Grzegorz Walczak – “Uchem amatora, ale nie profana”

0
114

Youtube 13 03. 2021 r o godz. 20
sinfonia varsovia – koncert oddźwięki Rożynek Gubajdulina Kotoński Sielicki

Był to całkiem interesujący koncert muzyki współczesnej, oczywiście nie dla tych, którzy muzykę współczesną słyszeli tylko  w rynnie w czasie ulewy. Wbrew pozorom nie jest to jedynie uszczypliwość wobec zagorzałych fanów disco-polo albo na przykład operetki, którzy z kolei nie mają zrozumienia dla poszukiwaczy bardziej radykalnych a niezwykłych rozwiązań w muzyce eksperymentalnej. Z takimi właśnie rozwiązaniami spotkaliśmy się już w pierwszym utworze koncertu „Oddźwięki” one line na Youtube 13.03 br. w wykonaniu zespołu Sinfonia Varsovia.  Oddźwięki  rozumiem jako to, co się odbija w dźwiękach lub jeszcze lepiej – jako odpryski dźwięków. Pojmowanie neologizmów jest  zresztą kwestią dość indywidualną, podobnie jak odbieranie muzyki. Tytuł ten bardzo dobrze stosuje się do przyciągającej swą oryginalnością propozycji przekazu muzycznego Teoniki Rożynek. Utwór swój – powiem „uczenie” – kompozytorka wygenerowała z bardzo sprytnie  skonstruowanych ciągów szmerów (trzaski, szumy i właśnie „oddźwięki” nietonowe) wydobytych z pulpitów do nut, potraktowanych przez muzyków jako instrumenty. W samym tworzywie kryje się cała tajemnica.  Tę muzyczną materię, ten „budulec”, stanowią szmery – ex definitione – nieregularne, bliskie odgłosom instrumentów perkusyjnych, ale też i świszczących „poszumnych” skrzypiec. I te nieregularne odgłosy o nieokreślonej wysokości dźwięku, zestawiane celowo w ciągi o właściwie dobranej barwie i powtarzalnych fazach natężenia, tj. odpowiednio zaplanowanych kulminacjach i wyciszeniach – stworzyły regularną akustyczną strukturę artystyczną.  Dało to efekt niespotykanej muzyki, zaprojektowanej na przedmioty użytkowe, podniesione do rangi instrumentów muzycznych. Dla współczesnego kompozytora może to nic niezwykłego, ale dla nienawykłego do tego typu eksperymentów słuchacza, było to spotkanie z odrębnym, oryginalnym językiem muzycznego przekazu. Tak jak możemy powtórzyć za Szekspirem, że „świat jest teatrem, a aktorami ludzie” , podobnie posługując się tego typu metaforyką i wsłuchując się w odgłosy świata, można by powiedzieć, że wszystko jest muzyką, a instrumentami wszystko to, czego dotknie nasza akustyczna wyobraźnia. W drugiej części koncertu Sofija Gubajdulina zaproponowała bardziej soczysty dźwiękowo, w zestawieniu z pierwszą propozycją, utwór instrumentalny, w którym już poza skrzypcami (i poza nowatorskimi quasi instrumentami, jakimi w pierwszym utworze były pulpity) dominowały instrumenty dęte. Tu już się dało usłyszeć opowieść z różnymi tajemnicami i zmianami nastroju. Trzeci fragment koncertu wypełnił utwór z 1961 r. Włodzimierza Kotońskiego (1925 – 2014) – pierwszego polskiego twórcy muzyki elektronicznej. W niektórych partiach instrumentalnych nastąpiło tu jeszcze większe niż w poprzednich utworach wzmocnienie  ekspresji przy ograniczeniu liczby instrumentów. Kompozytor posłużył się swoistym, zamierzonym nieporządkiem struktury muzycznej w jej efektownym działaniu. Jak na zbyt tradycyjne gusta laików mało w tym regularności i powtarzalności, co by mogło sugerować prekursorskie elementy postmodernizmu w muzyce, którego nazwa w chwili premiery tego utworu jeszcze nawet nie była znana. W moim przeświadczeniu przejawia się tu jednak wyraźnie koncepcja różnorodności i zagubienie racjonalnego charakteru liniowego przebiegu ciągu muzycznego. Jeśli jest w przebiegu muzycznym dzieła jakiś rozwój, to nieuprządkowany, a nawet trudno by powiedzieć, że koncentryczny, który się na przykład daje zaobserwować w symfonii  (czwarty utwór koncertu) Edwarda Sielickiego, z jego klamrowym nawrotem w ostatniej części utworu. I choć się pan Edward przyznaje do postmodernizmu, który się objawia w polistylizmie jego twórczości z charakterystycznymi momentami aleatoryzmu (świadomego korzystania z przypadkowości w toku odtwórczym), w moim przekonaniu wznosi się on ponad przypisywaną sobie konwencję, podobnie jak w literaturze Emil Zola w swej twórczej realistycznej praktyce przezwyciężał ograniczenia propagowanego przez siebie naturalizmu lub Stanisław Grochowiak był kimś znacznie więcej niż turpistą w poezji. Już początkowe beztroskie falowania z określoną i konsekwentną pulsacją muzyczną ujawniają wyraźny ukierunkowany rozwój jego symfonii. Przez wysepki, przeszkody i meandry przebija się rzeka dźwięków Sielickiego ku czemuś precyzyjnie zaplanowanemu. Jest to najbardziej spójne dzieło tego wieczoru, nie licząc specyficznego eksperymentu Teoniki Rożynek. I nie stoją temu na przeszkodzie, lecz pięknie się wtapiają w całość, solowe, improwizacyjne igraszki kompozytora na jego elektro-akustycznym instrumentarium. Te fikuśne a zgrabne igraszki niepostrzeżenie i płynnie podchwytuje orkiestra. Najbardziej mnie jednak urzekła niezwykle subtelna, dyskretna fraza fortepianu i harfy z poszelestem skrzypiec w takiej intymnej fazie przyczajenia przed nawrotem fali rozpoznawalnej już wcześniejszej ekspresji. Zaryzykowałbym osąd, że najnowszy utwór Edwarda Sielickiego – jak już mówimy o fazach – stanowi najdojrzalszą fazę jego twórczości.

Grzegorz Walczak

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko