Wiersze poetów białoruskich w przekładzie i opracowaniu Katarzyny loffe

0
257
Katarzyny loffe
Katarzyny loffe

Wolha Hapiejewa (ur. 1982 w Mińsku) — białoruska pisarka i tłumaczka, znana w Polsce przez Antologię współczesnego dramatu białoruskiego autorstwa Radzynia Podlaskiego: w języku polskim jej dramat Kolekcjoner ukazał się w 2013 roku w antologii Labirynt w przekładzie Teresy Giedz-Topolewskiej i Natalii Rusieckiej.
Jednak Wolha Hapiejewa przede wszystkim jest znana jako poetka, pisarka, autorka 12 książek w języku białoruskim, książki w języku angielskim In My Garden of Mutants (W moim ogródzie mutantów), Arc Publication, 2021 oraz 2 książek w języku niemieckim: Mutantengarten (Ogród mutantów), Edition Thanhäuser, 2020 oraz Camel-Travel, Droschl Verlag, 2021 r. Jej twórczość jest tłumaczona na ponad 10 języków i publikowana w USA, Austrii, Niemczech, Rosji, Litwie, Gruzji, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i innych krajach.
W 2005 roku Wolha Hapiejewa ukończyła Miński Państwowy Uniwersytet Lingwistyczny, studiowała socjologię na Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym, w 2012 roku zrobila doktorat z lingwistyki. Prowadzi badania językoznawcze w dziedzinach językoznawstwa porównawczego, filozofii języka, socjologii ciała i kwestii płci w kulturze oraz literaturze.
W latach 2015-2018 pracowała w Mińskim Państwowym Uniwersytecie Lingwistycznym. Tłumaczy na język białoruski z angielskiego, niemieckiego, chińskiego, japońskiego i łotewskiego. Do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Giedroycia zostały nominowane jej książki (w)iadomyja historyi (z(jad/n)ane historie) w czerwcu 2018 roku, w listopadzie 2020 roku powieść Cameł-Travel. W 2018 roku Hramatyka sniehu (Gramatyka śniegu) została nominowana do nagrody imienia Natallii Arsieńniewej. W 2020 roku jej tłumaczenie poezji niemieckiego poety Matthiasa Göritza Karotkaja historyja serca (Krótka historia serca) zostało nominowane do Nagrody im. Carlosa Shermana, a w marcu 2021 roku ukazał wię kolejny tomik poezji Słowy, jakija sa mnoj adbyłisia (Słowa które ze mną się stały).

Poniżej przedstawione są wiersze Wolhi Hapiejewaj z książki Słowy, jakija sa mnoj adbyłisia (Słowa które ze mną się stały) z 2021 r. w tłumaczeniu Kasi Ioffe.


*
pamięć ciała zaczyna poszukiwanie cierpienia
próba jest tym, co rozumie
wyobraża sobie, że jesteś psem lub foką w ogrodzie zoologicznym,
koniem cyrkowym — zrobisz wspaniale salto, dostaniesz cukier
a jak nie — pozostaniesz głodna
i będzie to tylko twoja wina
nie czyniła starania lub nie była wytrwała jak trzeba

a gdzieś śpią szczęśliwe mopsy
wydaje się że kochani bez żadnego powodu ku temu
i foki na słońcu się grzeją
bez pytań — czy to już można

język mojego ciała — język rózgi i bicza
pamięć mojego ciała
ćwicz ćwicz ćwicz

*
muszę napisać dziś nowy wiersz
mówisz rano

o czarnym psie
który stał się moją samotnością

lepiej napisz o kaczce, która sprawiła ci radość
radzę
zobacz, jak to staje się częścią wiersza

ale dziś jesteś w melancholii
rzadko śmiejesz się z żartów
i nie uważasz kaczki za swoją postać wcale
niezgrabnie
niezgrabnie
pasuje tylko do limeryków do kołysanek
a musisz napisać solidny, rozważny tekst

my z kaczką pozostajemy po tej stronie zmyślonej rzeczywistości
a ty z psem po tamtej
i jedyną przestrzenią, w której się spotykamy
jest wiersz
           
*
żyjąc dni
próbuję zrozumieć
przeżyć
ocaleć
stać się kimś, ocalić się
ale zamiast tego słucham
jak pies sąsiada tęskni
jak boi się motyl na asfalcie
jak cierpi przewrócony na plecy chrząszcz

i przepraszam
z całej siły
że nie jestem z nimi
żałuję, obawiam się, znoszę to
że zdradzam ich z miastami
całuję mężczyzn przytulam kobiety
myśląc o pustyni lasów i nieba
gdzie nie ma potrzeby się bać
i nie musisz być kimś
bo możesz być wszystkim
           
*
floks

pochodzi z greckiego, z ognia

myślał zdecydowanie o jasnych kolorach
ten, który go tak nazwał

chociaż w obrazie Kobieta z floksem forma jest bardziej znacząca
wystawa kubistów z początku ubiegłego wieku

w języku kwiatów floks znaczy jedność serc

w języku wojskowym to instalacja artyleryjska
której cechą charakterystyczną jest wybitna szybkostrzelność
pisze dziennikarz
w fabryce mają nadzieję, że nowa broń
znajdzie swojego nabywcę

w królewstwie wojny
są różne kwiaty

hiacynt — działo kalibru 152 milimetrów
(jako otwór rynny)
goździk — haubica kalibru 122 milimetrów
(jako grejpfrut)
chaber — moździerz o zasięgu 18 metrów
(jak wal grenlandzki)

co on sobie myślał, ten,
który nadał imiona?
może to kwiaty zła
na które lecą odpowiednie motyle
albo raczej
miny motylkowe
mieszczące się w dłoni
ważące tylko 90 gramów
jak kocię tuż po urodzeniu
lub kawałek mydła

w łazience ważę go na dłoni
tak jakby to miało mnie zbliżyć
do rozerwanych przez taką
i przypomni mi, jakie mam szczęście
posiadać wszystkie części ciała i nie żałować
jeśli kolejka się nie porusza
lub nie ma mojego rozmiaru
wcześniej nie lubiłam swoich nóg
a teraz cieszę się, że w ogóle są

łazienka jest bezpieczna i cicha

naiwna prostota

hiacynty goździki i floksy
płoną na podwórku obok

*
dla wszechświata
niczym ja
niczym pszczoła

*
coraz mniej
chcę coś mówić
 
pisać listy bezpiecznie jest
tylko do zmarłych
 
prezentów spodziewać się
tylko od siebie
 
zegarki nosić dla urody
 
uśmiechać się widząc
sieciarkę w powietrzu
pytając ją
jak się ma
 
kto wie, czy nie ona jest najbliższą Ci istotą
 
zasypianie obok człowieka
pod różnymi kocami

*
często zapominamy o oddychaniu
 
budzimy się i natychmiast biegniemy w myślach
w inny dzień: wczoraj lub jutro
 
ten dzień jako małe dziecko
prosi pobyć z nim
ale mamy raporty
występy
otwarcia
przenosiny
 
mnoży się żal komórek
rośnie chwastami zazdrość
a kłujące kuleczki urazy jakby łopian
podróżują wraz z nami wszędzie
 
dzień ma czas, aby osiwieć
wracając do kalendarza
w bezsensowne liczby
 
póki my przestajemy oddychać
nawet tego nie zauważając

*
babcia karmiła świnie
                       sąsiad — sąsiada
pisarz karmił poetkę
                   poetka karmiła ptaki
       ptak karmił pisklę
pisklę wypadło z gniazda
i nakarmiło ziemię

*
zapytano mnie, ile języków znam
czuje się dość niezręcznie
ilebym nie znała
wydaje się, nie znam jeszcze głównych
gdyby znaleźć podręcznik
do języka pająków
języka ważek
kamieni i czarnyh nurów
do języka rowerów
i trzciny
do języka światła i cienia
języka rozmazanego na spodeczku dżemu
do języka pyłu
 
wtedy zaczęłabym mówić
a może nawet coś bym przetłumaczyła
 
z lawendowego w trzmielowy
lub z jeziornego w gliniasty

*
chwytne łapki na miejscu są
na kutych balkonowych balustradach:
złapać się z całej siły i z każdą chwilą pozwalać wyjaśniać, że teraz
ty ufasz
kołysać się
       i widzieć, że
bycie pod wiatr — piękne
rozwichrzone pióra w barwie kresek ołówka
zmieszanym z kolorem głazu głaskanego przez vajarkę*
na obrzeżach miasta, gdzie tylko czarne góry
kołysać się
w rytm trolejbusowego sopranu
i wspominać, że stare tramwaje jednak śpiewały cieplej
chociaż w tym mieście nigdy ich nie bylo
ale byli kochankowie
teraz oni wraz z tramwajami
spią w innych krajach
i ta chwytliwa łapka
najbardziej na miejscu tutaj
na balkonie tej która w końcu będzie mogła je pokochać
nie przez szczupłość albo sylwetność
ale przez brzmenie niesamotności
zawiadomienie o przybyciu gościa ptasiego
ona będzie kochała krótkie piórka latem
i nieco dłuższe zimą
będzie podziwiała zręczną niezdarność
i koniecznie mówiła o tym na głos
bo inaczej ptaki nie rozumieją
nie czytają w myślach
chociaż znają różne języki
wśród których jest również ludzki
ale z ptakami rzadko rozmawiają
bradziej słuchają ich piosenek robią zdjęcia trzymają w klatkach
zatem ptaki chcą zapomnieć o języku ludzi
milczeć i czekać na poetkę
bo każdy poeta ma swojego ptaka
kruk gołąb mewa zdarza się też sroka
chociaż wśród ptaków jest wiara
że każdy ptak ma swojego poetę
czy poetkę,
jakby anioł-stróż
pisze i pisze o nich swoje wiersze
a ptaki myślą, że to modlitwy
i powtarzają codziennie
a niektóre nawet co noc
mając nadzieję, że może
usłyszy je
głupi
oszalały
nieobliczalny
bezwzględny
ptasi
los

*Vajarka w czarnogórskim języku oznacza „rzeźbiarka”.


Artur Kamarouski (ur. 1991, w Mirze w Białorusi) — białoruski poeta, performer, dziennikarz, członek zespolu muzycznego Krasny Borszczewik (Czerwony Barszcz). Ukończył Wydział Filologiczny Państwowego Uniwersytetu im. Janki Kupały w Grodnie, uzyskując tytuł magistra. Autor tomika wierszy Wada paczynaje żyć (Woda zaczyna żyć) z 2020 r. Wiersze zostały opublikowane w czasopismach Dzejasłou (Czasownik), Maladość (Młodość), w zbiorniku Wot oni, a wot my (To oni a to my), 2021 r. na portalach polutona (półtony), Literratura, przetłumaczone na język ukraiński, polski, estoński, rosyjski i angielski.


Poniżej przedstawione są wiersze Artura Kamarouskiego w tłumaczeniu Kasi Ioffe.


wolność

za naszymi oknami
wszystko mówi o wiośnie
posługuje się słowami surrealizmu i dada
wiosna rośnie
gdzieś w klatce piersiowej
i wieczorne powietrze jest
wypełnione wilgocią dźwięków
taką, że boli
taką, że zgina, spazmuje palce
a ten dom płacze
za mokrą ziemią
a nawet bezbarwnie lśniącemy ślimakowi
co uczy się żyć na komodzie
śnią się marzenia o cieple
i o wolności
wewnątrz

*
usuń pozornie zbędne litery —
nazwij się
to jest twoja podróż
od niezależnej mowy do mowy zależnej
twój dom, twoje dziedzictwo
akta obiektu zawierają słowa
a każde słowo — ocean
krótkowzroczność twoja jest taka
jak mewa w ponurym nurze
za rybą światła.
zimne morze pożera zmrok
i dno zarasta solą milczenia.

chcę tylko siedzieć na trawie
patrzeć na ptaki, mrówki i pszczoły
boję się
wszystko, co wiem o domu 
pasuje do słowa las
wszystko, co wiem w sobie —
źrebiątka wola i wiatr
czasami opowiadam historie
w których ludzie
nigdy się nie zdarzają
i piszę, piszę
aby pamiętać
aby ich nie pomylić ze snami
aby trzymać pod poduszeczką
i brać, gdy boli
gdy brak znaczenia
chcę tylko siedzieć na trawie
patrzeć na ptaki, mrówki i pszczoły
boję się

niepokój

wypełniając pustki powtórzeniami
niezwykłymi gestami
wymagamy boga
pragniemy od niego
mniej trwogi
i mniej pustych przestrzeni
mniej godzin przed świtem
więcej ptaków w gniazdach balkonów
zamknąć się w tych zgniłych mieszkaniach
to nie sposób 
Bóg
w nas przemawia
brzmi prostymi dźwiękami powietrza
jeśli posłuchasz
słowa wyjdą, by pooddychać

lenictwo

nic nie zajmuje bardziej 
niż obserwować
jak posuwają się kolor i światło
jak buduje się ptasie gniazdo
jako jedno i to samo –
jednak tym samym nie jest 
jak przeciągi ciekną po skórze
z otwartych balkonów
nawet gdy moje ręce
dotkną wiatru –
zbyt leniwy jestem, żeby pamiętać
jak to wygląda
w prostej nieskończoności
bezruchu aż do rana.


Hanna Komar (ur. 1989 w Baranowiczach w Białorusi)– białoruska pisarka i tłumaczka, znana w Polsce przez tłumaczenia Natalii Rusieckiej i Bohdana Zadury. Autorka tomików poezji w języku białoruskim – Strach wyszyni (Lęk wysokości), 2016 – i w języku angielskim – Recycled, 2018. Od 9 czerwca 2020 – członkini Związku Pisarzy Białoruskich. Finalistka konkursu Ryhora Baradulina Ex-libris (2015), lauretka nagrod im. Maksima Bahdanowicza 2017 r., im. Natalii Arsienniewej 2017 r., im. Marzii Zakirjanowej For Best Women’s Work (Za najlepszy kobiecy utwór) 2017 r., Sztokholm, im. Maksima Bahdanowicza, 2018 r. w kategorii Przekład artystyczny za tomik poezji Charlesa Bukowskiego Światło, powietrze, miejsce i czas (razem z Julją Timofiejewą i Natalią Binkiewicz), nagrody Związku Pisarzy Norweskich For Freedom of Speech (za Wolność Słowa), 2020 r.

Poniżej przedstawione są wiersze Hanny Komar z książki Strach wyszyni (Lęk wysokości) oraz nowe utwory z przygotowywanej do druku książki Tryputnik (Plantago) w tłumaczeniu Kasi Ioffe.



*
W utach tego miasta
sucho nawet po deszczu.
Na ostatni łyk zostawiam
wielkie litery.
Obce wilgotne abecadła
wabią języki naszych wiz,
ale nie zgaszą pragnienia
skamieniałych skrzydeł,
których doglądaliśmy tak długo,
by latać, które
ofiarowaliśmy, by nie wracać.

*
Osaczona zlepkami kaszy manny
rąbkiem spódnicy mamy,
osaczona kubeczkiem z pęknięciem
wzdłuż różyczki,
osaczona kwiatuszkiem
podarowanym mamie nie przez jej męża,
osaczona przez męża mamy,
on z kolei – wspomnieniem głowy kurczaka
którą przed jego oczyma ucinał ojciec,
jak nie osaczać siebie teraz, nagle
ty, nagle tobie –
głowę, osaczoną jajkiem,
osczoną siatką,
ziarnem, ciemieniem,
po ojcu imieniem,
zlepkiem maminym,
rąbkiem, strzaskaniem,
jakby strykiem,
ostatnim ząbem całym;
ciałem…
teraz, kiedy już wiesz,
jakim zwierzem jestem,
wypuść
albo uciekaj.

Lalka

Ta lalka nie jest niczemu winna.
Jej oko zostało wyrwane, zamiast niego wciśnięto guzik.
Ucho zostało szczególnie okrutnie ucięte
Zszyli grubą igłą do butów usta.
Oderwali jej rękę, do zabawy rzucili kotu.
Między nogami wycięli jej dziurę,
aby mogła rodzić wyrodków podobnych sobie.
Szyję ściągnięto różową taśmą z kokardą –
teraz troszczą się o nią, w kołysce lulają,
dokarmiają łyżeczką, a jedzenie jej spływa po brodzie –
sukienka jest czymś pobrudzona
jakby zupą albo nasieniem.
Na ciele lalki pojawiają się plamy,
gospodyni nie może zrozumieć:
czyż źle opiekuję się toba?!
Obrażona – co za niewdzięczna lalka!
A w nocy lalka otwiera oko,
rozwiązuje węzeł na szyi,
odrywa drugie ucho i wpycha je
w dziurawe łono,
aby wypełnić pustkę.
Czołga się, pełznie do tych, którzy ją kiedyś przynieśli do domu
i kładzie się między nimi w łóżku.

*
chrupią chrząstki,
kiedy otwieram ramiona,
aby puścić cię,
bolą kolana
żeby biec za tobą.
twoja wolność
wykracza poza moją
skażoną poetykę.
promieniuję miłością
obciążoną plutonem.
zostaw mnie moim chorobom,
szukaj nieradioaktywnego łona.

*
Trzy lata po powrocie
rozmawiałam z tobą
tylko dlatego, że
jesteś rodzaju żeńskiego.

przez trzy lata zapominałam cię
wers po wersie,
aby prościej było
odejść na zawsze.

kochałam ciebie
mimo braku światła, dotykiem.

unikasz mojego wzroku,
przekazujesz mnie sanitariuszom.

z okna komory widzę
dozorców, którzy językami
czyszczą drogę
kolejnego dnia.

Dni zaczynają się pukaniem do drzwi:
“Wpuszczaj, suko!”
i zwijąją się w kłębek
jak kot w piwnicy.

Zamalują je prostokątami
i zapominją.

Macham przez okno komory,
przecieram oczy, oddychać nie mogę.

to tylko topole…

Nie wyrosne

Od poziomek cmentarnych
Nie ma bardziej dojrzałych i słodkich
M. Tswietaewa

Powiedziała mi mama: «Byliśmy na cmiętarzu — tam posprzątane,
tylko sypaliśmy jakimś syfem tanim
aby nie rosła trawa».
Pomyślałam: kiedyś mnie też zostawią w trumnie,
moje pozostałości sprobują przebić się do swiata przez cięmność,
ale spotkają coś nie do przebicia, jakby kamyki, turnie.

Kiedy potomkowie przyjdą odwiedzieć mnie – niemniej,
jeśli będę miała potomków, a oni – czas, żeby tak zawitać, –
ani kropli krwi mojej nie będzie w tej suchej ziemi,
ani kostki moje, ani kiszki, ani pamięć nie zdążą wykwitnąć.

I ten, który obok przejdzie przypadkiem za sto lat lub wiosen
nie spotka moje poziomki, nie zasłyszy już traw westchnienia
Ale, mamo, wiesz o tym, że dziś tylko martwe poczytne i głośne,
i narzekają na żywych umarłych cienie.
28 kwietnia 2014

*
“trzeba ożenić się” –
pani w pociągu
wierzy nieznośnie,
tak samo, jak
w sztuczne kwiaty na
grobach w kwietniu.

*
w ciszy mojego ciała
obraca się z boku na bok
zapomniany sen,
utlenia się zjedzone jabłko,
krew rozpryskuje się astrami,
skrzeczy mięśnie, zrywa się
głos więzadeł i ścięgien,
wscieky pot
wydziera pory,
a tylko łzy – bardziej ciche
od ciszy,
słyszą moją głuchotę
przed wielogłosem losu…

Book from the Sky

cztery tysiące nieistniejących hieroglifów –
historia mojej trwogi
wykrojona milczeniem po drewnie.
 
cztery tysiące nieistniejących hieroglifów –
instalacja moich marzeń
w muzeum bezsenności:
obracam się na białych prześcieradłach stronic,
obijam miękkie ściany okładek,
płaczę w supeł kaftana bezpieczeństwa.
 
cztery tysiące nieistniejących hieroglifów –
poezja przemocy,
słownik nadziei.
 
ile głosów by
nie probowało nauczyć mnie mówić,
pozostaję wciąż niepiśmienna.

słyszeć

kiedy mówisz do mnie,
chciałbym słyszeć tylko to,
co mówisz.

nie ubierać tego
w garnitur mamy i taty,
nie farbować
barwami dzieciństwa,
nie oprawiać
w doświadczenia.

nie przewracać
w środku zdania
nie pauzować
na chwilę.

nie wtykać
w smarki
nie spuszczać
w toalecie,
nie zagarniać
na stos,
nie palić
nad gazem.

nie przejeżdzać
ciężarówką.
nie ciągnąć
twarzą po asfalcie.

nie domyślać się
nie wyczuwać
nie wiedziec.

słuchać
i słyszeć
tylko to,
co mówisz.

Plantago

zrób mi okład
z Plantago
swojego ciała…
leżeć cicho
słuchać
echa milczenia
szyn tramwajowych,
zmęczonych bębnów
oklepane rytmy
z głośników
bicie serca
akcenty śmiechu
podróżników…
dopóki nie zrosną się
moje rany
z twoimi liśćmi

*

Chcę zapamiętać państwa od środka
kiedy słuchacie
mojego wiersza
w języku szelestu
o morzu, które objęłam,
jak wieloryba,
o tym, jak pod wieczór
fale malują od nowa brzeg…
jak słońce się rozpala miłością
do świata, gdy ja
dostrzegam w nim słabość,
podczas gdy rozwiązuję zatargi mew
i czytam “Tysiąc poranków”,
słońce zasypia nad morzem,
a mrówki na mojej skórze łaskoczą mnie,
a skóra morza już cieplejsza niż moja,
wtedy wędrowne ptaki liżą
usta ryb, i
rybie usta od milczenia są słone,
a niebo niby napisane było do tłumaczenia,
i tak bardzo chcę zapamiętać państwa od środka.

*

po prostu być blisko –
kroić ciasto i milczeć,
delikatne okruchy ciszy
rozsypywać na stole,
wiedzieć, że ostrość noża
nie jest metaforą,
ale częścią waszej
wspólnej przestrzeni.
kroić ciasto
i milczeć,
nie przekrzykiwać
deszczu,
umożliwić wszystkim
uczestnikom sceny
odgrywać swe role.
niech pozostaną
na świecie tylko
tamta imitacja
słońca i ten nóż
i wiersz niech w ogóle
o tym nie mówi,
i kran przecieka,
a rzeczy żyją
własnym życiem.
i wy podniesiecie
do ust kawałki
mokrego ciasta,
napełnicie usta
jego literami,
zaczniecie mówić językiem,
który daje więcej
niż bierze,
to właśnie miłość.
milczeć razem
oznacza mieć zaufanie
nie mając słów

Pomnik w miejscu fabryki «Topf i Synowie»
To nie ja siedzę na balkonie w jesiennym upale.
Mam na imię Kurt Prüfer i bracia Topf nie płacili mi tak długo,
że zacząłem pracować za popiół.
Ale już, dobra, ja – niemiecki inżynier,
nazywam się Kurt Prüfer. Co powiedzą
Żydzi, komuniści, jeńcy wojenni,
którzy budowali piece według moich rysunków –
do Dachau, Buchenwaldu,
Auschwitz, Mauthausen,
Getta mohylewskiego…
To nie ja siedzę na balkonie w jesiennym upale.
Popiół na oknach,
                       podłogach,
                                     stołach,
                                              talerzach,
popiół – nie da się pojąć
                                   wieku,
                                            płci,
                                                 pokrewieństwa,
                                                              niewinności.
To nie ja siedzę na balkonie w jesiennym upale,
w ogóle nie znoszę upału po ‘45.
Jestem najlepszym inżynierem w fabryce “Topf i Synowie”,
ale to nie ja siedzę na balkonie w jesiennym upale.
Wytwarzam popiół przez dwadzieścia cztery godziny.
Popiół nie pachnie gazem.
Popiół posiada woń perspektyw i pomyslności.
Gdyby nie ja, to zrobiłby to ktoś inny,
jest ich tak dużo, jak butów, zębów i pamiętników –
po prostu popiołu.
Nawet w obawie przed gułagiem,
wszystko jedno,
bo kto, jak nie ja

*

Spacer po mieście Białorusi
to coś pomiędzy spotkaniem a przeprowadzką.
Przygotuj się porządnie:
– Zrób listę rzeczy
co zabrać ze sobą, co przesłać później;
– Umyj się na błysk
w przypadku kilku tygodni bez prysznica;
– Dobrze się ubierz:
kalsony pod spodnie, koszulka pod kurtkę;
– Paznokcie obcinaj
jak drzewa w ogródku Czechowa;
– Zestaw kluczy
zostaw u znajomego –
podlać kwiaty, przechować laptopa;
– Książki, jasne, ze sobą.
Dobra.
Zostały dwie kwestie:
waham się z flagą
i wątpię, jak być ze strachem.
24-25.03.2021


Pawał Lubiecki (ur. 1993 w Mińsku) — młody białoruski prozaik, poeta, psychoaktywista. Mieszka w Mińsku, pisze po białorusku i rosyjsku. Przedstawia nurt postmodernizmu i art-brut (outside-art) w literaturze. Student Szkoły Młodych Pisarzy (projekt W/Rights Związku Pisarzy Białoruskich). Finalista białorusko-niemieckiego konkursu poezji współczesnej Fundacji Roberta Boscha 2017 r. oraz konkursu Nieba z saboj (Niebo ze sobą) białoruskiego PEN-centrum 2020 r. Wiersze zostały przetłumaczone na język niemiecki i polski. Wiersze publukowane są w czasopismie Dzejasłou, gazecie SN-Plus, Literacka Białoruś gazety Nowy Czas. W 2020 r. wydał książkę w osnownom bez rifmy (z grubsza bez rymów) wydawnictwa Logwinau (Lohvinaŭ), Wilno. Występował na X Międzynarodowym Festiwalu Poezji Siano na Asfalcie im. Michasia Stralcowa oraz w projekcie Wiersze Wolności w sierpniu 2020.Poniżej są przedstawione wiersze Pawła Lubieckiego z książki z grubsza bez rymów oraz nowe utwory w tłumaczeniu Kasi Ioffe.

niebieski notes
pewien rudy człowiek
znajdująć się w głębi medytacji
zobaczył próżnię wszelkich dharm
i rozerwał sieci którymi spowiła go semantyka
gdy w próżni nie ma formy
nie ma oczu uszu włosów
nie ma ust nosa rąk
nóg brzucha pleców
nie ma kręgosłupa i 
nie ma różnych flaków
jak również nie ma żadnej oznaki niezmiennego «ja»
staje się niejasne, o kim w ogóle mowa
koan niebieskiego notesu pojawia się przed nim, a stąd i przed nami
jednak nie przed nami, a zatem nie przed nim
staje się gładką powierzchnią rzeki, po której możemy i jednocześnie nie możemy 
ponieważ już wtedy nie będzie żadnych nas 
żeby przejść na drugą stronę
losem dowolnej Afrodyty od dzisiaj jest pozostanie w rzece poziomą pianą
wybrzeże będzie obszarem, na którym wypowiedziana myśl powstanie jak pionowe kłamstwo
powstanie poza zasięgiem
tego i innych tekstów
dlatego lepiej przestańmy mylić się i o nim rozmawiać 

oparte na:
Daniil Charms Rudowłosy mężczyzna
Sutra Serca
Tiutczew Silentium
Mandelsztam Silentium

*
liść w prądzie wiatru w sznurkach elektrycznych
dzwoniący śmiech mieszkańców czystych krajów
łódź opuszczona wcześniej niż przepłynie na drugą stronę
wieje wiatr
topi się pod stopami czarna droga
patrz, jak spada sieć-pajęczyna słów
o których wiemy

rękaw
rzekł: “hyc!” — a lot ow-
ada zostaje przerwany.
twój rękaw
szum wody; rzeka
dźwięki ćmy

pewien moment
zostaw minutę na jeden dzień,
zasyp ją żwirem świtu
zostaw minutę na jeden dzień
zalej ją kroplami mgły;
tutaj czas jest zamknięty w pęk,
wszystko poza tym — wypada z pamięci.
łzami pada w otwartą nicość;
tutaj dukkha już lśni nirwaną.

*
kielich trujący bólu, złości, ohydy,
serce miłość i współczucie na dole trzyma;
odurzenie formami i grami Próżni
pijak odrzuca je,
zastanawia się nad naturą kielicha
czy przestrzeń nad naturą pijaka myśli?

totalitaryzm
to tylko wahadło kołysze się w kółko, drażni
po prostu wahadło wypełniło hrabstwo wszego
i każde stworzenie od małego do dużego
dąży, próbuje dotknąć jego twarzy
i każde pudełko wewnątrz wachadła wraku
pomieści jednego z twoich dziedziców, dzieci
są zagubione w ciemności, wie wiedzą po jakim świecie
chodzą, wszelako nadchoczi na nich odpowiedź
odpowiedź jest taka,
                               że nie ma pytań,
                                             że pytań nie mamy
skoro już jest odpowiedź, to skąd pytania,
Córka śmierci warkocze zaplata mamie,
ćma leci do światła — jasne — nieustannie


Olga Markitantowa (ur. 1985 w Mińsku) — białoruska pisarka, filolog-krytyk literacki, poetka, członkini redakcji antologii poetyckiej Mińska Szkoła. Studiowała na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym, ukończyła studia magisterskie na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym, studia podyplomowe w Narodowej Akademii Nauk Białorusi. Bada współczesną poezję rosyjskojęzyczną Białorusi, jest autorką szeregu publikacji naukowych na ten temat. Autorka tomika wierszy Wozdusznyj Okean (Ocean Powietrzny), 2018 r. Wiersze ukazały się także w almanachu Szkoła mińska, w czasopiśmie Niemiga literacka oraz innych.  Część tekstów poetyckich została przetłumaczona na język polski, estoński i francuski.

Poniżej przedstawione są wiersze Olgi Markitantowej w tłumaczeniu Kasi Ioffe.




*
Pionowa woda zamyka się przed twarzą.
Wejdziesz w drzwi między jesienią a zimą —
wyjdziesz w następnym życiu.
Lewa ręka prawej nie zna.
Przed urokliwym światłem —
pół roku porannej ciemności.
*
Idziemy na łatwiznę.
Przyjmuje twoje miasto w rzece
i miejsce w rzeczy,
jak ty ode mnie — czas,
dzień i noc.
Dziś załatwiamy
ile osób przywrócisz do życia
zanim spełnisz się jako bodhisattwa,
pogodzisz się, wyjdziesz
z rytmu i cyklów.
*
Wieża wyrasta z mgły
dociera do ziemi, znika.
Jego optyka zbliża ludzi i wydarzenia.
Kolejna wiosna, geometryczny śnieg, wszystko inne.
Obudź się o trzeciej nad ranem
zdrowym człowiekiem.
2018

*
Rodzinna przestrzeń:
chimery, gargulce w czarnej pianie,
rysuję ostrym indygo ciało,
leżę w bezradnej łodzi.
Ostatnia książka dla zmarłych
mała kaźń, zawiłość w domu.
Po prostu usiąść, potem wstać
zwolnić do stanu życia.
W chłopcu, mężu i przyjacielu
złości się chciwy potwór
który kocha i czeka na mnie.
*
Brzuch jest źródłem wstydu
wnętrza są źródłem radości.
Podziemny król
rości żonkile, tulipany, przebiśniegi
pod czarne chmury.
Persefona całe jego piekło
musi rozgrzewać
czekaniem na wiosnę.
*
Ptak-akrobata
przewraca się w powietrzu
splata siły, ale nie spada,
plecie w porywie przewiewny dom.
Bezbronność dziecięca,
bezgłośny krzyk do rynny,
kesonowa niemoc.
2020

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko