podstaw wątpliwości.

Znów z mozołem musi taszczyć
swą poezję w górę niebosiężną,
znów wzrośnie z nadzieją słowa,
co u szczytu – ideałem błyśnie.

I nie spadnie – do stóp pomnika…
albo wniknie w księgi mitów,
gdzie wszystko spowite jest lękiem
bogów o losy ludzkich odczuć ?


Z cyklu : Reinkarnacje

Szyba (Skopofilia)

(Do  „Wielkiej  szyby…” Duchampa)

Tak, to ja zbiłem tę wielką szybę;
wtedy jesienią 1926, byłem zakochany w pannie
młodej- zauważonej w tafli  mego widzenia
ale potem  już jej nie oglądałem – bo zniknęła
po drugiej stronie, rozbierana przeze mnie jednak
do ostatniej sylaby kurzu osiadłego wtedy na jej
wielkiej lśniącej powierzchni niepojętego
absurdu zwichrowanego świata sztuki i jego apostołów
ustawionych rządkiem w kaplicy wierzących.
Wierzących w to co widzą; ja do nich należałem,
 póki panna była przybrana w szaty interpretacji
ale później – wybaczcie miałem dość udawania,
miałem dość tej kpiny ze sztuki, która wkracza
w sferę mojej duchowości  jak mól zagnieżdżony
w kurzu zwątpień. Wtedy ryzykowałem: dotykałem
nagiego ciała mojej wyobrażonej , dotykałem
skrawków jej aksamitnej skóry, jej nóg, piersi,
jej usta były tuż za odłamkami wzruszeń,
którymi nasyciłem ten ironiczny obraz pogardy
i zuchwałej drwiny z nas wszystkich .

Tak, jestem tym kawalerem doznającym olśnienia;
orgazm widzenia przemielony w czekoladę,
zaślepiający nas wszystkich – żądnych wyobrażeń
gdy już wszystko zostało wyobrażone i starte
na pył (kosmiczny). Więc  strąciłem z siebie ten brud.
to całe ubabranie sztuką mojego czasu i moją nędzą;
ja – nieznany złoczyńca  w klatce zapomnienia,
wychylający się z niej jak z własnej niemocy,
pożądający tej (panny) wprost nieprzytomnie,
a jednak gdy myśl skryta zbroi oczy do czynu,
wzmacnia poezją  pięść  bólu, w kamień,
którym uderzyłem moją bezsilność  i jej nagość,
i rozbiłem tę przeszkodę – zgubną tamę ,
sztucznie odgradzającą mnie od mojej 
panny rozebranej przeze mnie jednak
na zawsze.


 Ulice Wrocławia

 Z cyklu:  Z nie-widzenia

1. Co  panu jest ? – pytam przewodnika
wiodącego szlakami  poezji Wrocławia
Idziemy obaj chodnikiem lecz on
ślepy a ja kulejący równiutko
step by step
w przeciągu marnej ulicy
po której w obie strony pędzą smugi cieni
wiatr się ściga z przeciągiem na schwał
a czas jakby mgłą znad Odry wabił
nieprzytomnych o tej porze włóczęgów.
Poetów już zmiotło jak suche liście
jeszcze jakieś gałęzie muzyków
 potem pień malarza głuchy na dźwięki
zostają  tylko ci co spadli z obłoków…

2. Co pana boli, że blady księżyc tropi
nawet sny pryskają jak bańki wzruszeń
ciągnie od bram schludna nieprzystępność
cienie się kurczą ze strachu przewinień
sny spowiadane już milkną i znika
melodia nocy: tak wita nas  słońce miasta
a późniejszy deszcz wspomnień zmywa
wyłożone ulice księżycowym  pyłem.
Ciszej już nie można – tramwaj skręca
w przeszłość i znika jak mgła poranna.

3. Dokąd idziesz panie – spóźniony poeto ?
Ulice już zamknięte dla twoich wierszy
wymyte do cna przez pijackie wrzaski
obsikane prozą gołębich wzruszeń
kładą się równo płytami do swego snu
a  sen nie spada prosto z nieba
sen się tarmosi w zaułkach  pleśni
sen się kurczy w sobie  warcząc zmierza
wzdłuż kolein tej wrocławskiej ulicy
którą spływa z miasta poezja wiary
spływa wprost do rozleniwionej Odry
I ginie wśród zawirowań promieni
tańczących po brzuchach wzdętych fal
lekko spychanych przez świeży powiew
Idący z zachodu gdy miasto wstaje do pracy.


Ziarno bólu

Ból  jest substancją przechodnią;
rozlewa się między pokoleniami;
niewyczuwalny gdy śpią zmysły,
dręczący w czasie modlitwy, gdy
kołysze się w nas w takt uderzeń,
mamroczących cicho słowa serca.

Ból jest w nas wezwaniem Innego,
tkwi głęboko w pustynnej pamięci
i gdy czująca oaza widzenia
otwiera się ku naszym  sennym powiekom,
ciężkie krople rozpalonego żalu
spadają wprost w nasze chłonne usta.

Krzycząc z pokorą odnosimy siebie
do tego wzorca, który w nas Inny
ułożył według własnej miary
krzyżem rozpinając na boleści żebrach;
On w nas istotny a niepowtarzalny –
kolec w każdym oddechu wolności.

Ból jest kroplą bezmiernego żalu;
płynącego stopu ziemi z niebem –
lawą wyciekającą z gardła krzyku
i nocą tak nocną, że tylko ślepy
dotyka ślepego w uśpionym kręgu,
a moc jego jest niewyczerpalna.

Przychodzę oto do Twoich stóp
jaskinio w skale mowy zawarta
i zamieniam swój głos na echo;
echem odbijam się od Twojej powały
Panie, który nie zamykasz ust nikomu,
kto pojął czym jest owe ziarno bólu ?


Z cyklu:  Reinkarnacje

 Mleczarka 

(Do J.  Vermeera)


Już  trzecią  godzinę  upał  drogi
– z  Hagi do mojego  Delf –
wił  swoje  cienie  krętą ścieżką
i wzmagał moje pragnienie.

Szedłem znużony w pocie pyłu,
którym czas oblepiał mi ciało
i  nawet  myśli  zwolniły kroku
wobec obrazu, który wymarzyłem.

Widziałem strugę jasnego światła
bijącą skądś – sam nie wiem  skąd?
Była  pragnienia  cennym  wyrazem
i  moich zamiarów zaspokojeniem.

Wreszcie dotarłem – próg przekroczyłem;
świat  widzialny w ryzach wzroku,
niemal  chwyciłem kuchenną misę
dobrego napoju – nieba  smaku.

W świetle mrącego popołudnia,
ona – Henrietta – wylewała z dzbana
strużkę  świetlistego mleka:
wprost w moje wysuszone oczy.

Piłem zachłannie cichą zapowiedź;
spełnienie  tematu  obrazu,
który spokojnym rytem dłoni
wszedł w ten nurt –  ust wymowy.


Cykl: W drodze

Z lustra

Nieznaną drogą poprzez zimne łany
powietrza, brnąc – tchu mniej w piersiach –
przystawałem, w pamięci licząc grudy
ziemi,  rozbijane przyciężkimi krokami.

Szedłem jakby nie idąc w sobie ani
w nikim innym nie przenosiłem swojego
pamiętania o tej krętej drodze powtórzeń:
lustra odbijającego nie moje życie .

Wyszło tak, że droga była zapętlona
jak wstęga Mőbiusa – wracająca do zera.
 Jestem tym, który zmierza do końca,
 drogą odkrywania praw swego widzenia.

I powtarzam spojrzenie za spojrzeniem,
skrywam się za zasłoną – by być
prostą przeszkodą na drodze skojarzeń:
ciemno czy jasno –  w lustrzanym odbiciu ?


Z niepamięci ?

być może poezja
jest szyfrem

 do czego ?
do jakiego Pisma – pierwszego
wśród znaków tego świata
który się nam czasami śni ?

albo przypomina
z naszej niepamięci

czym jest ten klucz
otwierający furtkę serca
ku klauzurze umysłu ?

językiem  u  wagi
niezrozumienia ?

czy  ciężarkiem  znoju
celującym w  sens?
 może strugą chwili
wyciekającej z dzbana
pękniętego
w miejscu ust ?

być tą chwilą
słów dywanem
szybującej wyobraźni

a  może to wszystko
tylko odsłoną  fikcji :
matrix  zaprojektowany
przez  naszego  Administratora?

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko