Tadeusz BOROWSKI
Z tym świetnym aktorem scen warszawskich spotkałem się w jednym z pomieszczeń w pływalni na Solcu, gdzie bywał regularnie i gdzie się ze mną umówił w pewne zimowe popołudnie. Zagrał setki ról teatralnych, filmowych, telewizyjnych. Zapamiętałem go szczególnie z kilku ról. Po pierwsze, z roli lekarza w filmie „Zaraza” Romana Załuskiego (1973), opowiadającego o epidemii czarnej ospy, która w 1963 roku dotknęła Wrocław. W łóżkowym duecie z Anną Seniuk wystąpili tam oboje w jednej z pierwszych tzw. śmiałych, „nagich” scen erotycznych w polskim kinie. Po drugie, z roli Don Cezara de Bazan w pięknym, zapomnianym dziś spektaklu Teatru Telewizji, w dramacie „Ruy Blas” Wiktora Hugo, w reżyserii Ludwika René (Nowy Rok 1973). Po trzecie, jako współczesnego narratora wprowadzającego telewidzów, na tle Zamku Królewskiego w Warszawie, w temat spektaklu historycznego Grzegorza Królikiewicza „Trzeci Maja” (1976). Jednak po raz pierwszy w życiu zobaczyłem pana Tadeusza na żywo, na scenie w Lublinie, gdy jako młody, niespełna trzydziestoletni aktor zagrał Lenina w tamtejszym Teatrze imienia Juliusza Osterwy (był krótko w jego zespole, bodaj jeden sezon), w sztuce Michaiła Szatrowa „Bolszewicy”. Premiera odbyła się w kwietniu 1970 roku z okazji 100 rocznicy urodzin wodza Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Gdy o tym wspomniałem panu Tadeuszowi, opowiedział mi związaną z tym wydarzeniem krótką anegdotę. Przed premierą oficjalną, ale otwartą, odbył się pokaz zamknięty dla działaczy, dla aktywu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w tym dla pracowników Komitetów Miejskiego i Wojewódzkiego Partii w mieście. „Kilka minut po zgaśnięciu światła, podniesieniu kurtyny i rozpoczęciu akcji sztuki – opowiedział mi pan Tadeusz – na widownię wszedł jakiś spóźniony widz, ostrożnie stąpając by nie czynić hałasu, jak to zazwyczaj mają w zwyczaju spóźnialscy. Mężczyzna ów usiadł na wolnym fotelu w pierwszym rzędzie i po chwili uważnego wpatrywania się we mnie, czyli w Lenina, pochylił się ku najbliższemu sąsiadowi i wyszeptał teatralnym szeptem, czyli tak, że my na scenie i widzowie siedzący w pierwszych rzędach dobrze to usłyszeli: „Bardzo dobrze towarzyszu, podobny jak cholera”. Ostanie lata życia pana Tadeusza zatruł osławiony Jan Pietrzak, który w jakiejś swojej książce „zlustrował” go, skądinąd bez rzetelnej weryfikacji dokumentów.
Stan BORYS
Nie mnie jednemu kojarzy się zewnętrznie z postacią Jezusa Chrystusa. Podczas wywiadu ze Stanem Borysem przyglądałem mu się uważnie i odnosiłem, fałszywe przecież, wrażenie, że nie zmienił się ani na jotę od czasu, gdy zaśpiewał po raz pierwszy „Jaskółkę uwięzioną”. Nawet podobnie był ubrany. A przecież od czasu, gdy zaśpiewał „Jaskółkę”, utwór, który przyniósł mu sławę, utwór który zachowuje swój niezwykły, przejmujący, patetyczny, monumentalny charyzmat, minęło już pół wieku. I gdy tak na niego patrzyłem, odniosłem półmetafizyczne wrażenie, że ten artysta jest metaforą ciągłości, osobliwej wieczności życia, tak jak jego wiecznie (?) przejmująca piosenka. I trwam w tym dziwnym, irracjonalnym uczuciu, nawet mając świadomość, że niedługo po naszej rozmowie, Stan Borys ciężko zachorował, więc nic nie jest wieczne.
Kazimierz BRAUN
Kazimierz Braun objął dyrekcję Państwowego Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie w roku 1967. Byłem wtedy 10-letnim wisusem, ale chyba muza Melpomena krążyła nade mną, bo z zaciekawieniem zatrzymywałem się przed witrynami teatru i oglądałem afisze oraz zdjęcia ze spektakli. Było dla mnie w tym coś tajemniczego, intrygującego, magicznego, choć niezrozumiałego. Braun nadał lubelskiej scenie, dotąd tradycyjnej i eklektycznej ( o tym dowiedziałem się po latach, bo przecież w 1967 roku nie mogłem tego rozumieć) silny rys ambitnego teatru – powiedzmy – nieco awangardowego. Pamiętam, że na moje pytanie o „Akt przerywany”, sztukę Tadeusza Różewicza wyreżyserowaną przez Brauna, dorośli z niezrozumiałego dla mnie powodu czerwienieli i zmieniali temat. Po latach dowiedziałem się, że Kazimierz Braun jest ojcem obecnego posła Konfederacji Grzegorza Brauna. Urodził się on w marcu 1967 roku, na kilka miesięcy przed objęciem przez ojca lubelskiej dyrekcji. Zakładam, że instalując się w Lublinie, nowy dyrektor sprowadził tu rodzinę z kilkumiesięcznym niemowlęciem Grzesiem. Może nieświadomie widywałem dyrektora Brauna lub jego małżonkę z wózkiem, w którym kwilił, siusiał itp. przyszły złotousty konfederata? Pomyślałem też jak dziwne bywają losy człowiecze. Pod okiem ojca awangardzisty, trochę rozwichrzonego artysty i otwartego intelektualisty, wyrósł reakcjonista w stanie czystym, jak z probówki, jak z karykatury w powojennych „Szpilkach”. Dziwny jest ten świat.
Andrzej BYCHOWSKI
Pan Andrzej był przed laty najsłynniejszym obok Bolesława Gromnickiego parodystą. Po latach pojawił się jeszcze trzeci utalentowany zawodowiec w tej kategorii, Waldemar Ochnia, ale jego aktywność trwała znacznie krócej. Ta forma dziś praktycznie na scenach estradowych nie występuje, do tego stopnia, że prawdopodobnie wielu młodych widzów nawet o niej nie słyszało. Pana Andrzeja zapamiętałem bardzo dobrze z czasów dzieciństwa i młodości, gdy często pojawiał się w telewizji (lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte). Pan Andrzej wcielał się głosowo w parodiowane przez siebie postacie w sposób fenomenalny, taki że można było udusić się ze śmiechu. Naśladował je w sposób łudząco imitujący ich głos. Nie mniej cudownie naśladował n.p. radzieckiego telegrafistę, który próbuje nawiązać łączność przebijając się przez kakofonię charakterystycznych dźwięków-zakłóceń radiowych. Dźwięki naśladował tak, jakby rzeczywiście wydobywały się z radiostacji wraz z pokręcaniem gałki. Przed epidemią od czasu do czasu spotykałem się z panem Andrzejem, już po tym, jak udzielił mi wywiadu w ogrodzie przy jego domu na dalekiej Pradze Południe. Kiedyś zaprowadził mnie na Saską Kępę, na uliczkę przy której mieszkał w czasie okupacji jako chłopiec. Przywoływał swoje wspomnienia z okresu powstania warszawskiego, gdy z balkonu domu, w którym mieszkał, widział tragicznie zakończoną próbę desantu Kościuszkowców we wrześniu 1944. Dziś z tego miejsca Wisły nie da się zobaczyć, ale w tamtym czasie, przy ówczesnej zabudowie i ukształtowaniu terenu, było to możliwe. Ostatnimi czasy te wspomnienia uczyniły zresztą z pana Andrzeja społecznika. Przez pewien czas opiekował się pustym cokołem pomnika generała Zygmunta Berlinga, po barbarzyńskim zniszczeniu jego figury przez „nieznanych sprawców”. Chałupniczymi metodami konserwował pan Andrzej napisy na cokole, przynosił kwiaty, zapalał znicze. Kilka razy był indagowany przez podejrzanych typów, którzy interesowali się tym, co robił, zbliżali się do niego i szyderczo pozdrawiali, ale pojawiali się też tacy, którzy czynili nieprzyjazne gesty. Pamiętam jego wzburzenie, gdy bodaj w grudniu 2019 roku zadzwonił do mnie z informacją, że barbarzyńcy, tym razem już w tzw. „majestacie prawa”, dopełnili ostatecznie dzieła zniszczenia, dokonując rozbiórki cokołu. Pan Andrzej, niezwykle utalentowany aktor i artysta estradowy, choć powinien mi się kojarzyć tylko z miłymi wrażeniami, z humorem i dowcipem, kojarzy mi się więc także niestety ze sprawami dramatycznymi i przykrymi. Jednak niemal przy każdym naszym spotkaniu pan Andrzej obdarzał mnie spontanicznie jakąś znakomitą próbką swojego parodystycznego talentu, rozśmieszając mnie i rozjaśniając humorem mroki niewesołych tematów naszych rozmów. Gorzki nieco paradoks dzisiejszego życia pana Andrzeja polega na tym, że zamiast oddawać się słodkim, wesołym wspomnieniom o swoich dawnych estradowych dokonaniach, zaangażował się w sprawę szlachetną, ale trudną w dzisiejszej Polsce do obrony. Zniszczenie pomnika pan Andrzej bardzo boleśnie przeżył. Próbowałem go wspomóc, także jako dziennikarz, przeprowadzając z nim wywiad, informując o niektórych jego działaniach, składając w pałacu Mostowskich zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa zniszczenia pomnika, ale mimo upływu już ponad dwóch lat, nie otrzymałem, także jako przedstawiciel „Dziennika Trybuna”, żadnej konkretnej odpowiedzi od policji. Jest pan Andrzej w tej sprawie niczym Don Kichot walczący z wiatrakami, a jego determinacja w obronie dobrego imienia generała Berlinga – godna uznania i nawet nieco wzruszająca. Lubię rozmawiać z panem Andrzejem, bo jest barwnym i dosadnym narratorem, robi to przy tym dowcipnie jako człowiek dowcipny i zawodowy satyryk. Napisał bogato ilustrowane wspomnienia z czasów swojej aktywności zawodowej, ale z tego co wiem, ich wydanie książkowe się nie szykuje, a szkoda, bo są bardzo ciekawe, barwne i cenne także jako kawał historii polskiej kultury popularnej, której pan Andrzej był wybitnym przedstawicielem i prawdziwą gwiazdą.
Marian CEBULSKI
Marian, który niedawno zmarł przeżywszy przeszło dziewięćdziesiąt lat, był jako wieloletni aktor Teatru imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie żywą częścią artystycznej legendy miasta pod Wawelem. Spotkaliśmy się jesiennym wieczorem w jednej z kawiarni położonych na obrzeżach Rynku Głównego. Od razu skrócił dystans „na ty”, mimo dzielącej nas ogromnej różnicy wieku. No i bardzo dowcipny. Od razu postawił mi, do filiżanki kawy, kieliszek wódki, a kiedy po skonsumowaniu trunku zaproponowałem mu rewanż w postaci drugiego kieliszka zapytał: „Ty chyba jakimś alkoholikiem jesteś?”. Po tym wieczorze popadliśmy w miłą zażyłość i kilka razy spotykaliśmy się, gdy zaglądałem do Krakowa. Marian był istną kopalnią krakowskich anegdot i opowieści. Wspominał, jak znalazł się na krótko w charakterze więźnia w obozie niemieckim w Płaszowie i nie tylko naocznie widział, ale też musiał wysłuchać okrutnej mowy komendanta, „demonicznego” esesmana Amona Goetha. Dość zabawna była anegdota związana z postacią jego kolegi z powojennego, krakowskiego Studia Iwo Galla, kształcącego aktorów – Tadeusza Łomnickiego. Otóż w 1990 roku, po latach niewidzenia się, mieli się spotkać na planie realizacji przedstawienia Teatru Telewizji, „Szalbierza” György Spiro, widowisku o Wojciechu Bogusławskim, w którym Łomnicki grał wielkiego twórcę polskiej sceny, a Marian rosyjskiego cenzora. Młody reżyser Tomasz Wiszniewski był bardzo stremowany faktem pracy z wielkim „Łomem”. Marian stawił się na plan odpowiednio wcześnie, ale okazało się że Łomnicki miał się sporo spóźnić. Gdy Wiszniewski poinformował o tym Mariana, ten udając oburzenie i złość powiedział, że w takim razie on nie będzie czekał na pojawienie się partnera. Gdy Wiszniewski, prawie płacząc, prosił go, żeby został, żeby był wyrozumiały bo tu przecież z wielkim Łomnickim sprawa, Marian jeszcze „podkręcił” swoje oburzenie i irytację wołając: „A co mnie obchodzi jakiś pan Łomnicki, ja tu jestem pan Cebulski i życzę sobie, żeby się pan Łomnicki pojawił o czasie, bo inaczej sobie pójdę”. Zdruzgotany i roztrzęsiony Wiszniewski zadzwonił do „Łoma” i przekazał mu słowa Cebulskiego. Łomnicki niebawem się pojawił. „Wyściskaliśmy się jako starzy kumple i wyśmialiśmy z tego teatrum jakie odwaliłem” – spuentował opowieść Marian. Jednak najbardziej podobała mi się inna jego anegdota, istny materiał na komedię okupacyjną. Był rok 1944 i działał Krakowski Teatr Podziemny, w którym jednym z kolegów Mariana był Adam Mularczyk, aktor o komiczno-demonicznej powierzchowności, przez masowa widownię najbardziej zapamiętany w roli taksówkarza w komedii „Nie lubię poniedziałku”, który z gumą w dłoni ściga Bączka z Mielęcina powtarzając co rusz powiedzonko „kurka wodna”. Mularczyk, poza teatrem, zajmował się w czasie okupacji handlem, także z Niemcami. Jako człowiek pełen dezynwoltury i beztroski, któregoś dnia umówił się z pewnym niemieckim mundurowym na zawarcie interesu akurat w magazynie, w którym konspiracyjny teatr wystawiał przedstawienie i to o godzinie, w której spektakl się rozpoczynał. Publiczność się zebrała, a wśród niej usiadł niemiecki mundurowy. I na widowni i na scenie zapanowała atmosfera grozy i konsternacji, ale nikt nie wykonywał żadnych ruchów uważając że i tak wszystko stracone – byli przekonani, że Niemcy zdekonspirowali teatr. „Kiedy wyszedłem na scenę i zobaczyłem na widowni Niemca w mundurze Wehrmachtu, zmartwiałem ze zgrozy – opowiadał Marian – W wyobraźni widziałem już, jak za chwilę pojawi się tu więcej Niemców, gestapo i wszystkich nas wyaresztują, a potem rozstrzelają albo wywiozą do Oświęcimia. Dograliśmy do końca i nagle widzimy, jak do Niemca schodzi ze sceny Adam, wita się z nim, rozmawiają swobodnie, śmieją się, wypijają po kielichu bimbru, po czym Niemiec żegna się i wychodzi. Rzuciłem się do Adama, prawie chciałem go pobić, ale on mnie uspokoił, że nic nie będzie, że robi z tym Niemiachem interesy od dawna. I rzeczywiście nic się nie stało. Wprawdzie od następnego razu nie graliśmy już w tym miejscu, ale przecież gdyby Niemiec doniósł na gestapo, to by nas wyłapali, a do końca okupacji nic się nie stało. Może nie zorientował się, w czym uczestniczy, a może nie był krwiożerczy, chciał spokojnie żyć, nie zamierzał robić afery i miał w dupie polski konspiracyjny teatr.
C.d.n.






