Strona główna Rok 2026 Nr 604 Franciszek Czekierda – Xawery Dunikowski, zabójstwo malarza Pawliszaka czy obrona własna

Franciszek Czekierda – Xawery Dunikowski, zabójstwo malarza Pawliszaka czy obrona własna

0
102
Franciszek Czekierda

WPROWADZENIE

Dawno już zamierzałem napisać słów parę o Xawerym Dunikowskim, wybitnym rzeźbiarzu i jednocześnie coś mnie przed tym powstrzymywało. Usłyszałem o nim po raz pierwszy w podstawówce, gdy przerabialiśmy czytankę-reportaż „Ostatnie dzieło mistrza” Stanisława Ozimka. Autor przedstawił w skrócie kilka faktów z jego życia, m.in. na początku XX wieku był już uznanym artystą, a podczas II wojny światowej został uwięziony w obozie zagłady w Auschwitz. Następnie opisywał jego zmagania związane z projektem i realizacją pomnika na dwudziestą rocznicę Ludowego Wojska Polskiego. Osiemdziesięciosiedmioletni mistrz przyjął zlecenie od ministra obrony PRL, Mariana Spychalskiego, który odwiedził go w pracowni. Rzeźbiarz wykonał projekt i pod jego artystycznym kierownictwem współpracownicy wykuli w granicie ze Strzegomia ośmiometrową stojącą postać żołnierza z karabinem w rękach, sam bowiem nie mógł już rzeźbić osobiście. Pech chciał, że w tym czasie złamał rękę, jednak nie przeszkodziło mu to w nadzorowaniu prac. Pomnik został odsłonięty na Muranowie przy ówczesnej ulicy Nowotki (obecnie Andersa) 12 października 1963 roku z okazji dwudziestej rocznicy bitwy pod Lenino. Z powodu choroby rzeźbiarz nie uczestniczył w uroczystości. Z czytanki dowiedziałem się, że Dunikowski w młodości długo przebywał w Paryżu, znał więc wolny świat, natomiast w PRL-u wykonywał zlecenia przyjmowane od władzy ludowej.

Byłem wówczas w ósmej klasie i jako piętnastolatek wychowywany w domowej tradycji kontestującej narzucony ustrój czułem, że w jego zachowaniu coś mi nie pasowało, mimo, że nie rozumiałem w pełni ówczesnej rzeczywistości, ani nie znałem całego życiorysu twórcy. Dopiero po jakimś czasie poznałem przeszłość rzeźbiarza i zrozumiałem, że dla niego nie miały większego znaczenia źródła zleceń, najważniejsza była twórczość i czerpanie pełnymi garściami z życia. Celnie scharakteryzowała go Maria Dąbrowska w Dziennikach: „Dunikowski był i jest znakomitym rzeźbiarzem, ale oczywiście nigdy nie był komunistą ani nawet socjalistą; podobno zbiory swoich rzeźb ofiarował państwu, gdyż nie miał gdzie ich trzymać, a za to ma dostać willę. Jest trochę cynikiem, a najwięcej typem i człowieka, i artysty renesansowego. Nie tyle i nie najbardziej z powodu skali talentu, ile z powodu braku skrupułów, niemoralnego i bujnego życia etc. Jest to awanturnik, […] rozpustnik (acz bardzo szpetnej gęby i postury), poszukiwacz mecenasów i przygód. Przypuszczam, że gdyby całe jego życie było dostatecznie znane, byłoby ono z punktu widzenia komunistycznego purytanizmu jednym wielkim skandalem” (27 XII 1948).

            PRZYCZYNY SPORU Z WACŁAWEM PAWLISZAKIEM

Największym skandalem, w którym artysta odegrał główną rolę było zabicie malarza Pawliszaka. Najpierw krótkie wprowadzenie. Od 1904 roku dwudziestodziewięcioletni Dunikowski zajmował stanowisko profesora rzeźby w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Był już znanym i cenionym artystą. (Nawiasem mówiąc związał się wówczas ze swoją studentką Sarą Lipską, z którą w 1908 roku miał córkę, Marię Xawerę).  W grudniu tego roku organizowana była w Zachęcie Doroczna Wystawa prac artystycznych. Jury, w skład którego wchodzili m.in. Ferdynand Ruszczyc i Xawery Dunikowski, odrzuciło obraz Wacława Pawliszaka, na którym mu szczególnie zależało: kobietę bawiącą się z arlekinem (według innej wersji obraz przedstawiał artystę „L.”). Prawdopodobnie powodem negatywnej decyzji było inne spojrzenie na sztukę; na początku wieku, między nurtami Fine de siècle’em a Art Nouveau, malarstwo akademickie było już passe. Jego drugi obraz, na którym mu mniej zależało został zawieszony obok pracy artysty, z którym Pawliszak był w konflikcie. Uważał on, że został wyeksponowany niekorzystnie, co dotknęło go do żywego. Podczas otwarcia wystawy malarz zabrał obraz, następnie wysłał do członków jury obraźliwe listy, oskarżając ich m.in. o tendencyjność. Tu konieczne jest wyjaśnienie osobistej sytuacji Pawliszaka.

W 1901 roku, krótko po ślubie, zmarła mu żona, Zofia z domu Rodziewiczówna, osieracając córeczkę, Marysię. Zofia była również malarką. Jej śmierć nasiliła jego manię prześladowczą. Miał prawo czuć się nieszczęśliwy, dodatkowo był przewrażliwiony na punkcie niedoceniania własnej twórczości (był uczniem m.in. Gersona, Matejki i Brandta, którzy cenili jego talent i malarstwo). W tym okresie pod błahymi pretekstami wdawał się w konflikty z innymi artystami. W 1901 roku wyzwał na pojedynek malarza Jerzego Austena, który, organizując jakąś wystawę, ponoć „źle wyeksponował” jego obraz. Pawliszak jednak nie stanął do umówionej potyczki.

Powracając do obraźliwych listów malarza, członek jury, Ferdynand Ruszczyc, zamierzał wyzwać Pawliszaka na pojedynek; wysłał dwóch swoich sekundantów, Krzyżanowskiego i Stabrowskiego, do sekundantów Pawliszaka, Kułakowskiego i Jasieńskiego. Rozmowy zakończyły się awanturą, sekundanci Pawliszaka poczuli się obrażeni, co spowodowało lawinę pojedynków – jak w złej komedii – Stabrowskiego z Jasieńskim, Krzyżanowskiego z Kułakowskim, a później Ruszczyca z Bronisławem Bouffałem, późniejszym profesorem prawa i dyplomatą (przyczyn pojedynku dwóch ostatnich mężczyzn nie znamy). Pojedynki odbyły się zgodnie z kodeksem Boziewicza, na szczęście wszystkie zakończyły się bez rozlewu krwi.

Dunikowski, po otrzymaniu obraźliwego listu, odpisał mu krótko, że od niepoczytalnego satysfakcji nie żąda. Odpowiedź jeszcze bardziej rozsierdziła Pawliszaka.

MALARZ CHIROMANTA

Na początku stycznia 1905 roku, w okresie karnawału, Pawliszak był na bankiecie. Siedział przy stole w mieszanym towarzystwie. Był tam też pewien dziennikarz, który później opisał to zdarzenie. Trzeba nadmienić, że malarz mimo, iż miał wybuchowy charakter, cieszył się towarzyskim powodzeniem. Przede wszystkim był ceniony za swe obrazy (został wyróżniony na światowej wystawie w Paryżu w 1900 roku), ponadto poznał kawałek świata, m.in. zwiedził Bliski Wschód, skąd przywiózł kolekcję broni palnej i oryginalne tkaniny. Tam też nauczył się wróżenia z ręki, o co często prosili go znajomi, on zaś z chęcią to czynił. Podczas owego bankietu, gdy malarz zakończył wróżenie z rąk chętnym osobom, pewna dama zwróciła się do niego z prośbą:

– Panie Wacławie, skoro pan tak udatnie umie przepowiadać przyszłość innym, czy potrafi pan także odczytać swoje losy z własnej dłoni?
Pawliszak zastanawiał się chwilę. Niektórzy spojrzeli na damę z dezaprobatą, czy nie posunęła się za daleko.
– Usatysfakcjonuję panią, ma chère dame – odrzekł po pauzie.
– Będzie pan wróżył z prawej, czy lewej dłoni? – dociekała.
– Lewa ręka to wrodzone cechy, jak talent, charakter, afekty, żądze; wszystko to o sobie wiem. Jestem praworęczny i ta dłoń powie państwu o realizacji mego potencjału, o mojej przyszłości…
– Nie boisz się pan tego, co może pana czekać? – zaniepokoił się jeden z uczestników biesiady.
– A czegóż mam się obawiać, skoro wszystko jest zapisane tam… – wskazał palcem na sufit – w górze. Na dłoniach zaś jest tylko skrótowe odwzorowanie przeznaczenia. – W tym momencie Pawliszak wyciągnął przed siebie prawą dłoń i spojrzał na krzyżujące się linie. – Spójrzcie, szanowni państwo, pod średnim palcem jest wzniesienie oznaczające górę słońca, która oznajmia sławę i rozgłos – rzekł zadowolony.
– Szczera prawda – potwierdziła pomysłodawczyni autowróżenia.
– Ciii, kochanie… – szepnął siedzący przy niej partner.
– Ale ta nić… – wskazał palcem lewej ręki na linię pośrodku dłoni – nić mego żywota może zostać raptownie przecięta – nastała długa przygnębiająca cisza.
– Proszę się nie obawiać, moi drodzy – Pawliszak przerwał ciszę. – Od dawna dość dobrze znam własną predestynację i wiem, że będę żył krótko, a umrę śmiercią nagłą – uśmiechnął się wymuszenie, jednak jego oczy zdradzały dojmujący smutek.
– Szanowny pan raczy żartować. Nie wolno…, nie powinien pan tak mówić – dama próbowała niezdarnie ratować karnawałową atmosferę.
– Com powiedział, powiedziałem – rzekł profetycznie. – Wznieśmy zatem zdrowie za życie, póki ono trwa. I cieszmy się tą chwilą – podniósł kielich z winem i wychylił go wespół ze skonfundowanym towarzystwem.

 

TRAGICZNE WYDARZENIE

Powróćmy do sporu Pawliszaka z Dunikowskim. Ich wspólni znajomi próbowali mediacji; wysłannicy tego drugiego tłumaczyli, że nie miał on wpływu na selekcję eksponowanych obrazów w Zachęcie. Pawliszak jednak odrzucił kompromis. Dodatkowym paliwem sporu było, że rzeźbiarz (słynący ze słabości do płci pięknej) zainteresował się ładną modelką Pawliszaka, poetką Florą Hufnagel, która była również jego kochanką. Tak więc malarz, przewrażliwiony na punkcie honoru, miał co najmniej dwa powody, by wymierzyć sprawiedliwość wedle własnego uznania. Chodził zatem po kawiarniach, wypytując znajomych o swego adwersarza:
– Nie wiesz, gdzie mogę spotkać tego sepleniącego kurdupla? – zwrócił się do kolegi plastyka, którego znał z czasów studenckich.
– Myślałem, że już zapomniałeś o tej sprawie.
– Potraktował mnie niesprawiedliwie, złośliwie – odrzekł z zawziętością w głosie.
– O ile mi wiadomo wybór dzieł w Zachęcie leżał w kompetencji całego jury.
– Oficjalnie tak. Ale wiem, że stał za tym ten farbowany na żółto łeb.
– Przecież on jest naturalnym blondynem. Mam nadzieję, że krzywdy mu nie zrobisz?
– Nie wiem, co zrobię. Wychłoszczę go pejczem, albo stłukę na kwaśne jabłko. A może spoliczkuję… – malarz nerwowo rzucał pomysły.
– Czyli pojedynek?
– Nie zasługuje na ten honor. Ale poniżenia mu nie daruję! – podniósł głos.
– Słyszałem, że ma wystawiać swoje prace u Krywulta – znajomy wskazał miejsce przebywania rzeźbiarza.

W styczniu 1905 roku Xawery Dunikowski wspólnie z właścicielem galerii, Janem Krywultem, przygotowywał wystawę w jego Salonie Sztuki przy Nowym Świecie 63 (na rogu Świętokrzyskiej). Krótko przed jej otwarciem, siedemnastego stycznia, Pawliszak wszedł do Salonu Sztuki w poszukiwaniu Dunikowskiego, który ustawiał eksponaty w sali wystawienniczej. W korytarzu spotkał właściciela galerii. Rozgorączkowany malarz zażądał spotkania z rzeźbiarzem. Krywult, znając jego intencje, zaprosił go do biura. Długo z nim rozmawiał, aż ten ochłonął. Dzięki temu zabiegowi nie doszło do spotkania obu antagonistów. Jednak w swojej zapiekłości Pawliszak nie porzucił pomysłu zemsty.

Pan Jan opowiedział o tym Dunikowskiemu. Wizyta Pawliszaka w salonie jeszcze bardziej utwierdziła rzeźbiarza w przekonaniu, że ten ma wobec niego złe zamiary. Czując się zagrożony, już wcześniej zaopatrzył się w pistolet. Kilka dni przedtem, gdy spacerował ze znajomym, ten zauważył wystającą z kieszeni marynarki rękojeść rewolweru.

– Po co ci to? – znajomy zdziwił się, wskazując na broń.
– Pseciez wies, że ten panicyk publicnie groził mi napaścią – rzeźbiarz odpowiedział, lekko sepleniąc.
– Nie wiadomo, co niezrównoważonemu może strzelić do łba.
– Dlatego musę być psygotowany. Jak się na mnie zuci, zascelę go, jak sceniaka.

18 stycznia (według obowiązującego wówczas kalendarza juliańskiego 5 stycznia), w przeddzień wernisażu, panowie zrobili sobie przerwę i poszli na obiad do pobliskiej restauracji Lijewskiego mieszczącej się w początkowej pierzei Krakowskiego Przedmieścia pod numerem 8. Około godziny szesnastej, w trakcie spożywania obiadu, pojawił się przed nimi Pawliszak. Ominął Krywulta i zbliżył się do rzeźbiarza.
– Panie Dunikowski! – zawołał groźnie i jednocześnie podniósł rękę z zamiarem uderzenia go.
Rzeźbiarz, przygotowany na atak, błyskawicznie wyjął z marynarki rewolwer i oddał strzał. Pocisk przebił malarzowi prawy policzek, oko, mózg i utkwił w czaszce. Z głowy buchnęła krew. Pawliszak bezwładnie upadł na podłogę. Dunikowski od razu zadzwonił na policję, wyjaśniając co się stało. Obsługa restauracji posadziła ciężko rannego na krzesło i zaniosła go do szpitala św. Rocha, który znajdował się niecałe sto metrów dalej (obecnie jest to jeden z gmachów Uniwersytetu Warszawskiego). Około godziny drugiej nad ranem malarz zmarł. Dunikowski po złożeniu zeznania w policyjnym cyrkule, został zatrzymany w areszcie śledczym. Po wpłaceniu kaucji w wysokości 2 tysięcy rubli opuścił areszt (dla porównania w 1905 roku robotnik łódzki zarabiał przeciętnie 5 rubli tygodniowo).

W tym czasie stracił posadę profesora w Szkole Sztuk Pięknych. Nie bacząc na tragiczne wydarzenie wystawa w Salonie Krywulta została otwarta, choć wywołała kontrowersje i żądano jej zamknięcia. Organizator wynajął nawet stróża pilnującego porządku i dbającego o bezpieczeństwo eksponatów. Niektórzy artyści i miłośnicy sztuki zbojkotowali wystawę.

Bezstronnie trzeba powiedzieć, że Dunikowski uchodził za osobę trudną w kontaktach. W 1902 roku uczestniczył w bójce, „walcząc o honor kobiety”, jak zeznał przed sądem. Został za to skazany na sześć miesięcy twierdzy w zawieszeniu.

WYROK

W listopadzie 1905 roku odbył się proces sądowy. Dunikowski wziął dobrego adwokata, który przekonał sąd, że jego klient działał w obronie koniecznej. Sędzia wydał wyrok stanowiący, że czyn oskarżonego był  aktem samoobrony w afekcie. Pominął zaś fakt, że nastąpiło rażące przekroczenie obrony koniecznej (sprawca użył siły nieproporcjonalnej do zagrożenia, tj. pistoletu wobec ręki ofiary). Xawery Dunikowski został skazany na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu. Po wyroku rzeźbiarz opisał tę sytuację dziennikarzowi jednej z gazet: „Ujrzałem nagle przed sobą człowieka, który prześladował mnie od dwóch miesięcy. Jaki był jego zamiar nie wiedziałem, ale ta ręka w pięść zgięta, zawisła nad moją twarzą, była widomą oznaką nieznanego niebezpieczeństwa. Ruchem machinalnym wydobyłem rewolwer z kieszeni i strzeliłem, nie mierząc. Nie wstałem nawet… O zabójstwie nie myślałem…, chciałem bronić się tylko. Rewolwer nosiłem zawsze przy sobie” (Aleksandra Melbechowska-Luty, Kreator. Rzeźbiarskie dzieło Xawerego Dunikowskiego, Warszawa 2012).

Najprawdopodobniej przed surowszą karą uchroniła go sytuacja, która mogła mieć wpływ na panującą w Warszawie atmosferę. Składały się na nią m.in.: rewolucja 1905 roku w imperium rosyjskim (w tym na ziemiach polskich), osłabienie Rosji po przegranej  wojnie z Japonią oraz talent rzeźbiarza, którego dzieła cenione były nie tylko w kręgach artystycznych.

W stołecznej socjecie Dunikowski wywoływał skrajne uczucia, może dlatego opuścił Warszawę. W 1910 przeniósł się do Krakowa, gdzie żył i tworzył cztery lata. Przed wybuchem Wielkiej Wojny wyjechał na stypendium do Londynu, zaraz potem do Paryża. Ale jest to już zupełnie inna historia, choć wciąż pełna interesujących wątków: artystycznych sukcesów i zaskakujących wyborów osobistych, historia, o której może opowiem innym razem…

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułPaweł Krupka – Erato bałtycka i egejska
Następny artykułRekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego