Andrzej Walter – Przecież wszystko się już zdarzyło

0
118


   Czyżby?

   Polska poezja współczesna obiera coraz szerszy wachlarz kursów na oceanie zapisanych słów. Niejednokrotnie jej język oraz percepcja nie idą w parze z jakimkolwiek rezonansem społecznym, nie stanowi też ona żadnego punktu odniesienia do klasyków królowej literatury, powstaje jakby od niechcenia, na kolanie, w półbiegu, w młodzieńczym przeciągu i w paroksyzmie postmodernistycznego lęku czy też za kulisami zagubienia.

   Rarytasem jest więc kiedy dostajemy tom poety pokroju Marka Wawrzkiewicza, ikony polskiej poezji, człowieka który uczył się i czerpał w sposób żywy, realny i namacalny z obcowaniem z takimi poetami jak Broniewski, Iwaszkiewicz, Miłosz czy Gąsiorowski, Jerzyna, Śliwonik oraz setki, jeśli nie tysiące innych. Trudno dalej wyliczać te naznaczone historią literatury nazwiska. Wydaje się, iż najwłaściwiej sprawę tę ujął Tadeusz Różewicz w wierszu Wrota śmierci (2006)

„kiedy zaczynałem pisać wiersze
jeszcze „wszyscy” żyli
potem zaczęli odchodzić”

   Kiedy Marek Wawrzkiewicz zaczynał pisać wiersze chyba wiedział to samo, co wie teraz. Poezja była, jest i zapewne pozostanie rodzajem intymnej, kameralnej rozmowy między poetą a niewielką grupą adresatów. Tym cenniejsze są więc wytrawnie i przystępnie sformułowane refleksje w  dopiero co wydanym przez Adama Marszałka najnowszym tomie tego wyjątkowego poety zatytułowanym szekspirowsko „Chwila jawy”.  Życie to chwila jawy między dwoma snami. Trudno o bardziej malowniczy i apetyczny początek…

   To jakże metaforyczne motto z szekspirowskiej Burzy właściwie oddaje w zasadzie całokształt ducha i kontekstu tego tomu, w którym poeta usiłuje rozliczyć się zarówno z całym swym bagażem przeszłych doznań i emocji jaki i ze współczesnym światem w całej jego monotonnej i złowieszczej karykaturalności.

    Jedna jakby banalna myśl przenika większość wierszy. Banalna, choć ukazana naprawdę w iście niebanalnej i świeżej, nowatorskiej formie. To po prostu miłość, miłość, uczucie szczere i nie znające wiekowych ograniczeń, miłość nie dająca się skwalifikować i ogarnąć jest tu najwłaściwszą odpowiedzią na wszelkie nasze pytania i rozterki. Reszta to marność, nad marnościami i powód do szyderstwa, czy choćby ironii. Marność nad marnościami w gonitwie za wszystkim innym.
  
   Cała konstrukcja przemijalności, bez miłości, bez zachwytu, bez olśnienia z uczuciem i pasją jest niewiele warta, jest pozbawiona sensu, a wszelki sens nadaje właśnie … miłość. Choć autor tego tomu prowadzi nas jak swojego rodzaju przedszkolaków za rękę poprzez bardzo różne krainy. Wie doskonale, że samo hasło – miłość, to z pewnej perspektywy wyświechtany frazes, to nadużyte zaklęcie, którego współczesny świat co najmniej nie rozumie, a co więcej, można śmiało powiedzieć, że nadużywa go bez ładu, składu i bez opamiętania deformując jego pierwotny sens i znaczenie. Choć nasz wielebny Autor i do tych deformacji ma stosunek cierpliwy i łagodny. Z pozycji mędrca niejako. Powiedzmy zdystansowanie wyrozumiały, tyle już przecież widział i zaznał opętań, -izmów i szaleństw, że realnym szaleństwem może być tylko zachwyt miłością, czyli czymś tutaj niedefiniowalnym, choć realnym w sensie tego co nam się przydarza, a co być potrafi najpiękniejszym elementem tej układanki.

   Takie są te wiersze. Ciepłe, z dużą dawką humoru, ironii, wyrafinowanego uśmiechu, z prozatorskim rytmem snucia coraz to nowej opowieści: o życiu, o śmierci, o przemijaniu, o ludziach, o wszystkich naszych drogach, nadziejach, wiarach i wątpliwościach. Wawrzkiewicza się czyta niemal doskonale, po wielokroć można powracać w każdy zaułek wiersza, w każdą metaforę, w konstrukcję słów, tak niepowtarzalnych, że tom ten jest jak ogromna przygoda literacka, jak odkrywanie nowych miejsc, lądów, kontynentów, a to wciąż tylko intymna rozmowa poety z czytelnikiem.

   Ten tom mógłby być swego rodzaju wzorcem, ideałem pomostu pomiędzy poezją dawną a poezją współczesną, gdyż jego język jest nasączony do cna przeszłością, całym tym monumentalnym literackim dziedzictwem, a jednocześnie tak prosto i lekko osadzony we współczesności, w języku dzisiejszym, że tylko należy podziwiać ten lingwistyczny geniusz Autora, wierzącego głęboko, że polska poezja jest jedną z najlepszych na świecie i na sobie samym chyba udawadniającym ową dosyć śmiałą tezę.

   Jednym z dobrych przykładów powyższych stwierdzeń niech będzie wiersz

Piołun

… mieliśmy złą pogodę.
Conrad

W czas nowej wiosny przeczuwałem nadejście jesieni,
Może dlatego, że już zagnieździła się we mnie, a ja to
Jeszcze lekceważyłem, choć nie powinienem.
Spod ociężałych powiek patrzyłem na spadające za lasem
Rybitwy. Być może tam, za sinawą, cienistą ścianą
Jest inne, bardziej rybne jezioro. Myślałem o tobie: niechby
Chociaż jedna rybitwa powróciła tutaj i odnalazła
Swoje gniazdo. Potem padały deszcze, a mimo to
Wysychało we mnie istnienie.

Cóż, widać są tylko dwa gatunki ptaków: przeszłe i przyszłe.
Te pierwsze zasnęły, albo umarły. O drugich nie wiemy nic –
Ani czy przylecą, ani czy w ogóle są. Ornitolodzy
                                                  i psycholodzy
Tego nie rozstrzygnęli. Tyle jest jeszcze niezbadanych
Sekretów zoologii i biologii. Na przykład dlaczego w tym
                                                  roku
Tak zawzięcie pleni się piołun, dlaczego pachną nim: wiatr,’
Wieczorne rozmowy, niejasne, ale gorzkie sny i poranne
                                                  przebudzenia.
Wszystko, co napiętnowano samotnością. Piołun
Chciałem ci powiedzieć – wyjdźmy stąd, pojedźmy tam,
                                                  gdzie
Przylatują jeszcze ptaki, gdzie mgły są miękkie i ciepłe. Może
Moglibyśmy zamieszkać między pachnącymi sosnami,
Pod niebem, które zawsze wspina się, a nigdy nie opada.
Tam, gdzie słowa znaczą tylko tyle, ile znaczą, a o uczuciach
Nie mów się, bo są. Jak sprzęty – własne i oswojone.

Chciałem ci to powiedzieć. Ale spostrzegłem,
Że cię nie ma. I tak już pozostało,
Jest tylko piołun.

   Wawrzkiewicz w swojej poezji niemal zapiera dech w piersiach. Kreśli obrazy prawie impresjonistyczne, w których właściwie sam kreuje światło, aby je potem zamknąć i uchwycone odtworzyć na swój własny, intymny, ukryty i nowatorski sposób. W efekcie otrzymujemy obraz nietuzinkowy, efektowny, acz dyskretnie pastelowy. Jednocześnie olśniewający. Obraz tak charakterystyczny, że czytając inne wiersze poeta staje się niemal rozpoznawalny, właśnie poprzez swój styl wykwintnego, nieco starodawnego języka, a zarazem kreując własną wersję łagodnej, subtelnej i pokornej odmiany poezji, bez fanfar, bez przesady, przerysowań i zbytniej ostrości. Poezja Wawrzkiewicz bowiem żyje siłą nieostrości, potęgą zmiękczenia, dyfuzji, nałożenia się światów jak w fotografii dzięki użyciu filtra rozpraszającego światło, skłaniającego nie tylko do myślenia, ale i do przeżycia, odczucia, do realnej, podskórnej mistyki – tekstu, miejsca akcji, detalu, chwili. To arcymistrzowstwo wiersza i jego dzisiejszej formy.

   Wawrzkiewicz jednak nie szarżuje w żadnym momencie. Poraża skromnością. Dyskretnie nas prowadzi przez tę swoją krainę, którą wszyscy umownie nazwaliśmy poezją. Jest niedosłowny, oddalony, niejasny. Jest kwintesencją poezji, napisanej jakby prozą, ale z pewnością nie jest to proza logicznego następstwa przyczynowo-skutkowego. Jest to współczesna poezja najwyższych lotów, która koncentruje w sobie zarówno snucie opowieści, pełnię nowocześnie użytych metafor wraz z tym czymś, co sprawia, że tekst staje się poezją właśnie.

   Każdy wiersz to nowy obraz. Czasem zabawny, czasem gorzki, czasem do bólu prawdziwy w poglądzie na to, co dzieje się aktualnie za oknem. Całość jest jednak na tyle zajmująca, że na wiersze tego poety wciąż się czeka, wiedząc, że czeka się na znakomite wiersze, z wieloma warstwami płaszczyzn do refleksji, namysłu, zastanowienia, czy choćby nostalgii i w pewnym sensie potwierdzenia własnych przeżyć czy obserwacji. Ludzie, którzy raz poznali i zasmakowali poezję Wawrzkiewicza są już i pozostaną na zawsze pod jej wpływem. To duży sukces tego Autora. Sukces w kontekście całego życia i Jego jakże bogatego dorobku literackiego.

   Rozstańmy się na chwilę z tym poetą nieco innym wierszem, który uznałem za niesłychanie malarski i pobudzający wyobraźnię.

Śniąc

Jeśli wszystko jest snem, to kto mnie śni?
I czym jestem w tamtym śnie –
Podmuchem wiatru, mrówką, liściem?

Wszystko się pomieszało: miłość, gorycz,
Dziś i niesprawiedliwość, jutro, jeśli będzie,
Z mglistą pogodą, z cudzym snem
Śnionym o wczesnym świcie
We śnie i o śnie. Nie sposób tego pojąć.

Nikt nie rozumie snów, a tym bardziej śnący.
Nie możemy zaprzeczyć snom
I obudzić się – skoro wszystko jest snem.

   Wawrzkiewicz tylko potwierdza tym tomem swoją nadal wysoką poetycką formę. Być może jako jeden z nielicznych już dziś XX wiecznych poetów polskich może z czystym sumieniem powiedzieć za Tadeuszem Różewiczem:

mój najlepszy wiersz
nie został jeszcze napisany

brzmi to jak obietnica
i pogróżka pod adresem
warszawskich poetów

mogę ich jednak pocieszyć
że mój najgorszy wiersz
też nie został napisany

   Może taką żartobliwą i przewrotną pointą zakończymy rozważanie nad Wawrzkiewiczowską ogromną poezją, na którą wciąż czekamy w następnych i kolejnych odsłonach, ale wiemy też, że Autor jednak permanentnie i intensywnie działa, pracuje i ani myśli stawiać żadnych ostatecznych kropek. Tak, kochany Mareczku, nie oszczędzaj … (!) jak mistrz Tadeusz na kropkach, przecinkach i innych znakach. Nie szukaj przystanków. Niech wszelkie znaki na ziemi i niebie ćwierkają o Twoich nowych, coraz doskonalszych tomach… jako te ptaki przyszłe, o których nic nie wiemy… Jako drogowskazy dla nas, poetów młodych, których mógłbyś, było, nie było, wiele jeszcze nauczyć.

Andrzej Walter


Marek Wawrzkiewicz „Chwila jawy”. Wydawnictwo Adam Marszałek Development & Press, Toruń 2021. Stron 76, okładka miękka. ISBN 978-83-66624-30-6

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko