Jacek Sojan – Między bezbronnością a nieuchronnością – o poezji Karoliny Grządziel

0
90

 
Poezja jest szczególnym rodzajem języka, bo zorganizowanym poprzez obraz i myśl, refleksję, gdzie konkretne zdarzenia, czy też swobodny strumień świadomości  ujęty zostaje w karby wersów, strof, które niosąc najczęściej bezinteresowną medytację opisują i ujawniają rzeczywistość egzystencjalną człowieka na wielu poziomach. Poezja ma generalnie dwojaką twarz, i nie chodzi tu o janusowe oblicze czy fenomen posągowych światowidów…I tak, albo zanurzona w sobie podmiotowo, prezentuje to wszystko co tylko pozornie ukryte w człowieku, a więc emocje, problemy osobiste czyli całe to liryzowanie wokół własnego ego, albo patrzy na zewnątrz siebie, obserwuje, waży, ocenia, zajmuje jakieś stanowisko pochylając się nad zjawiskami dotyczącymi wszystkich, także nad jakimś drugim, innym, pojedynczym człowiekiem, jego losem. Unikam podziału na subiektywne, obiektywne, bo literackie ego nie może funkcjonować bez ego. Takim imperatywem empatycznego pochylania się nad dookolną rzeczywistością cechują się wiersze Karoliny Grządziel czy to w debiutanckim tomie wierszy pt.: “W końcu początek” czy też w kolejnym zbiorze “Najciszej przed zmierzchem”.
Już samo pojęcie tytułowego “początku” ma bogatą, semiotyczną konotację, określoną przez moment świadomości odautorskiej, dla każdego artysty nieco innej, bo zdeterminowanej bagażem wiedzy żywo jeszcze pulsującej, znaczącej w jakiejś bezpośredniości konkretnego momentu czasowego, dookreślmy – wiedzy historycznej, odnoszącej zarówno do jakiejś zaprzeszłej daty jak i bezpośrednio do jakiegoś prywatnego “wczoraj”, naszego i naszych najbliższych, czy to rodziców, znajomych czy odchodzącego właśnie pokolenia rodaków. 
Tytuł wiersza “Żył z numerem idącego na śmierć’  dedykowany “wujowi Józkowi” wymownie kieruje uwagę czytelnika na los jednego z tysięcy, a nawet milionów ofiar obozowej apokalipsy poprzez opowieść ”Kazi”, osoby pamiętającej moment powrotu wuja do żywych, i moment jego ostatecznego odejścia:

kazia przeżyła cię o ćwierćwiecze
stale jednak pamięta jak utknąłeś za piecem
po piłkę wartą najwyższej odwagi

zapętliła się historia
stale powraca w monologach siwego gołębia

mało ostatnio chodzi i jest pochmurna jak niebo tegodnia
gdy wróciłeś z obozu
ze zmienioną twarzą i dłońmi roztrzaskanymi o wiatr
za tobą szła kochanka sierota

kazia mówi że uratował cię spryt i magia liczb
ubranie z numerem idącego na śmierć
za które wytargowałeś trzydzieści lat i słabe serce
skłonność do przystawania w drodze

aż nadszedł słoneczny dzień porządkowania archiwów w 
i wprost z ulicy wezwano cię do szeregu

Warto zwrócić uwagę na kompozycję utworu, w którym mamy trójpodmiotowość tematu: autorki słuchającej co mówi Kazia, Kazi wspominającej chwile związane z “wujkiem” i osoby głównego bohatera, któremu wiersz jest dedykowany.
Personifikowanie starości w wierszu “Stare gołębie”, starości naznaczonej obserwacją:  ” jak oczy zaciąga im szara mgła”; “przygarbionymi plecami”; “zmumfikowane myszy”; “łapiąc zadyszkę”; “podobni do okładek w antykwariatach”  i zakończenie z eschatologicznym stwierdzeniem: “aż stróż przyjdzie pogasić im światła w głowach” uwyraźnia problem nieokreślonego, zbiorowego bohatera, rozpoczynając prezentację humanistycznej tezy –  nic co ludzkie…Podkreśleniem tezy są wiersze: “Dwukierunkowa” – obraz szpitala, “Wesołe miasteczko made in China”  – stanowiący klasyczny przykład oksymoronu, “Z kroniki zaginionych II ” – filmowy klaps zatrzymany na przedmiotach:  ” czarna pikowana kurtka / granatowe dżinsy sportowe buty / znak szczególny / czas który nigdy nie wrócił do jego pokoju”. Uprzedmiotowiony człowiek, tragiczna depersonalizacja. Podobnie w wierszu “Dom za lasem”: “na szafce przybyło ampułek / błękitnych narkotyzerów różowych tłumików / albumów o konstrukcjach balonów”. A w poincie: “unoszą poduszkę…dźwigają ciało / by przez otwarte okno widział rozłożyste drzewa.” Człowiek w całej swojej biologicznej bezradności, w matni przedmiotów podtrzymujących życie. Naga egzystencja wyziera  z wiersza dedykowanego bezdomnemu “Kiedy usypia się ludzi”: “z rzeczy najprostszych najtrudniej pogładzić dłoń / zakropić oczy zwilżyć usta / nie pytać / ile słońc umrze zanim wstaniesz…” Wierszy o tematyce szpitalnej, pochylające się nad pacjentami uwikłanymi we własne nieszczęścia chorobowe w tomiku sporo: ( min.: Szpital Przemienienia, Poczekalnia dla ptaków; Gniazdo ptasznika), a ich niekonwencjonalna poetyka oparta jest na rejestracji oznak fizjologiczno-psychologicznej kondycji w połączeniu ze świadomością rozpoznawania granicznych momentów, co w przypadku autorki – lekarki pogłębia wiarygodność przekazu.
Pojawia się seria wierszy o heroiźmie – “Dobijam się do was”: “dokąd biegniecie chłopcy z karabinami na kapiszony / i wy dziewczynki ze śmiesznymi kitkami…”; może to próba zrozumienia heroizmu drzemiącego w idealizujących głowach małolatów…”. Ale chyba najmocniejszym akordem tematycznym są wiersze poświęcone apokalipsie drugiej wojny światowej, w rozmaitych jej odsłonach, zawsze porażających programową bezdusznością, bezwględnością wobec ofiar i ogromem  morderczego rozpasania. Na przykładzie zbrodni na Wołyniu, gdy w Wielki Piątek 23 kwietnia 1943 roku Ukraińska Armia Powstańcza (albo wprost chłopska czerń będąca najbliższymi sąsiadami) wymordowała w Polskim Osiedlu Robotniczym, w jednej z takich miejscowości ponad 600 osób, autorka napisała wiersz o wymownym tytule:

Janowa Dolina
I
historia światła
między ścianami z bazaltu a stacją rozsiały się domy
zaludniły aleje napełniły kioski
ludzie przywieźli książki i gramofony
zasadzili dzieci które rosły niczym drzewa

równolegle do nieba biegły tory i kable
w nich filmy jazz trzaski rozmów
osada puchła jak nogi starej kobiety

na boisku bito rekordy
apteczne pigułki leżakowały w szufladach
wyrywano zęby opatrywano złamania
czas opływał dolinę spokojną rzeką

II
historia cienia
niepokój rodziców udzielał się bratu
ojciec czyścił broń liczył naboje
matka obierała kierunek
choć żaden nie był właściwy

wania mówił że las jest bezpieczny
że uratuje nas noc zwierzęta ludowe baśnie
tylko trzeba już wyjść
trzeba wybrać

słupy bazaltu rzucały coraz dłuższe cienie
chłonęły kolejne drewniane chaty
ostatni raz widziałam wuja
jego włosy trawił ogień

biegnij szybciej biegnij przed siebie nie oglądaj się wstecz
więc nie obejrzę
już nigdy

Kod językowy kompozycyjnie czytelny i jednoznaczny niesie informację –  historia światła – historia cienia, czas koniunktury i czas zagłady. Opowiedziane rzeczowo z lekkim półuśmiechem (“…uratuje nas noc zwierzęta ludowe baśnie…”); pozornie beznamiętny tok narracji o katastrofie, jednej z wielu polskich osad na wschodzie. I może kolejny wiersz o podobnej tematyce:

Z listów niewysłanych

Was tu przywieźli, byście ciałami użyźnili ziemię

światło przewierca ścianę drzew
w wąwozach leżą martwe belki
mróz ścina korę
drepczemy w miejscu żeby zabić chłód
zabić ciszę

wiatr co chwilę zastyga jak mięśnie
tężeją ścieżki krwi kamienie
łokcie spychają coraz głębiej
kolby nie omijają żeber ani skroni

tu nikt nie uroni dla nas chleba
nie wyda z siebie słowa na przywitanie
jest obco i oni są obcy
tato

w każdy list wkładają wkładają ręce
kneblują usta
uczą posłusznie stawiać litery
nie podnosić wzroku

dopiero po tamtej stronie opowiem
jak smakuje ziemia
jak gryzie się piach

Trudno nie wymówić pod takim wierszem choćby trzy wyrazy: Ostaszków – Katyń – Miednoje…Czas wojny, zabijania, jako temat rozkłada się w tomiku Karoliny Grządziel na wiele wierszy: “12 ton (miasto)”; “Doniesienie z września”; “Pocztówka z okopów”; “Picasso rodzi wojnę”.  Obraz holokaustu, wspólnego losu jednego narodu wielu orientacji religijnych, kulturowych, znajdujemy w wierszu:

Hawdala

Z lotu ptaka
samosiejki brodatych starców i dzieci
kobiety na drutach dziergają ciepłe ciała
za chwilę wybuchnie pełne ładunków powietrze

nadajesz szeptem każdy stos ma czyjeś spopielone stopy
ołtarz kielich lepką krew
w pociągi wsiąka coraz więcej potu
ciasno układają się słowa modlitw

ostatnie ramię menory przetopione na broszki
teraz bóg nie będzie miał nas czym objąć

II

z ziemi
miasto gorączkuje od rana trzydzieści osiem
konwulsje tramwajów wstrząsają placem
uszczelniają oczy i uszy

wysiedleni z domów przymierzamy nowe miejsce
mówimy jednym głosem wielu ciał

poukładanych ciasno między ziarnami piachu
nie przesieją cierpliwe palce

w powietrzu tylko dym z włosów

Myliłby się ten, kto po prezentacji powyższych wierszy uznałby tom “W końcu początek” za obsesyjne i jednostronne spojrzenie wstecz historii. Sentencja łacińska twierdzi wszakże,  że to co dzisiaj urodziło się wczoraj. Cyceron dobitnie: “Jeśli się nie zna historii, pozostaje się zawsze dzieckiem”. I tenże podkreśla: “Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia.” Tegoż filozofa i polityka sentencję o przyjaźni znajdziemy w tytule wiersza “Amicus vitae medicamentum”.  Dookolna, przaśna rzeczywistość  ujawnia się wierszem – ekfrazą: “Przenośne anioły (A.Duda-Gracz)”:

… … …
polska strzelista ta polska podziemna
z chorągwiami szurającymi po niebie
chałupami odpadającymi od krajobrazów
jak strupy

ta od niewyleczalnej głupoty
królów co wylęgają się z rowów nad ranem
nędzna a wielka
rycerska i zielna

święta ziemia 
spod paznokci i butów
/fragment/ 

Obrazy prowincji w wierszu “Wiśniowe” skupiają uwagę na degradacji pejzażu i człowieka w nim uwięzionego:

… … …
… płyniesz obok pomników starych drzew
opuszczonych hal szczerbatych mostów
niezdarnych kiosków w ktorych pachnie miastem

aż zaczynasz mówić ich językiem

zaczynasz wreszcie rozumieć gdzie kończy się rzeka
i dokąd biegnie droga
/fragment/

Pojawiają się nieoczekiwanie teksty bardziej osobiste, o pisaniu: “Nieoswojona”; o relacjach z najbliższymi, np: “Hazardzistka” – “…grałam o wszystko”;  “Cykl trzech” – “…kawałek miłości schowany jak piętka chleba; “Zwiastun” – “rozleniwiają mnie twoje dłonie…”. Ciekawie odczytuje się erotyk:

Wymodlę ci wiersz

podzielmy się sobą
pokruszmy dla ptaków

nie przychodzę po rozgrzeszenie
codzienny ceremoniał
z kieliszkiem do połowy pustym
głodem do połowy sytym

czekaniem od parapetu do krzesła
w warstwach latte skórach ścian

nie przyjmuję komunii twojego ciała
nie mieszam ze śliną nie układam języka
w materac na którym kiedyś cię złożą

znam chłodne przejścia z seksu do snów
klatki dla obrazów

wierzę 
w miłość co kładzie się ostatnia a wstaje pierwsza 
 
Wszystkie związki opierają się albo na Erosie albo miłości platonicznej, albo na przyjaźni, którą Grecy określili słowem Philos. Idąc za ideami Platona zaproponowali hierarchię:
1. pożądanie – miłość zmysłowa, cielesna
2. miłość duchowa –  identyfikująca się, w ramach miłości platonicznej przekraczająca cielesność 
3. miłość wiodąca ku idei Dobra i Piękna, transcendentna, obejmująca ogół, altruistyczna, zatroskana tak o najbliższych jak i o ludzkość…
I tu pojawia się w kontekście powyższego wiersza greckie pojęcie Agape, udzielające się w trosce o dobro partnera. Czy dzisiaj zakochani myślą o “miłości co kładzie się ostatnia a wstaje pierwsza”? Pytanie otwarte, nie tyle do jałowej dyskusji, co do osobistej refleksji…
Intymność samotności rozpisana “na cztery ściany, na głody, na sny” w takich wierszach jak: “Składamy się z mechanizmów obronnych”; “Zaokrągleni do dwóch miejsc po przecinku”; “Casting” – to próby porozumienia, albo zatrzymania tej drugiej osoby, którego fizyczność poprzez “współdzielenie” staje się istotnym pokarmem, nawet ze świadomością ulotności związku:

… … …
chcesz się kochać to powiedz że możesz dzielić łóżko
pokój oddech korytarz
wszystko czego nie mamy na własność
czym jesteśmy przez chwilę

a teraz wejdź i wyjdź jakby cię nogdy nie było
jakbyś zawsze był
/”Zwrotnica” – fragment/ 

Ostatecznie pozostaje prośba o pozbycie się masek, o szczerość:

Na koniec

pisz mi siebie bez czasów
bez odmian i form gramatycznych
siebie mi pisz w rozebraniu

a kiedy staniesz obok
cała ze światła i prawdy
wejdź w tej ciszy jak dziwka

pełna i pusta jednocześnie

Odmienną propozycją literacką jest drugi tomik Karoliny Grządziel pt: “Najciszej przed zmierzchem”. Jest tam przywołanie postaci ze świata medycyny: psychiatrów, fizjologów, kardiologów, anestezjologów, chirurgów, ale też duchowych przewodników po imponderabiliach, takich jak Edyta Stein, Szekspir…Wezwani po imieniu: Ludwik, Antoni, Konstanty, Kazimierz, Georg, Aleksander to pionierzy nauki polskiej, bliscy laureatowi Nagrody Nobla Tadeuszowi Reichsteinowi, któremu autorka zbioru “Najciszej przed zmierzchem” poświęciła wiersz: 

Reichstein

Płyną ogrody przecina je jasna pręga wody
przez źrenicę szklarni wpadają mdłe słońca
dzień się starzeje

płyną ogrody powietrze otacza je przeźroczystą folią
ogrodnikowi mętnieją oczy wieczór wschodzi
linijki listów snują się jak pijacy w delirium
długą drogą zapada sen cytrynowa trawa

płyną ogrody otacza je czułość melodii
unosi się warstwą mgły ponad sadami kościelnych wież
gdy dzbaneczniki jak Aztekowie składają ofiary

w aromacie kawy płyną ogrody tętnią minione poranki
dzikie rośliny znają słowo wolność we wszystkich językach
dlatego przygarniał i pielęgnował każdą niczym córkę

znim urosła rozkwitła i zwiędła
wyrwana spod serca

Może pod wierszami sygnowanymi imionami warto było dać odsyłacze, wyjaśniające, komu, o kim dany wiersz poświęcony. W tej postaci dla niewtajemniczonych mało są czytelne. Znamienne, jeden z wierszy zamieszczonych w zbiorze nosi tytuł: “Moi profesorowie”. Jeśli w wierszach pojawiają się nazwiska poetów/poetek takich jak Sylvia Plath, Bukowski, Baudelaire, to łączy ich z lekarzami pewien aforyzm: “Bo żyć możesz tylko tym, za co godzisz się umrzeć” – który choć nie wprost, przemycony w podtekstach mówi czytelnikowi o pasji, dla której oddaje się wszystko, nie oczekując w zamian niczego. No, może chwili uwagi… Autorka nie unika utożsamiania się ze zbiorowością w ramach tego co wspólne: biologia, marzenia, nadzieje, wiedza, fantazje, sny: “odwołano nas z cukierkowych neonów…” (Recykling); “niesiemy pamięć pasieki…”(Genetyczni);  “pochylamy się nad sobą jak nad mapą…” (Najciszej przed zmierzchem). Wspólne dziedzictwo intelektualne i genetyczne stanowi dla wszystkich determinant, podobnie jak czas. Wzajemne oddziaływanie na siebie kształtuje każdego w rozmaitych konfiguracjach zaangażowania, tak w samorealizacji jak i w związkach intymnych. Co imponuje, to powściągliwość lirycznych wynurzeń, rzeczowość zmuszająca do skupienia, dociekliwości.

Najciszej przed zmierzchem

pochylamy się nad sobą jak nad mapą

jeśli dotąd byłam nienazwana ty mnie nazwałeś
ciepłym językiem dookreśliłeś piersi i brzuch
barkom nadałeś konstrukcję katedr by dźwigały
kopczyki kości i monstrancje przemienionej krwi

podpłynąłeś by tresować skały nie siłą
lecz cierpliwym wahaniem przypływów
bo jeśli dotąd byłam nieodkryta ty mnie wydobyłeś
dla kartografów i lingwistów z bezkształtnego milczenia

teraz układam dla ciebie włosy
zatrzymuje śliny ślad na ustach
czytam dotyk studiuję architekturę dłoni
chronię nas przed ciekawskim światem

zanim nastanie sen – starzec o oczach dziecka
który ukołysze nas w sobie bezpiecznie

W zasadzie każdy wiersz wydaje się ejdetyczny, jak w fenomenologii Huserla określa się metodę redukcji, za pomocą której docieramy do istoty zjawiska czy przedmiotu, co prowadzi ostatecznie do odkrycia jego istoty (eidosu). Pisząc ejdetyczny mam na myśli właściwy zjawisku przeżywania niezwykle żywe wyobrażenia tego, co w połowie jawne,a w połowie ukryte. Znakomitym przykładem takiego wiersza jest “Wnętrze”:

to co ważne kryje się we wnętrzu
dlatego zrywa płaszcz pod którym się chowa
widzi przesła mięśni na szkielecie
machina ma swoje wzloty i upadki
uwodzi malarzy pozuje poetom

przecina by wydobyć światło którym się karmi
którym napędza tryby w którym odkłada lata
w zupełnej ciszy i mocy prawa jest jej zdobywcą

zanim przyjdą mikroskopy kleszcze i lancety
a kamery zaczną nagrywać dusze i sny przewiną jak taśmę
wyjmie z jej zaciśniętych ust kamyk oddechu
w niemieckim mieście u stóp chłodnego morza
otworzą się jego oczy

Kruchość ludzkiej egzystencji, jego bezbronność i nieuchronność rzeczy takich jak szaleństwo czasów, zło i dobro intencjonalne i przypadkowe bo losowe, choroba, rozdrapy w kontaktach z innymi, współuczestniczenie w namiętnościach, marzeniach, przemijanie, dojmująca w końcu samotność, odrębność w przeżywaniu własnej tożsamości fizycznej i inteligibilnej – wszystko to staje się inspiracją i  pozostawia ślad  w postaci artystycznie podanej refleksji, nazywanej wierszem. Fotografią własnego ja, pozostającego w półukryciu osobności, wychylonej na inność.

Femina (czyli fotografia)

kiedy przechodzisz z formy siedzącej w kobietę
światło odwraca twarz

rysowana z uchylonymi ustami
każesz palcom rozmazywać miejsca
gdzie nawet bóg traci zimną krew
pulsuje

każde wejście w ciebie
to recytowanie języka zza warg
krajobrazów zza okien.

coś jak powolne odcedzanie świata
z wilgotnych domów i światłoczułych drzew
dobieranie do kształtów słów
i pierwszych imion kobietom

którym mlecznych piersi nie ścina czas

 
/Karolina Grządziel; W końcu początek; Kraków 2020; Wyd. Miniatura
  Karolina Grządziel; Najciszej przed zmierzchem; Kraków 2020; Wyd. Miniatura/

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko