Tadeusz Karabowicz – Dalekie światła w Arkadii nad Czarną Hańczą. Andrzej Strumiłło w moim wspomnieniu

0
230

         Jaskrawe słońce 9 kwietnia 2020 o  poranku uświadomiło, że nie ma już Profesora Andrzeja Strumiłły (1927-2020) wielkiego popularyzatora sztuki drugiej połowy XX wieku, o nazwie malarstwo nowe. Profesor Andrzej Strumiłło zmarł o piątej nad ranem w szpitalu w Suwałkach, a esemesową wiadomiść o tym przesłała do mnie poetka Janina Osewska z Augustowa.

         Jak smutno, napisała do mnie Janina Osewska o godzinie 7.30, 9 kwietnia 2020 roku, a ja odpowiedziałem jej również esemesowo: Janino, jak smutno! Istotnie, to dziwne i niepojęte słowo – smutek najwierniej oddaje stan serca po śmierci Andrzeja Strumiłły, w czasach strasznej i niezrozumiałej pandemii koronawirusa COVID 19.

         Jak to, nie ma już pana Andrzeja, nie ma pana Profesora? Czemu tak szybko, przecież planowałem jeszcze, jak tylko minie pandemia koronawirusa, pojechać do niego. Umawiałem się przez telefon na tę wizytę jeszcze tak niedawno. Miałem tam pojechać z Janiną Osewską, którą Profesor tak bardzo lubił. A jednocześnie śmierć Andrzeja Strumiłły uświadomiła, że przecież miał on 93 lata, a to oznacza w księdze życia, bardzo dużo.

Andrzej Strumiłło. Janina Osewska. Tadej Karabowicz. Maćkowa Ruda 2018. Fot. Mariola Mitras

         Odchodzą do lamusa powierzchowne porównania Andrzeja Strumiłły do „człowieka renesansu”, lub do „kresowego Prometeusza”,  „pielgrzyma z okiem otwartym”, czy przez fotografika Wiktora Wołkowa „ostatni mamut epoki”. Natomiast wyraźnie świeci się jasnym blaskiem jego uniwersalne dzieło malarskie i poetyckie. Azyl sztuki, rozpostarty w zakolu Czarnej Hańczy, nie jest już szczęśliwą wyspą – bo nie ma jego twórcy. A miejsce to, nazwane przez niego – Arkadią, sakralizuje się w sanskryckiej mandali. Potężne dzieło Profesora odbija się w magicznej niebieskiej wodzie, odwiecznej rzeki płynącej do Niemna. Przestrzeń życia zostaje zamknięta, a zaczyna rozpościerać się kategoria czasu, którą nazywamy wiecznością.

         Potężne głazy na podwórzu, szuwary nad Czarną Hańczą, mandale z Maćkowej Rudy są już w innym wymiarze filozoficznym. Nie ma bowiem ich właściciela, nie ma Andrzeja Strumiłły malarza, rzeźbiarza, fotografika, autora wspaniałych ilustracji książkowych. Nie ma już erudyty, z namaszczeniem wymawiającego kresowe “ł” oraz animatora wielu cennych przedsięwzięć kulturalnych.

         Piszę o tym, bowiem było mi dane przez wiele lat przebywać z wizytami w Maćkowej Rudzie u Andrzeja Strumiłły, pisać do niego listy,  otrzymywać listy od niego. Często telefonowałem do niego, by z nim porozmawiać. Byłem obdarzony czymś bardzo cennym w naszym zaganianym życiu – darem słuchania jego opowieści, przeżuwania jego wierszy oraz oglądania jego malarstwa. To była przestrzeń magiczna, ważna i nawet konieczna dla mnie. Odbywało się bowiem twórcze porozumienie się poprzez sztukę. Profesora odwiedzało wielu wybitnych twórców. Tutaj, w jego pracowni, wypełnionej metafizyką jego dzieła, odbywały się abstrakcyjne i bardzo konkretne rozmowy. Tutaj odbywały się weryfikacje poglądów, rewizje koncepcji sztuki oraz korekta zmian myślenia. Przypomina mi się zdarzenie związane z przywiezionym prezentem Andrzejowi Strumille  w 2006 roku. To był tomik “Wierszy ostatnich” Czesława Miłosza. W tomiku był wiersz nawiązujący do wizyty noblisty w Maćkowej Rudzie. Andrzej Strumiłło nie miał jeszcze tego tomiku, przyjął mój prezent, podziękował i opowiedział historię przyjazdu Czesława Miłosza z synem Tonim do Maćkowej Rudy. Toni zachwycił się autorskim siedliskiem Strumiłły i od razu chciał kupować ziemię w pobliżu, by budować dom, ale Czesław Miłosz był kategorycznie przeciwny. Uważał bowiem, że  takie magiczne miejsca mogą być także ciężarem, a zwłaszcza dla Toniego, będącego obywatelem świata, a tym bardziej dla Czesława Miłosza wydziedziczonego z ziemi rodzinnej i  dzieciństwa. Po upływie jakiegoś czasu Andrzej Strumiłło wykonał kilka pięknych ilustracji do tomiku “Wierszy ostatnich” Czesława Miłosza.

Wyjście z pracowni. Maćkowa Ruda. 2018

         Andrzej Strumiłło interesował się fotografią, był można powiedzieć świetnym fotografikiem. Dlatego dawał przyzwolenie fotografować się podczas wizyt u niego. Aparat fotograficzny go nie krępował.  Rozumiał bowiem, że fotografie pozostaną po nas, i będą świadectwem, że rzeczywiście istnieliśmy na świecie. Gdy ukazał się jego  album o Nowym Jorku o tytule “Manhattan” (2017), to pierwsze skojarzenie jakie miałem przy oglądaniu tego wspaniałego dzieła, było takie, że wszystko w albumie ma ponadczasowe pieczęcie. Powiedziałem o tym Strumille, a on odpowiedział, że mimo iż robił te zdjęcia 40. lat temu, Nowy Jork pozostaje ciągle taki do bólu nowoczesny i ponadczasowy.

         W rozmowach o percepcji sztuki, o słowie poetyckim, czy o miejscu wybranym przez niego, zawsze przewijał się wątek przemijania. Profesor nie był agnostykiem, chociaż był świadomy przemijania życia i nie bał się o tym mówić. Gdy wybrał to miejsce w Maćkowej Rudzie do zamieszkania, odnalazł tutaj ślady dawnego życia i od razu nadał im ekspiację retrospektywną. Odtworzył na rozległym podwórzu od strony rzeki, historyczny krąg kamienny, mistyfikując go. Swoją siedzibę zrekonstruował jako drewniany dworek o cechach szlacheckich. Całemu obejściu, nie wyłączając wiekowych drzew i wysokiego brzegu Czarnej Hańczy, nadał formę zaścianku. Uwypuklił także rodzinne historie, poświęcając wiele miejsca w tej przestrzeni filozoficznej swojemu miejscu urodzenia, swoim rodzicom, a zwłaszcza matce. Dużo miejsca poświęcił najbliższej rodzinie oraz podróżom. Na ważnym miejscu w pokoju z prawej strony od kuchni wisiał obraz Juliusza Kossaka ukazujący praprawnuczkę klaczy Mlechy. W Maćkowej Rudzie Andrzej Strumiłło zrealizował marzenie swojego życia, założył stajnię pięknych koni arabskich. Kontaktował się często ze stadniną koni w Janowie Podlaskim i bywał  gościem tamtejszych międzynarodowych sprzedaży koni. Pamiętam jak z namaszczeniem oglądaliśmy ten obraz Juliusza Kossaka, podziwiając zresztą cały dom.

         W kolekcji Profesora były stare ikony rosyjskie, podarowane mu przez pracowniczkę Galerii Tretiakowskiej w Moskwie. Wisiały one w saloniku rzędem nad biedermeierowską szafką z biurkiem, upiększone skarbami przywiezionymi z Nepalu i palmami wielkanocnymi z Wilna. Tutaj stał ulubiony fotel Profesora, na którym siedział Czesław Miłosz. Tutaj także, w tym pokoju, zdarzyła się niecodzienna muzyczna historia. Wydarzyła się ona w lipcu, podczas mojego pobytu u Profesora z poetką Janiną Osewską. Siedzieliśmy pijąc czerwone wino i rozmowiając o sztuce, gdy raptem do drzwi zastukał nieoczekiwany gość. Okazał sie nim  znajomy Andrzeja Strumiłły, pracownik  Muzeum Azji i Pacyfiku z Warszawy. Przyjechał on, by pochwalić się nowym eksponatem do muzeum, azjatyckim instrumentem muzycznym z muszli. Wyciągnął muszlę z plecaka, rozwinął z tkaniny zabezpieczającej i zagrał na powitanie. Wówczas Profesor wstał powoli, ale majestatycznie z krzesła, podszedł do oszklonej biedermeierowskiej witryny, sięgnł ręką do zwieńczenia i wyciągnął kluczyk. Otworzył drzwi szafy i wśród bibelotów odnalazł taką samą muszlę, tylko znacznie większą. Zagrał taką samą melodię, jednak zdecydowanie dłużej i bardziej uroczyście. Został za to nagrodzony gorącymi brawami. Janina Osewska scenę tę uwieczniła swoim aparatem fotograficznym. Profesor w zielonej sztruksowej marynarce grający na azjatyckim instrumencie muzycznym z muszli.

         Gdy jesienią przyjechałem do Maćkowej Rudy z poetką Janiną Osewską naszej wizycie towarzyszyło skupienie twórcze. Byliśmy u Profesora kilka godzin i rozmawialiśmy o  przeszłości i sztuce. Wówczas zaprowadził nas do stadniny koni, i  pokazywał swoje stajnie. Chwalił się swoimi końmi i przytulał się do ich pysków. Janina oczywiście fotografowała każdy szczegół. Chodziliśmy także na brzeg rzeki i fotografowaliśmy się w łódce, w której siedział Czesław Miłosz, gdy odwiedził Maćkową Rudę. Andrzej Strumiłło, chyba świadomie, zwrócił naszą uwagę na  imponujące kamienne ogrodzenie wokół swojej posesji, następnie na wozownię i spichlerzyk z XIX wieku (świronek). Wszystko to wybudował sam. Wyraźnie chwalił się rzadkimi okazami drzew iglastych. Przywiózł je do Maćkowej Rudy ze swoich podróży po świecie. Pielęgnował je w takiej enklawie na wzór lasu, z lewej strony domu. W rozwidleniach niektórych konarów były umieszczone kamienie otoczaki. Jak żartował Profesor, to były meteoryty, które przyleciały z przestrzeni nadprzyrodzinej – z kosmosu. Wierzyliśmy z Janiną Osewską w ten geometryczny porządek wypełniający przestrzeń idylliczną jego Maćkowej Rudy.

Andrzej Strumiłło i Tadej Karabowicz. Maćkowa Ruda. 2018

         Przy jednej z wizyt jesiennych z Janiną Osewską, bardzo chłodnej już październikowej soboty, zastaliśmy Andrzeja Strumiłłę przy altance, gdzie zrywał winogrona. A potem, siedząc w kuchni i pijąc herbatę, zostaliśmy nieoczekiwanie obdarowani przez niego, jego pracami. Janina dostała grafikę przedstawiającą schody wykonaną do wiersza pt. “Marzenie” Leo Belmonta. To była bardzo piękna grafika, który Janina oprawiła w srebrną ramę i powiesiła w salonie w jej poetyckim domu w Augustowie. Ja otrzymałem ilustrację do wiersza Petrosa Durjana (1851–1872), “Moja śmierć” z antologii wierszy poetów armeńskich. Andrzej Strumiłło powiedział, że praca ta wykonana została przez niego na szarym papierze, przywiezionym z podróży do Wietnamu. Profesora zachwyciła struktura włókien tego wietnamskiego papieru, stąd postanowił wykonać na nim ilustracje do wspomnianej antologii. Wówczas także snuł opowieści ze swoich podróży, opowiadał, że zwiedził wiele egzotycznych krajów. Widział wojnę w Wietnamie, przeszedł z plecakiem i bronią tysiąc kilometrów syberyjskiej tajgi. Poznał Tajlandię, Chiny, Japonię, Mongolię, Indie, Nepal. Przemierzył Himalaje, Ałtaj, Kraj Chabarowski, Kaukaz, pustynię Gobi. Obok rysunków, grafik i fotografii powstawały wtedy także wiersze, utrwalające momenty olśnień, przemyśleń inspirowanych przez myśl Wschodu, tradycje taoistyczne i buddyjskie. Owocem tych podróży był jego niesamowity album pt. “Nepal” (1987). Podarowane wówczas prace, uświadomiły mi, jak rozległe zainteresowania posiada Andrzej Strumiłło.

         Zatarły się szczegóły moich wizyt do Maćkowej Rudy, ale ostatni pobyt u we wrześniu  2018 roku, pamiętam jako jaskrawe połączenie rozmów o sztuce i podziwianie jego najnowszych obrazów. Jak powiedziałem potem do znajomego malarza z Warszawy, wszędzie panowały mandale. W kamiennej pracowni stały obrazy olejne z mandalami. Były oparte jeden o drugi, całym szeregiem wzdłóż białej ściany. Obrazy wzbudzały mój podziw, że tak sędziwy człowiek, znajduje siły by tworzyć tak natchnione dzieła. Natomiast w pracowni w domu, podziwialiśmy z Janiną Osewską czarno-białe mandale piórkiem i czarnym tuszem. Były one wykonane na dużych formatach czerpanego papieru ecru. Nie obyło się także bez prezentu. Profesor podarował mi dwie książki białoruskie o sztuce i podpisał “Andrzej Strumiłło daruje te książki poecie Tadejowi Karabowiczowi do Holi”. Janina otrzymała dwie książki po polsku, z taką samą dedykacją.

         Chciałbym jeszcze zacytować dawny utwór Andrzeja Strumiłły o wymownej treści. Utwór ten posiada  logiczną konkluzję filozoficzną o tęsknocie. Wyznacza także przesłanie, że życie wypełnione egzystencją, jest cenne i bardzo potrzebne:

Daleko pozostały
Smak wołu z rożna
I wina żłopanego z beczki
Szerokość gestu się oddaliła
I ziemia niczyja

Wieczorem strzepując
Pyłek z klapy marynarki
Tęsknimy

Warszawa, 5.3.69

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko