Andrzej Gronczewski – Mercato Centrale

0
88

               O  wczesnej  godzinie, kiedy  powietrze  ma  jeszcze  smak białego,ochłodzonego  wina, trzeba  iść  do  Mercato  Centrale. W  sąsiedztwie  grobów  Medyceuszy  i  rzeźb  Michała  Anioła  kryje  się  ta  obszerna, piętrowa  hala, która  każdego  poranka  wabi  mnie  równie  mocno, jak  mury  okryte  płowiejącymi  freskami, święte  Magdaleny  Perugina  i  Signorellego, sklepy  jubilerów, jak  linie  wzgórz  nad  Florencją.

              Wielki  targ  wydaje  mi  się  bardziej  zasobny, treściwy, rozrzutny, niż  najbardziej  kosztowna  i  hojna  antologia. Uderza  czarującą, nagłą  urodą  swoich  tekstów. Wielki  targ  otwiera  się  jak  tom  potężnej  encyklopedii, leksykon  ziemskiej  owocności  i  dumy.

              Oto  synteza  świata  materialnego, jego  esencja. Oto  poezja  spełniona, naturalna. Ta, która  uwierzytelnia  się  dzięki  próbie  oka  i  egzaminowi  nozdrzy. Poezja  jednego  dnia  i  poezja  tysięcy  lat. Poezja – wolna  od  chorób  języka. Poezja, urzeczowiona  w  kwiatach, owocach, rybach, w  płatach  mięsa, w  błyskach  oliwy  i  wina.

              Idziemy  na  spotkanie  z  wielką  obietnicą. Z  gigantyczną  ofertą, jaką  składają  światy  mórz  i  ziemi, niosą  ogrody, pola, winnice. Ruszamy  skwapliwie  w  tę  podróż  po  wielu  stronach  globu. W  podróż  bez  ryzyka, bez  pośpiechu, lecz  w  rosnącym  głodzie, w  stałej  niecierpliwości  oka  i  pamięci.

              Jakże  bywamy  ułomni – ludzie  Północy – wobec  ziemskiej  oferty. Jak  zawstydzeni, olśnieni  jej  skalą. Jak  nieudolnie  szukamy  imion  rzeczy  lub  nieśmiało  wiążemy  rzeczy  z  imionami – w  pierwszyźnie  spotkania  i  widzenia. Jak  cieszą  nas  słowa, gdy  materializują  się, odnajdują  swe  miejsce  w  ojczyźnie  rzeczy. Gdy  zyskują  należną  sobie  bryłę. Gdy  „odpoznają”  swój  zapach, ciężar, koloryt.

              Mercato  Centrale  to  świąteczne  wyzwanie  dla  wszystkich  zmysłów. Trudna  lekcja  dla  nozdrzy, oczu  i  uszu. Są  tu  strefy  zapachów, kręgi  woni  tak  wyraziste, jakby  widzialne  były  granice  między  jednym  a  drugim  zapachem. Jakby  ciągle  przekraczało  się  pasma  woni, zawieszone  w  powietrzu  wielkiej  hali. Jej  zapach  jest  gęstszy  od  zapachu  świata  dookolnego. To  zapach  świeży, bujny, jątrzący. Zapach  o  bogatym  i  złożonym  rodowodzie.

              Etery – skupione  w  tym  wnętrzu – są  rzecznikami  stron  odległych, czasem  trudno  dostępnych. Z  łatwością  wszakże  wiodą  nas  tam, gdzie  nie  zabłądzą  nasze  stopy. Bez  trudu  rozchylają  zasłonę, której  nie  pokona  nasza  źrenica.

              Każdego  dnia  można  nadać  inną  kompozycję  tej  włóczędze. Inaczej  przeciąć  kraje  zapachów. W  odmienionym  porządku  odwiedzić  miłe  okolice. Znaleźć  się  zatem  w  aromatycznych  geografiach  kawy, korzeni, ziół, serów, grzybów, przypraw. Można  minąć  ostre, gnilne, słone  odory  małży, krewetek, ryb, langust  i  homarów. Można  zatrzymać  się  przy  tuńczyku – olbrzymie, złowionym  u  brzegów  Elby. Musi  to  być  kosztowny, wyjątkowy  egzemplarz, skoro – jak  na  obrazie  w  sali  muzealnej – zawieszono  u  jego  pyska  kartkę: „non  toccare”.

              Można  krążyć  długo  i  cierpliwie, by  wreszcie  odkryć  słoneczne  imperia, tak  miłe  dla  przybysza  z  kraju  brzóz  i  ziemniaków. By  stanąć – w  winogronowym  nadmiarze. Wśród  piramid  obfitości, ukształtowanych  z  fig, granatów, melonów  i  arbuzów. W  przeczuciu  ciepłego, zmiennego  soku, jakim  broczą  wszelkie  te  owoce.

              Miłośnik  płócien  starych  Holendrów  oddaje  się  tu  ciągłej, swoiście  proustowskiej  rozkoszy  i  zabawie. Z  widomą  radością  „odpomina”  ukochane  swoje  obrazy, na  jedno  przedpołudnie  zaaranżowane  dzięki  biegłej  dłoni  sprzedawcy.

              Szukanie  konturów  sztuki, wpisanych  w  szorstką, powrotną  materię  życia, wydaje  mi  się  bardziej  kuszące, niż  szukanie  oczywistych  śladów  życia – w  sztuce. Taka  czujność  wobec  fenomenów  życia  i  sztuki  prowadzi  zawsze  do  wybrednej, ironicznej, płodnej  humorystyki  poznania. Dlatego  właśnie  snuję  się  uparcie  po  tej  wystawie  jednego  dnia. Po  wystawie  „malarstwa”, scalonej  z  roślinnych  rzeczy. Dlatego  odwołuję  się  do  pamięci  własnego  wzroku. Dlatego  umieszczam  niewidzialne  napisy  pod  żywymi, pachnącymi  obrazami.

              Wyglądają, jakby  zdjęte  zostały – na  parę  świątecznych  godzin – ze  sztalug  Adriaena  van  Ostade, Emanuela  de  Vitte  czy  Pietera  Claesza. Nie  mogę  się  z  nimi  rozstać. Odchodzę  i  wracam, ciągle  bogatszy  o  różne  kąty  widzenia. O  nowe  światłocienie, wciąż  rejestrowane  w  toku  moich  żartobliwych  studiów.

              „Targ  jest  czymś  najbliższym  dobremu  muzeum, takiemu  jak  Prado  albo  jak  teraz  Akademia” – mówi  bohater  weneckiej  powieści  Hemingwaya. I  uparcie  przypatruje  się  „warstwom  tłuszczu  na  każdym  płacie  mięsa  w  straganach  rzeźnickich, tak  jakby  podziwiał  malarzy  holenderskich, których  nazwisk  nikt  nie  pamięta, a  którzy  malowali  z  całą  perfekcją  szczegółów  wszystko, co upolowano  albo  co  było  jadalne ( tłum. Bronisław  Zieliński ).

              Cytując  Hemingwaya, w  żywej  pamięci  chowam  Iwaszkiewicza,  Wacława  Kubackiego. I wielu  innych, którzy tak fachowymi  byli  przewodnikami  po  obszarze  włoskiego  targu. Tyle  razy  zapraszali  nas  na  ucztę, podczas  której  nieodzowna  jest  erudycja  przyrodnika, jubilera, historyka  sztuki, gastronoma, smakosza, znawcy  obyczajów. I  gdzie  konieczna  wydaje  się  sztuka  najtrudniejsza  ze  wszystkich. Sztuka  łączenia  tych  biegłości,  sztuka  poetycka – w  służbie  czynnego  widzenia  i  wybrednego  zachwytu.

              Już  nie  wiem, czy  patrzę  na  dzieło  sztuki, czy  myślę  o  rzeczach  woli  praktycznej ? Na  to, co  nie  pragnie  być  sztuką, lecz  staje  się  nią – z  codzienną, mimowolną  łatwością ?  Czy  trwam  w  chwili  obecnej ? Czy  zanurzam  się  w  czasie  minionym ?  W  potoku  zmiennych  rekwizytów ? W  doznaniu  tożsamości ? W przeświadczeniu  o  podobieństwie  wszystkich  targów, jakie  kiedykolwiek  widziałem ?

              Czy  kupuję  południowe  jeżyny, dorodne, lśniące  granatem  i  czernią  cennego  minerału ? Czy  niosę  polskie  czereśnie – w  Sandomierzu – z  placu  Jarosława  Iwaszkiewicza ?

              Trwa  spektakl, a  hala  targowa  jest  obszarem  wielkiego  misterium. Nie  odrzuca  się  odwiecznych  liturgii. Boski  scenograf  przygotował  wyszukane  dekoracje. Resztę  powierzył  ufnie  dłoniom  sprzedawców. Ci, którzy  sprzedają, i  ci, którzy  kupują, a  także  ci, którzy  wałęsają  się  leniwie  po  targu,  wszyscy  oni  biorą  udział  w  misterium  handlu, w  obrotach  monet  i  rzeczy.

              Stają  się  bezwiednie  aktorami – mniej lub  bardziej  doskonałymi – w  teatrze  kupna  i  sprzedaży. W  teatrze  ogromnym. Może  najstarszym  pośród  wszelkich  teatrów ?  Uwikłani  są  w  elementarne  schematy  dramaturgii  człowieczej. Każda  transakcja  składa  się  bowiem  z  różnych  odsłon. Z  wielu  aktów  pragnienia, zachęty, podziwu, wahania, wyboru. Z  handlowych  rejterad  i  ataków. Niezliczone, przelotne  gry  emocji  mienią  się  na  twarzach, by  utracić  w  mojej  pamięci  tę  ruchliwą  zmienność. By  utkwić  w  niej – jak  wspomnienie  maski, na  której  stężał  jeden  odruch, jeden  grymas  szczególny.

              Budzimy  się  wcześnie  w  pokoju, zawieszonym  śmiało ponad  starą  i  ciasną  via  dell  Amorino. Sprzedawcy  już  wytaszczyli  swe  kramy  z  hal  na  parterze. Już  zaciągnęli  je  w  zaułki  przy  San  Lorenzo, czyniąc  hałas  tak  bogaty, dalekosiężny  i  ambitny, jakby  hałas  ów  był  dziełem  fachowca  od  zadawania  cierpień  akustycznych, jakby  całe  średniowiecze  wtargnęło  do  wąziutkiej  ulicy  miłostek –  ze  wszystkimi  rzeziami, krucjatami, stosami  na  placach, izbami  tortur, z  tłumem  kalek  i  szaleńców.

              Teraz – w  interwale  ciszy – notuję  pierwsze  odgłosy  florenckie. Myślę  przekornie  o  szkicu, który  mógłby  nosić  tytuł  Voci  di  Firenze . Łowię  echa  kroków  na  dole. Badam  ich  męskie  i  kobiece  rytmy. Staram  się  odróżnić  kroki  mieszkańca  od  kroków  turysty. Niebawem  dźwięk  naszych  kroków  połączy  się  z  innymi  dźwiękami  Florencji.

              Trzeba  iść – jak  zawsze  o  poranku – do  Mercato  Centrale. Cień  Johna  Ruskina  wybaczy  nam  przecież  jawną  zdradę. I  opieszałość  wobec  scenariuszy, tras  i  kierunków, jakie  dawno  temu  ustalone  zostały  w  brewiarzu  solidnego  wędrowca, w  książce  Mornings  in  Florence.

              Czego  szukam  pośród  tego  święta  dla  oczu  i  nozdrzy ? Okrążony  przez  festiwal  smaków  i  festyn  woni ? Łącząc  halę  targową  z  salami  muzeum  i  pokojami  biblioteki ? Nie  szukam  awantur  w  kręgu  świata  jadalnego. Nie  marzę  o  przygodach  języka  i  podniebienia. O  radościach  palców, badających  nową  materię. Znajduję  tu  bezcenne  leki  przeciwko  infekcjom  szarości. Przeciwko  chorobom  sensów  i  bytów  rozcieńczonych. Przeciwko  anemii  kolorów, jaka  wielu  gnębi  i  zasmuca, i  sprawia, że  gasną  kolory  świata.

              Tu – w  hali  targowej – rośnie  apetyt  dosłowny  i  przemienia  się  rychło  w  apetyt  duchowy. Znowu  jesteśmy  zdrowi, więc – wszechstronnie  głodni. Nawet  głodomory  intelektualne, bytujące  ciągle  w  sterylnym  powietrzu  pojęć  i  syntez, w  eterze  bez  atomu  gnijącego  życia, dowiadują  się  tu  powtórnie, że  są  nosicielami  żołądka  wybrednego, zdolnego  do  marzeń  i  tęsknot.

              Tu  uczynnia  się  znużone  ścięgno  naszych  pragnień. Tu  żywiej  pulsuje  wola, tak  czasem  skrępowana  i  zmiażdżona. Kosztowne, swoiście  religijne  pocieszenie  daru  widzialnego  czeka  na  kogoś, kto  przemyje, nakarmi, odnowi  oczy  dzięki  obrazowi  „wszystkich  owoców  świata”. Nasz  ogród  nie  może  być  snem  filozofa, skoro  każdego  dnia  rozsypuje  tyle  prezentów – we  wnętrzu  florenckiej  hali.                                                                                    

                  Andrzej  Gronczewski

z archiwum Pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko