Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
718

Na własną nutę

Ledwie 140 stron… Takie książki zwykle „połykam” w trzy, cztery godziny. Nie tym razem jednak.

Szukam, szukam w głowie dobrego określenia dla tej prozy. Migawka? Cień? Nie, to nie to. I już wiem: mgła. Mgła, przez którą przebija się promień, mgła, w której, w porywie wiatru, tworzy się dziura i możemy dostrzec to, co metr, dwa, piętnaście metrów dalej. Ale mgła tworzy też otulinę, stan szczególny, wiemy, że jest coś dalej, ale co? Wyobraźnia tworzy kolejne piętra rzeczywistości. Może być, ale czy na pewno jest? Czy nasza pamięc zapisuje obrazy takimi, jakimi są naprawdę.

Po „Lekkich halkach czarownic i innych mikroopowieściach”, po „Niewyśnionych historiach”, dostaliśmy trzeci tom tych przedziwnych, maksymalnie skondensowanych, stroniczka, dwie, maksymalnie trzy, opowiadań. Takich samych jak te wcześniejsze? Oddycham głębiej, przestaję wierzyć autorce, jej zapewnieniom, że to rodzaj kontynuacji. Nie! To jednak kompletnie inna książka od tych wcześniejszych!

Isakiewicz tym razem rzadko zapisuje rzeczywistość. Przeniosła w opowiadania poezję, jej język, jej metafory. Przykład? Otwieram pierwsze z brzegu opowiadanie („Rękawiczki”). Ułóżmy zamiast zdań wersy:

Ta kobieta ma czerstwe policzki
Gładkie, niby powierzchnie
Obmytych głazów
Widywane niekiedy
U pomarszczonych ludzi wyspy
Cofniętego czasu.

To właśnie język decyduje o obliczu tego tomu. Nie da się go łatwo czytać. Czasami po trzykroć wracałem do zdań, akapitów, całych opowiadań – tylko po to, aby zrozumieć rytm, aby nie zgubić myśli, aby przetrawić sens.

Są tu uderzające opowiadania, takie jak „Konduktor”, w którym czas zaprzeszły pomieszał się z chwilą obecną, z wsobną pamięcią przeniesioną przez pokolenia – rodzaj widzenia tragedii sprzed niemal osiemdziesięciu lat, są takie, jak „Pokuta”, po których przebiega mróz po plecach, gdy matka łamiąc post karmi syna słoniną. „Nie dla ciebie post, tyś czysty jak łza”. A wcześniej wyznaje: „Ja ciebie nie chciałam, Ernest. […] Jedz, Ernest, za moją winę, za mój grzech.” Jak „Czysty”, migawka z umierającym w wykrochmalonej, pachnącej pościeli, warszawskim powstańcem. Są przedziwne, jak „Puzderko”, o znalezisku, obrączce, której właścicielka już nie chce. A wtedy „puzderko z odzyskana cudzą wolnością stało się jego niewolą”. Jak zawstydzająca „Rola” z biedą, która kształtuje przez odruch, nawet kradzież, pozwala podnieść głowę.

Dla Isakiewicz ta mgła, cień, odblask światła, w którym odbija się nasza codzienność stała się punktem, który prześwietla, obchodzi go z każdej strony, celnym słowem – wcale nie oczywistym – opisuje, czasem to trochę zagadka, metaforyczna szarada, to przeglądanie się we własnym wnętrzu, ale i w cudzej duszy. „Nagrobki pni przypominały wyrosłe w ciemności grzyby. Okno, któremu odebrano widok, było jak odrętwiała samica czekająca w gnieździe na powrót młodych. Znów pokrył je pył”.

W „Szelmie” płynie autorka w miejsca odległe – Aleppo, gdzie „po wszystkim zostanie jeszcze mądrość zgliszcz”, zburzy sygnałem karetki wieczorny odpoczynek przy kawiarnianym stoliku w rzymskiej dzielnicy Pigneto, ale zaraz przeniesie się gdzieś na działeczkę „od jeziornej strony”, gdzie Greta i pan Stawny usiądą na ławeczkach, wymienią zdań kilka, a potem… a potem ktoś otruje kozy, albo cofnie dwa tysiące lat w historię – przeżytą, nie przeżytą, to co było, być mogło, coś co się zdarzyło tylko w naszej głowie albo u sąsiada, dwie ulice dalej.

Elżbieta Isakiewicz eksploruje własną wyobraźnię. Tym razem inaczej niż we wcześniejszych tomach. Innym językiem (nie będę ukrywał, lubię, bardzo lubię te zabawy z językiem, ze słowem z dodaną literą, gdzie ktoś, chłop się „zmiastował”), innym skojarzeniem, metaforą, raczej grą z myślą niż konkretnym zdarzeniem. Ale przecież równie ciekawie, oryginalnie, na własną nutę.

Elżbieta Isakiewicz – Szelma i inne opowieści przyziemne, PIW, Warszawa 2021, str. 144.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko