Wiersze tygodnia – Andrzej Kosmowski

0
110
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

navigare

płynąć
chociażby dany ci akwen
był już nie większy od
szklanki z wodą
na stoliku nocnym

płynąć
chociażby jedynym wiatrem
zaplątanym w twoje żagle
był coraz płytszy oddech

płynąć
chociażby nawet morze
straciło wiarę w swoją
własną misję

płynąć  


playground

obezwładniający upał
w obcym mieście
nad głową pielgrzyma
zastygły na błękitnych połaciach
zwanych kurtuazyjnie niebem
uchodźca z subsaharyjskiej afryki
uśmiecha się ironicznie
i mało życzliwie

płuca próbujące uporczywie
zagospodarować każdy
choćby najpłytszy oddech
a splątane myśli 
bawią się radośnie
w berka
jakby stary człowiek
był tylko zadeptanym
 podwórkowym boiskiem

zamknięte na głucho
wrota do chłodnej świątyni
warczą groźnie
jak stróżujące psy


***
przypływ
odpływ
zaskakująca nieistotność wiatru
zaskakująca nieistotność nas


czas pandemiczny

“Looking at our time pieces in disbelief”
(Aleksandra Miladjev)

nasz czas zwolnił
ba nieomal stanął
w miejscach
przypisanych nam
w urzędowym zarządzeniu
i coraz bardziej przypomina mi
ukochane wszak 
przez zasiedzenie
sanktuarium młodości
naszej i naszych dzieci i wnuków
zakole strumyka bełch
teraz najechane zdobyte
uczynione sobie poddanym
i zastygłe w wymuszonym
niby trwaniu
za bobrzymi tamami

powtarzające się sytuacje gesty rozmowy
niepokoje strachy nekrologi
seriale i ten baśniowy element
zaklęty w telefonicznych komórkach
ale uważaj
to tylko pozór
tuz pod zarośniętą rzęsą
i plastikowymi butelkami
spokojną powierzchnią
czas niespodziewanie przypomina
finiszującego czterystumetrowca

tylko ból nóg płuc
kołaczące serce
narastający dług tlenowy
i to zapierające dech
tempo
w jakim nasze życie
pokonuje dystans
dzielący nas od mety

nigdy nie ufaj czasowi
nigdy nie ufaj naszym czasom
róże zawsze więdną
zbyt wcześnie
zwłaszcza te szklarniowe

3.2020


miesiąc albo epokę albo jedną śmierć później

ułaskawienie pojawiło się
znienacka
na paluszkach
i bynajmniej nie potrzebowało 
kolejnej teleporady
czy testu na szpitalnym
parkingu
(zresztą zbawczyni moich płuc
już od tygodnia walczyła
tylko o własny oddech)  
ot dyskretny sms
od urzędnika ministra zdrowia
z żądaniem natychmiastowego
zwrotu pulsoksymetru
w związku z

chwilę potem wypełzłem
ze skorupy domu
ku światu  

dzień pospiesznie
zawężał pole wyboru
i oczekiwań
zmęczone słońce
skwapliwie uznało
iż wypełniło już swoje obowiązki   
i szczelnie otuliło się
brudnym płaszczem
chmur

niby wszystko było na miejscu
a nic się nie zgadzało

apatycznie kontemplowałem
stłumione odgłosy nieodległej
autostrady 
zdawały się prawdziwsze 
niż ten ostatni miesiąc
niż Twoja wigilijna śmierć
niż sylwestrowy pogrzeb
na którym nie byłem
niż poczucie zdrady
prawdziwsze 
niż moja wiara
solidnie przetestowana
i dalej dziurawa jak sito

i nie mogłem tego znieść

oblodzony chodnik
chybotał się niczym
rozkołysany pokład
a każda brukowa kostka
z drwiącym
uśmiechem testowała
moją wiarę  
w możliwość zrobienia
kolejnego kroku

pospiesznie wróciłem do skorupy
nie znalazłem, bowiem celu
ani nawet świata
w którym ten cel chciałoby się realizować 

niby wszystko było na miejscu
a nic się nie zgadzało


Sailor’s HornPipe albo maligna

tyle o sobie wiemy
ile nas doświadczą
słyszałem tak często

a ja właśnie wykonuję 
na ostrzu noża
rozgrzanym do czerwoności
ekraniku elektronicznego termometru
taniec z figurami
przypominający matelota
(prawdę mówiąc
nie mogę sobie
przypomnieć
czym jest ów matelot
i nie tylko to)

mimo to dalej nie wiem
o sobie nic

o dzisiejszym świecie
za oknami
zresztą
też zgoła niewiele

rozedrgana intuicja
podpowiada
że ktoś tam na górze
jednak chyba mną się
jeszcze nie
znudził

i tylko co do cholery
robi horatio hornblower
w moim fotelu
przed telewizorem


krótka rozprawa o szczęściu

pierwsze grube krople
letniej nawałnicy
wypalają dziury
na rozgrzanej upałem ziemi

zapach euforii zrywa się do lotu
unosi się swobodnie w powietrzu
wkrótce zdaje się przenikać
nie tylko do płuc
ale bezpośrednio do krwioobiegu
a śmigłe łodzie roznoszą go
rozkołysanymi tętnicami
(wiem wiem to tylko skok nadciśnienia)
do najodleglejszych posterunków ciała

otumaniony rozkoszą umysł
nieporadnie próbuje rozszyfrować
źródłosłów słowa petrichor

spieczone usta
ogłaszają włoski strajk
w obronie wolności
i szczęścia

pół godziny później
zjednoczone siły
wiatru i wody
wyrywają z korzeniami
z przydomowego ogródka
ulubioną mirabelkę 

(samosiejkę zresztą –
zawsze najlepiej wychodziły
mi w życiu improwizacje –
mimo wrodzonej niechęci
do spontanicznego działania)


upał musi się kiedyś skończyć

znad głowy znikają
ostatnie skrawki zmętniałego błękitu
o poranku
bezczelnie skradzione morzu

najwyraźniej
wiedząc o nieuchronności
olimpijskiego starcia żywiołów
niebo pośpiesznie
pozbywa się łupów

morze wie już chyba wszystko
niebo też pewnie zna już
wszystkie odpowiedzi i scenariusze
a drzewa na wydmach 
w groteskowej pantomimie
milcząco im przytakują

zefir syn tytana astrajosa
pan wiatrów
zachwilę niespiesznie uniesie kurtynę
(ale na razie dopala ostatniego papierosa) 
a zeus
pan piorunów
odbezpieczy broń
(choć jeszcze leniwie przeciąga się na kanapie)

póki co na plaży panuje niezmącony spokój
nawet niemieccy turyści
niespodziewanie zamilkli

tylko piasek już poci się ze strachu


na południe od wschodu

na bałtyckiej przystani
na mierzei w piaskach
od dawna już nie widziano
rybackich łodzi

po piasku wije się jeszcze
niczym surrealistyczny wąż
stalowa postrzępiona lina
wczepiona do przerdzewiałej wyciągarki
usadowionej na strzaskanym betonie
zbyteczna jak łańcuch któremu odebrano psa

w rozbujanych krzakach
trochę peerelowskich reliktów
już nie błaga o łaskę
wskrzeszenia
i rozpada się z godnością
pod kołderkami graffiti
z dawno minionych sezonów

nawet dla komórkowego GPS-u
to miejsce nie funkcjonuje
i operator funduje nam 
niezapowiedzianą wirtualną wizytę
u kanonika kapituły warmińskiej
który wstrzymał i ruszył

tymczasem
patrzę jak wzburzone morze
odbija się w oczach wnuczki
i na chwilę zwyczajnie
jestem szczęśliwy
stojąc tu na samym końcu świata
na południe od wschodu 
a tyłem do polski


***

długi spokojny wieczór
w niespokojny czas
zasuszony klonowy liść
pewnie ze czterdzieści lat temu
wetknięty w tomik Różewicza
niespodziewanie
staje się wierszem


luna

idziemy samotnie przez noc
bo przez noc
nawet w tłumie
nawet w miłosnym uścisku
idzie się zawsze samotnie

księżyc podgląda nas bezczelnie
acz milczy wyniośle a obojętnie
być może zbyt jest zajęty
pracowitym wydeptywaniem
własnej ścieżki
w złowrogiej korporacji kosmosu

a my nieco zażenowani
też ukradkiem zerkamy
w jego posępne zapasione oblicze
(jakoś łatwiej polubić
jego anorektyczną wersję)
i próbujemy podpatrzeć
własne przeznaczenie

każdą nerwową komórką
czujemy jego przyciąganie
nasze ciała
mimowolnie kołyszą się
w jego rytmie

księżyc podgląda nas bezczelnie
a my wijemy się z niepokoju
pod milczącym spojrzeniem

mimo to
tak bardzo chcielibyśmy
zabrać go
do krainy naszych snów

i oszukać samotność


szczęście

brutalna gitarowa solówka
łagodnie oswaja mrok

żadnych wspomnień
skojarzeń
wierszy

tylko ta noc


zachód słońca

niby wyzwalające
misterium
a jednak żadna
spanikowana myśl
nie odeszła wraz z
zachodzącym słońcem

bezsenność
bezradnie
wierci się
na poduszce


pełnia

już dobrze po północy
wpisany we framugę okna
księżyc
wypełnia się
moim niepokojem


cmentarz

martwa cisza dojrzewa w upale
do niekontrolowanego wybuchu
niepamięci

na ścieżce pień ostatniego
wyciętego drzewa
ostentacyjnie roni
żywiczną łzę

Bóg podobnie jak ptaki
chyba znalazł dla siebie
inne miejsce


tradycja

stary wiatrak
zamknął się na wszystkie
zamki i spusty
zastygł w spróchniałym stuporze
przemijania

najwyraźniej wciąż przeżywa 
wykreślenie z listy
symboli niezbędnych
współczesnemu człowiekowi
a wiatr łka wściekle
bezsensownie zaplątany
w zablokowane skrzydła

ale już jutro sancho pansa
otworzy w nim
przydrożną knajpę

złamana włócznia don kichota
przypadkowo znaleziona w pokrzywach
pod młyńskim wzgórzem 
już wisi nad jakże romantycznym
barem


gniazdo na ulicznej wiejskiej latarni

w rozbłysku reagującej na
na nadjeżdżający samochód
lampy niespodziewanie tuż nad nią
pojawiają się zastygłe w bezruchu
dwie czarne sylwetki bocianów
wpisane bezczelne w aureolę
księżycowej pełni

nowoczesność i metafizyka
splecione w pijackim uścisku
pielgrzymują przez wieś 

co kiedyś była miastem

***
sjesta
ostrzegawcze krzyki ptaków
zaplątane w sieci babiego lata

***
babie lato –
igła gramofonu
potyka się na rysach

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko