Dom jak szkatułka
Początek roku to czas rozliczeń z sobą i światem, czas wielkich planów, ale także czas wspomnień. Powracamy myślą do tych, którzy odeszli już dawno lub przed chwilą.
Wspominamy uśmiechy, które lekko wyblakły na pożółkłych zdjęciach, słowa, które zapadły nam głęboko w duszę i słowa, których nie zdążyliśmy komuś powiedzieć.
Dobrze, że te wspomnienia napływają, bo one sprawiają, że ludzie, którzy umarli, nie zapadają w pustkę, nie rozpływają się w nicości. Żyją tak długo, jak długo żyje pamięć o nich. Chciałabym więc przypomnieć, przywołać na chwilę niektórych z nich.
Dzisiaj przypominam Jerzego Szatkowskiego
Moja znajomość z Jerzym Szatkowskim zaczęła się dość nietypowo na nadbałtyckiej plaży. Spędzałam wakacje w Łebie i nagle zadzwoniła moja komórka. Lekko drżącym i zachrypniętym głosem Jerzy przedstawił się i powiedział, że dostał mój numer od Jurka Grupińskiego, bo chciał prosić mnie o wiersze do Okolicy Poetów. Oczywiście znałam ten kwartalnik i wiedziałam, kim jest Szatkowski, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, by wysłać mu wiersze. A jednak on sam mnie znalazł. I wtedy zaczęliśmy rozmawiać. O poezji, o ludziach, o wszystkim. Rozmowa była dość długa i… jednak za krótka. Umówiliśmy się więc, że nie będę wysyłać mu wierszy, tylko po powrocie z wakacji przywiozę je osobiście do Antoniewa (w powiecie wągrowieckim), gdzie poeta mieszkał. Tak też zrobiłam.
Po powrocie do Poznania, razem z moją przyjaciółką Anią, pojechałyśmy z wizytą. Trochę pobłądziłyśmy, ale dałyśmy radę, trafiłyśmy, kierowane wskazówkami Jerzego przez telefon. Ania, której jedynym łącznikiem z poezją jestem ja, zapowiedziała, że będziemy tam pół godzinki, no, może godzina, i wracamy. Spędziłyśmy u Jurka ponad osiem godzin. Już w pierwszym momencie, po otwarciu drzwi, doznałam szoku. Stał przede mną chudy, zarośnięty leśny dziadunio, ze zmierzwioną siwą brodą, jak z rosyjskich bajek.
Przywitał nas obie bardzo serdecznie i zaprosił do środka. Po wejściu do mieszkania oniemiałam. Jego dom przypominał sen szalonego kolekcjonera. Na ścianach wisiało wszystko, co można sobie tylko wyobrazić a nawet dużo więcej, wszystko, czego nikt inny na ścianie by nie powiesił. Oprócz fotografii, których były setki (później znalazły się tam także moje), wisiały podkowy, klucze, klamki, dziesiątki żeliwnych drzwiczek zdobiących niegdyś stare kaflowe piece, pamiątki, drobiazgi, kalendarze… Trudno było to wszystko ogarnąć wzrokiem i umysłem. Na szafkach, stole, biurku i we wszystkich możliwych miejscach stały – leżały kamienie. Niby zwyczajne polne kamienie, ale każdy z nich miał twarz, spoglądał malowanymi oczami spod rzęs, witał malowanym uśmiechem. Już w tym pierwszym momencie powstawał w mojej głowie wiersz:
Wśród cieni
Jerzemu Szatkowskiemu
dom jak szkatułka
pełna niespodzianek –
żeliwne drzwiczki na ścianach
nie pamiętają ciepła
kaflowego pieca
– dawno wygasł płomień
smutne oczy kamieni
spoglądają
spod malowanych rzęs
zapach książek
pożółkłych kartek
wyblakłych fotografii
i wspomnień
ilu jeszcze przyjaciół
pożegnasz cichym wierszem
ile twarzy ocalisz
od zapomnienia?
za oknem las
przywołuje cię ciszą
Usiadłam w tym zaczarowanym mieszkaniu i nie mogłam oderwać wzroku od ścian. Ale tylko do chwili, gdy Jurek, przygotowawszy herbatę (dla mnie z mlekiem), nie zaczął opowiadać. To dopiero były opowieści! O ludziach – legendach, takich jak Edward Stachura, Ryszard Milczewski Bruno, Andrzej Babiński czy Witek Różański, a także o ludziach , którzy do teraz żyją obok mnie, których często spotykam. Niektórych wspominał z miłością i nostalgią, niektórych z gniewem i żalem. Okazało się, że znał doskonale całe nasze literackie środowisko, pomimo że rzadko opuszczał swój dom, szczególnie w ostatnich latach. Ale poeci jak ćmy do płomienia zlatywali się do Antoniewa, dzieląc się swoją twórczością, informacjami i plotkami. Wiedział naprawdę bardzo dużo, i umiał o tym mówić. Gdy po wypiciu herbaty przeszliśmy do szampana, rozmowa rozwijała się coraz lepiej. Nawet Ania, która nie znając ludzi, o których mówiliśmy, nie brała raczej udziału w dyskusji, siedziała zasłuchana. Nie poganiała mnie już, nie przypominała, że miałyśmy jechać za godzinę do Poznania. Ta niekończąca się opowieść trwała długo, za oknami zaczął zapadać zmierzch, a my ciągle gadaliśmy, gadaliśmy…
Wreszcie zaczęłyśmy się zbierać do odjazdu, ale musiałam obiecać, że wkrótce przyjadę. I dotrzymałam słowa. Przyjeżdżałam tam dość często, ale zawsze moja wizyta trwała za krótko, by porozmawiać o wszystkim. Ten zamknięty w swoim azylu poeta był jak niewyczerpana studnia wiadomości. Dowiedziałam się dużo, czasem nawet o wiele więcej, niż bym chciała. Te opowieści sprawiły, że zaczęłam na wielu ludzi wokół siebie patrzeć zupełnie inaczej, poznawać ich ciemniejszą stronę.
Gadanie
Jerzemu Szatkowskiemu
lubię te nasze rozmowy
zawsze za krótkie
zawsze niedokończone
pośród cieni
które wciąż tu żyją
wskrzeszasz tamten czas i ludzi
których nie zdążyłam poznać
opowiadasz
i nie jest ważne
czy częstujesz mnie szampanem
czy herbatą z mlekiem
ważne są tylko słowa
krążące pomiędzy nami
zasłuchane kamienie
szeroko otwierają oczy
Jurek był wspaniałym gawędziarzem, ilustrował swoje opowieści fotografiami, dokumentami, listami. Niektóre interesujące, unikalne materiały pożyczył mi nawet, bym mogła je sobie skserować. Dał mi też kilka swoich książek. Często prosił mnie o recenzje do Okolicy Poetów. Nie o recenzje swoich książek, ale książek swoich przyjaciół, Babińskiego, Różańskiego i innych. Były to wielkie wyzwania, szczególnie pisanie recenzji tomiku Andrzeja Babińskiego „Uwierzenie moje” było dla mnie dość trudne i wyczerpujące.
W wielu numerach redagowanego i wydawanego przez Szatkowskiego czasopisma pojawiały się oprócz recenzji moje wiersze, wraz z portretami rysowanymi przez Zbyszka Ikonę Kresowatego. Jerzy lubił i cenił moją poezję. W 2013 roku otrzymałam symboliczną nagrodę Ryszarda Milczewskiego-Bruno w dziedzinie poezji, przyznawaną corocznie przez Okolicę Poetów.
Wielką przyjemność sprawiło mi napisanie do czasopisma recenzji, o którą wcale mnie nie prosił. Myślę o poemacie Szatkowskiego „Triada dla Iwony czyli cyklamen (prawdosłowny)”. Jurek opowiedział mi trochę o Iwonie, swojej żonie, i o genezie powstania książki. To piękna opowieść o miłości, ale pisana niesamowitym językiem. Oprócz łączników niewiele jest słów, które nie byłyby nazwami roślin, a te pozostałe są wymyślonymi przez autora neologizmami. Mimo tak dziwnego doboru słów poemat jest hymnem miłosnym i krzykiem tęsknoty, zatytułowałam więc recenzję „Kwiaty dla jedynej”. Jerzy powiedział, że doskonale zrozumiałam, co chciał przekazać czytelnikom. Włączył moją recenzję do nowego wydania tej książki w 2014 roku.
Zbiór wierszy „Triada dla Iwony – cyklamen /prawdosłowny/” Jerzego Szatkowskiego jest najbardziej niezwykłym i najpiękniejszym bukietem, jaki mogłaby sobie wymarzyć kobieta. Wiadomo przecież, że każda niewiasta, bez względu na wiek, zawód, przynależność partyjną czy wyznawaną wiarę uwielbia otrzymywać od mężczyzny kwiaty. Zawsze. Na jakąkolwiek okazję i bez okazji. Bez okazji nawet bardziej. Bo wtedy wiadomo, że ofiarowane kwiaty pochodzą z potrzeby serca mężczyzny, z nieuświadomionego czasem odruchu… I taki właśnie serdeczny bukiet ofiarowuje poeta swojej żonie, Iwonie Szatkowskiej. Co najciekawsze, w tych wierszach poeta układa bukiety z kwiatów, drzew i ziół. Prawie wszystkie zawarte w strofach wyrazy to nazwy roślin, z rzadka tylko przetykane spójnikami, jakimś czasownikiem lub zaimkiem. Bo takie było zamierzenie autora, stąd podtytuły „Do zielnika Iwy” i „Z zielnika Iwy”. Szatkowski znany jest z tego, że tworzy wciąż nowe, coraz dziwniejsze słowa jego neologizmy nie mają sobie równych. Przetwarza, przepoczwarza je, twórczy proces lingwistyczny jest dla niego zabawą i najważniejszym celem. Żywosłowi. Sadzi nowe słowa jak kwiaty w ogrodzie. Jednak tym poematem przerósł samego siebie. Ogród stworzony dla Iwony kwitnie, rozrasta się bujnie, rozprzestrzenia… Są w nim wiersze zbierane na łąkach natchnienia przez wiele lat. Pierwsze utwory powstały w roku 1962, gdy Jerzy, zakochany w młodziutkiej Iwonie, pragnął ją omotać słowami, wierszami, kwiatami… Dopiero marzył o tym, by uczynić ją swą żoną, „żoniwą” ukochaną. To pierwsza część Triady „Do zielnika Iwy – Pisonia (Jawnostka) przedślubna”. W tej części zawarł poeta cały swój zachwyt, miłosne oszołomienie, pierwsze uniesienia i szaleństwa: skorom Ją o pierwiosnku ujrzał – marunną / czarnuszkę – angelicą barbarkę – c u d! / – jak ta pierwsza: / panienka malina, w jednej osobie – zmienka, /zwodnica wyniosła pysznogłówka pięknotka /-/ to… artyszok! Oczar / mnie ogarnął! – poczuł żem się… szczęślin! – / rajski ptak! – co… k l u c z y k i do… /gwiazdnika lub serduszka znalazł /-/
Cóż za cudowne odzwierciedlenie uczuć za pomocą kwiatów! Jakaż kobieta mogłaby się oprzeć takim wyznaniom, takiej sile miłości i takiej subtelności? To przecież jak namiętne kochanie się w jedwabnej pościeli zasypanej płatkami pachnących róż i fiołków. Poeta oddaje swej wybrance całego siebie, swoje ciało, myśli, swój talent: o, tulipanno! – krasnolica lubaszko! – /tak chciałbym bardzo podkolan Twój być! / Stokłosy pod stopy jak rozchodnik słać / a, jako żem… serdecznik, szczodrzyn / … / – przeto złożyłbym / Ci w darze: różeniec wawrzyn najszlachetny / k a d z i d ł o z ł o t o k a p m i r t / … / a nawet / /pychawiec?,/narcyz poeticus?/: tę… / iskierkę bożą która we mnie jest /-/ też!
Oddając wszystko swej Iwonie, pozostawał poeta nagi i bezbronny, zdany na łaskę swej wybranki. Bez niej przestawał nawet być mężczyzną: chociażem twardziak tęgoskór, / to mi bez Ciebie „Jobowe łzy”… / . przepad i zwiąd / żaden żywiec, jeno: dzwonek / kropidło i kosaciec żałobny na amen
Trzeba prawdziwej odwagi, by tak szczerze przyznać się do męskiej słabości, do całkowitego oddania się tej jednej jedynej kobiecie. Ale trafił wtedy Szatkowski na kobietę, która doceniła jego wysiłki, jego oddanie i miłość. Pełne dziwnych metafor wiersze trafiły na dobrą glebę i rozkwitły, wypiękniały jeszcze. Kobieta o ogromnej wrażliwości i wielkim sercu przyjęła ten ofiarowany jej ogród z radością i zrozumieniem. Mógł więc Jerzy Szatkowski w 1964 roku pisać drugą część swego zielnego poematu zatytułowaną ”Do zielnika Iwy – Żoniwy mojej przypisek”. Własna już, poślubiona i „należąca” prawnie do poety żony nie przestała być jego muzą, jego najukochańszą kobietą. Nadal pragnął złożyć u jej stóp cały świat, wszystkie kwiaty i wszystkie swoje wiersze. Dalej więc „żywosłowił” o swej miłości w metaforach barwnych jak kwiaty, ostrych jak kolce róż i przyczepnych jak ostowe rzepy. Uczłowieczał te zioła i wszelką inną roślinność, całą florę wplatając w szalone wersy. Wołał swą roziwioną wierzbinę wieloimienną krzykim głośnym, rozdzierającym niebo, i szeptał umiłowaną ciecioreczkę, pierwiosnkę w przytuliach, radostkę w ckliwicach i miłonię najciszej i najtkliwiej. Nie przestawał obsypywać jej klejnotami słów, skarbami swego serca: ja, lubczyk lubiśnik poślubnik – nadal nieśmiertelniki / Dzwonki Panny Maryi i Jej Perełki ci znoszę; dlać – /.. / do zielnika / skarbczyka – niezapominajnika/ wklejam / serduszka okazałe, …
Lecz jak tracą swój kolor i zapach najpiękniejsze kwiaty, tak i lubczyk Jerzego zaczął tracić z czasem swą moc:drzewiej – ja – zagorzałek marzymłodek podbaldaszkowy / dziewięćsił żem ci był; wyrwitaniec, łomikamień, gnojnik / głowacz i czartopłoch szablak jeszcze! A dzisiaj, języcznik / zwyczajny / … / zwiesinosek zwykły… pokrzyk krzywousty /-/ stąd… wielki oszloch we mnie, i… mrzygłód /-/
Powiędły kwiaty i słowa w ogrodzie miłości, zwiędła szalona miłość… Postarzał się żywosłowny poeta – ogrodnik, siwiec, starzec popielny, przegorzan z trudem znoszący samotność. Jeszcze we wspomnieniach kwitnie mu biała ślubojawka niewinna lilijka i wtedy woła znów: Iwo Żoniwo – skrzypaczko wszechstrunna / – smagliczko, ładniczko / – miłowonko, słodliwko / Iwo Żoniwo – sercówko miłosna; ale kończy ze smutkiem: w marzeniachś mi już tylko.
Samotnotność wypełnioną wspomnieniami zamknął Szatkowski w trzeciej, pisanej w 1972 roku części poematu, którą nazwał „Z zielnika Iwy – Żoniwy mojej – Spowiedź”. W spowiedzi tej przyznaje: prawda: w żywotniku mam osty, ciernie, skazy /-/ … / kielisznik flaszowiec: leniec, obrzydlec,/ niemodlin; więcej: gałgant, wężymord, żmijowiec/… / gnidosz, zaraza, bagno/ oman, sromotnik, gniewosz; z samych oczu: przestęp; lecz zarazem klnie się: ja, żeniszek bywszy/ w i n n i k – po czyścu już – niczym lilak bieluń/ jasnota i śnieżyca/-/; i próbuje zrozumieć, co doprowadziło do życia wśród cieni i wspomnień, do utraty tej, której pragnął ofiarować wszystkie kwiaty świata.
Później, siedząc w fotelu w swym wypełnionym pamiątkami i fotografiami mieszkaniu, wśród szumu otaczającego dom lasu, Jerzy Szatkowski posyłał czasami swej Iwonce mały bukiecik ciepłych myśli. To jego ostatnie kwiaty dla ukochanej Żoniwy:
dobranoc, Iwonko / płonko, płoneczko / s k a r b o n k o! / Lulajkę usypiankę / kołysankę utulankę / Ci śle / wierszem/ -ten-co jeszcze / gryzie powietrze… // czuwaliczka z nami
-ślubna obrączka- / n i e r o z ł ą c z k a.
Później recenzowałam też jego wydaną w 2012 roku powieść „Epistoły”, książkę prawie biograficzną, którą mi podarował. Z niej właśnie dowiedziałam się najwięcej o samym autorze. Po przeczytaniu pytałam go, które fragmenty są pamiętnikiem, a które tylko fikcją literacką. Okazało się, że więcej było tych „z życia wziętych”.
Gdy po raz pierwszy zaczęłam czytać tę powieść, sądziłam, że odłożę ją nie dokończywszy lektury. Denerwowała mnie rozwlekła narracja, nieznośnie długie zdania, ciągnące się czasami na kilka stron, zakończone kropką, ale bez żadnych znaków przestankowych, powtórki wyrazów lub nawet całych kwestii w zdaniach. Ale po kilku minutach okazało się, że to, co początkowo wydawało się wadą książki, jest jej największą zaletą. To cudownie poetycka proza. Autor za pomocą prostych, pozornie nieudolnych sformułowań przekazuje czytelnikowi bardzo głębokie treści, wprowadza go w niezwykły świat, widziany z perspektywy wrażliwego, niewinnego nastolatka, dla którego dobro jest zawsze dobrem, a zło zawsze należy potępiać. Ten ukazany świat, nieprawdziwy trochę, złożony ze wspomnień własnych i wspomnień rodziców, dziadków, przyjaciół, rządzi się swoimi prawami, nie uznaje kompromisów i półcieni.
„Epistoły” to początkowo szkolne wypracowania, w pocie czoła odrabiane zadania domowe „na temat”, a później listy pisane do byłej Pani Wychowawczyni, polonistki. Bohater książki, Szymek, od samego początku ma problemy z przystosowaniem się do środowiska, w którym żyje. Sierota wychowywany przez ukochaną Babcię, z ogromnym bagażem okupacyjnej przeszłości, nadwrażliwy, zbyt uczciwy, inny. W szkole wyśmiewany za wszystko: za to, że jest dużo starszy od innych uczniów, „przerośnięty”, za pocerowane skarpety, za niemodną kurtkę… Za słabe pojmowanie matematyki, za niezbyt składne pisanie… Chodzi jednak do szkoły, choć jakby wbrew sobie. Robi to przede wszystkim dla Babci, której bardzo zależy na edukacji wnuka. Dla zbuntowanego, aroganckiego Szymka wielkim autorytetem jest polonistka – tylko ją obdarza zaufaniem, jej pragnie powierzyć swe najskrytsze tajemnice, tylko od niej spodziewa się odpowiedzi na dręczące go pytania.
Jest to po części pamiętnik Jerzego Szatkowskiego. W pisanych do nauczycielki tekstach zawarł autor wiele lat życia nie tylko swojego, ale i swych bliskich. Z pewnością nie wszystkie fakty są prawdziwe, to przecież książka fabularna a nie historyczna, jednak wiele w niej szczerości i rzeczywistych wydarzeń. A już na pewno prawdziwe są poglądy, przekonania autora, jego sposób patrzenia na świat i ludzi. W dziecinnych trochę listach autor odkrywa i omawia wiele bardzo ważnych spraw. Wspominając Anulę Cabanównę pisze o przemocy domowej. O biciu dzieci, głodzeniu ich, braku opieki, okrucieństwie, wreszcie o kazirodczym gwałcie na nieletniej córce. Pisze o tym w sposób bezpośredni, relacjonując tylko zdarzenia, ale ta spokojna relacja czyni je jeszcze bardziej wstrząsającymi: „Biedna Anula. Nie dość że ta przeklęta pała to jeszcze rżnięcie na rzyć od ojca…. A stare Cabanisko bezwstydnik obskurny … w rzadkich chwilach trzeźwości zabiera się za jak sam to mówi dobre wychowanie swoich Cabaniątek pydą tylko i głosem który żadnym słowem ale wyciem charczeniem i bełkotem jest. Bije bez opamiętania nie patrzy nawet czy chłopak czy dziewczynka uderza gdzie popadnie. Strasznie mi żal Anuli właśnie…. jak lanie dostanie to nie zakwili nawet i ani łezki nie popuści tylko z bólu siusiu.”
Bardzo często fakty są bardzo zmieszane, nachodzą jedne na drugie, tak jak snują się myśli w głowie, niekontrolowane, wymykające się ciągle gdzieś w różne strony. Opowieść o bitej przez ojca Anuli przechodzi w rozważania o patriotycznych pieśniach, które śpiewał Dziadek lub w opowieść o bohaterskich czynach polskiej młodzieży podczas wojny. Lecz wszystko to pełne jest gorzkiej prawdy, którą pisarz chce przekazać czytelnikowi: „Bo jak już napisałem dla mnie liczy się treść a tu aż gęsto od treści właśnie. I to jakiej. Samo życie. I co najważniejsze gęsto w tej treści od mojej prawdy którą nieraz trzeba wykrzyczeć aż do bólu nie zważając na konsekwencje. Tak robię i tak będzie do końca. Do ostatniej jak dociągnę kropki. Bo każda może być ostatnią. Nawet ta którą przed chwilą chwileczką postawiłem. Nikt nie zna dnia ani godziny.”. Pisząc swą prawdę autor nieraz używa niecenzuralnych wyrazów. Lecz choć jestem przeciwna wszelkim wulgaryzmom w literaturze, w tej książce nie rażą mnie one. Nie są bowiem używane po to, by czytelnika zaszokować, zniesmaczyć, lecz tak naturalnie przenikają do pisanych treści że prawie się ich nie zauważa. Zresztą sam autor nie pochwala wulgarnych słów i tłumaczy się: „O brzydkich wyrazach coś już tu pisałem. Powtarzam nie ma w życiu bez takich wyrazów. One już tu w tym moim pisaniu padły. Pojawiły się. Jasne. Obok brzydkich wyrazów są jeszcze wyrazy obrzydliwe wulgarne. A wyrazy brzydkie i wyrazy wulgarne i wyjątkowo obrzydliwe w ustach dzieciaka czy nie daj boże dziewczynki to już naprawdę coś okropnego. A taki właśnie wyjątkowo wulgarny wyraz pojawia się tu po raz pierwszy…”. Używa więc Szatkowski czasem tych „wyrazów obrzydliwie wulgarnych”, lecz pomimo tego jest w jego opowieści czystość i niewinność, i prawda szczera aż do bólu. Bo autor brzydzi się kłamstwem. Uważa je nie tylko za przywarę, ale wprost za chorobę, kalectwo: „Bo ja uważam że człowiek który kłamie albo przemilcza prawdę to też kaleką jest. Z wyboru. Z konieczności. Z różnych innych względów. Ale zawsze. I nawet gdyby prawda czy kłamstwo nigdy nie wyszły na jaw to pozostając w sumieniu czyniłyby z kłamcy czy prawdokrywcy kalekę. I co z tego że byłoby to kalectwo ukryte albo tylko wstydliwie maskowany znak szczególny.”.
Opowiada na przykład o życiu biednych dzieci, które każdą przyjemność musiały opłacać ciężką pracą: „Cyrk. Wesołe miasteczko. To dopiero było wydarzenie… Karuzela. Pamiętam. Nigdy nie zapomnę… Było bo tak że przejażdżkę karuzelą można było odpracować na kieracie. I to się cholera nazywało za darmo. To było istne piekło. Nie dla słabeuszy. Tu lały się przysłowiowe siódme poty i nie tylko. Zrzucało się ciuchy i w samych gaciach stawało się przy kieracie. Ósemka chłopaków podrostków. Trzy tury pod rząd. Mordęga… W kieracie. Gdzie gorąco i okropnie duszno. A spod bosych stóp buchają kłęby gęstego kurzu i pyłu wciskającego się w oczy i szeroko najszerzej otwarte usta łapiące powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Ale pcha się te drągi do przodu czyli w kółko. Z całych sił. Zdarza się że ktoś straci przytomność. Ale chętnych na przejażdżkę wiadomo już za darmochę nigdy nie brakuje. Stoją nawet w kolejce… Więc żeby za to cholerne za darmo przejechać się karuzelą to z kieratu wychodziło się na chwiejnych obolałych a nawet nadwerężonych nogach. I nie tylko nogach zresztą.”
Przedstawia też w bardzo ciepły sposób portret prostytutki z małego miasteczka, którą ludzie szanowali, bo była piękna i dobra, niosła ludziom radość. No, może kobiety nie bardzo ją lubiły, ale nikt złego słowa na nią nie powiedział. Bo miała zasady swoje niezłomne i honorowa była. Kochała dzieci, obdarowywała je zawsze słodyczami. Swoich dzieci po nieudanej operacji nie miała. „Jak Panna Emilka Piękna opowiadała o tym to aż się płaczem zanosiła i łzy rozmazywały jej tusz na rzęsach ale nawet wtedy była piękna przepiękna Panna Emilka Piękna. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać że ona Panna Emilka Piękna była panienką lekkich obyczajów z zasadami których się trzymała twardo. Bez wyjątku w regule. Przykład. Jak przyuważyła klienta z krzyżykiem albo medalikiem na piersi to go z mety odprawiała z kwitkiem raz na zawsze. Bez szansy na ewentualne drugie podejście już bez krzyżyka albo medalika. Ale i też Panna Emilka Piękna na swój sposób patriotką była nad wyraz odważną bardzo. Okupantom tylko nie dawała. Zgodnie z porzekadłem nie dla psa kiełbasa… I słusznie. A to już naprawdę szalona odwaga. I godność. I honor… Ostatnim słowem panienka lekkich obyczajów z zasadami. Pełny szacunek.”. Nie potępia więc autor panienki za jej profesję, tylko szanuje za charakter, patriotyzm i zasady.
Bardzo obrazowo opisuje Szatkowski warunki panujące w zakładzie wychowawczym/poprawczym, gdzie widok z okna pocięty jest grubymi kratownicami, szef jest tyranem i władcą absolutnym , a współtowarzysze niedoli potrafią być bardziej okrutni niż najgorsi wrogowie. Gdzie straszna jest bezosobowość, unifikacja zamkniętych tam młodych ludzi i ich otoczenia: „ Tu gdzie wszystko jednakowe i podobne do siebie jak dwie łzy albo jak nadzy z tyłu bo przecież w każdym oknie te same kraty i wyra też i nasze lumpy od skarpet do gaci włącznie i nawet kubki i talerze identyko i tak dalej na co tylko spojrzeć…”. A co najgorsze, najtrudniejsze do zniesienia to zamknięcie, brak wolności. Tęsknota za rozległymi przestrzeniami, gdy zadowolić się trzeba kilkoma metrami kwadratowymi, w dodatku dzielonymi z innymi ludźmi, bardzo różnymi, często zupełnie do siebie nie pasującymi. Tę niezmierną tęsknotę za wolnością ukazał autor w bardzo ciekawy sposób – nie jako płaczliwe narzekanie, lecz jako doskonały opis szalejącego żywiołu, który dostarczyć mógł choć przez chwilę świeżego powiewu: „...w nocy to ja długo zasnąć nie mogłem. W przestworze przewalała się wichura iście taka o której mówią że ktoś się powiesił ale jak o tym nie myśleć tylko tak z zamkniętymi oczami wsłuchać się to albo w oszalały zachwyt albo też w paniczną trwogę wpaść. Bo też wszystko w niej jest co tylko zobaczyć czy usłyszeć pragniesz razem z duchem samej wichury i duszami wszystkich wisielców którzy ją rozpęta liże teraz nieokiełznana bez kagańca naga i wyzywająca urąga wszystkim i wszystkiemu i w samej sobie się zatraca bez opamiętania. Ja cały rozdygotany byłem. I serce rąbało w pręty żeber jak duch wichury w na palec grubą kratownicę w oknie. Ja taki mały znikomy nędzny jak drobina kurzu pod kopytem ogiera tęskniłem za tą wolną przestrzenią za oknem a duch wichury taki olbrzymi potężny i mocarny jakby jakby mu wszystkiego mało jeszcze w zachłannej zazdrości zawładnąć chciał tą nisko sklepioną ciasną i wiecznie śmierdzącą salką. I kiedy tak do szyb dobijał się …podniosłem się z łoża. Otworzyłem okno i wpuściłem go do siebie. A on obdarował mnie masą świeżego powietrza. Mnie i wszystkich w tej salce w głębokim śnie oddychających.”. Zamknięci w zakładzie poprawczym młodzi mężczyźni tęsknili równie mocno za kobietami, za miłością. Bardzo piękny i romantyczny jest opis miłosnej tęsknoty: „ z tą z którą kochał się na śniegu wśród nagrobków i w pełnym słońcu na piaszczystej plaży i pod nocy namiotem gwiaździstym o księżyca pełni w której się na zabój zadurzył która go zauroczyła bez reszty i którą być może nadal miłuje i po stokroć mocniej namiętniej niż przedtem bo tak ją sobie oblubienicę bardzo upodobał a której to fotografię nosi wetkniętą w serduszko odpustowego lusterka niby najdroższe pieścidełko jakieś czy też z tą o której w największym w najskrytszym sekrecie śmie marzyć tylko ale o której aż do łez piekących gorących niepowstrzymanych a skrywanych tęskni.”.
Pisze Jerzy Szatkowski w swoich „Epistołach” bardzo dużo o niesprawiedliwości, o karze za nie popełnioną winę, o wyrzutach sumienia które doprowadzić mogą prawie do obłędu. O ludzkiej złośliwości, mściwości, o niezrozumieniu człowieka przez człowieka… O śmierci niepotrzebnej czasami, spowodowanej okrucieństwem i głupotą. Przewijają się przez karty książki wady i winy, ale i dobroci też wiele, i tolerancji dla człowieczej słabości.
Pisanie prawdy nie jest łatwe. W ogóle dobre pisanie czegokolwiek przychodzi z trudem, trzeba się napracować nie tylko intelektualnie, ale i fizycznie, jak zauważa autor: „I tak sobie teraz przez tę moją prawicę bolącą myślę i od razu notuję że gdybym ja takim co książki pisze był pisarzem poetą to bym obie ręce moje w sztuce pisania wyćwiczył bo to przecież bardzo niesprawiedliwie jest żeby jedna ręka pisała aż do bólu a druga tylko sobie tak bezwstydnie aż wstyd leżała. I jedna ręka jedną stroniczkę by pisała a druga drugą i znów raz prawa raz lewa. Tylko że ja takim co książki pisze pisarzem poetą nigdy nie będę a ręce moje obie biegłe w różnych sztukach mam a jeszcze w innych ćwiczę.”.
I jeszcze jeden fragment na ten temat:: „A teraz muszę się Pani szczerze przyznać że już tym pisaniem zmęczony jestem. Nigdy nie trenowałem pisania. Kark boli. Tyłek swędzi. W głowie kręcić się zaczyna. Myśli się plączą. Litery w oczach skaczą przewracają się i nawet chwilami są jakby zamazane były. Na palcach to będę miał odciski bo już czuję pieczenie. A całą rękę i dalej aż do przedramienia zaczynają łapać skurcze. Ja jednak się do tego nie nadaję do pisania. Ale muszę przyznać teraz z doświadczenia już że takie skrobanie piórem to też jest ciężka praca fizyczna. I mam tego na długi czas dość.”.
Nie na długo Jerzy Szatkowski miał dość pisania i jeszcze niejedna jego nowa książka trafiła do czytelników. A naprawdę rzadko zdarzają się takie literackie perełki jak omawiane wyżej „Epistoły”.
Dzisiaj trudno pogodzić się z tym, że Jerzego Szatkowskiego już nie ma. Że nie zadzwoni, nie spyta, co nowego piszę, kiedy przyjadę. Jego telefon na zawsze pozostanie głuchy, jak w wierszu księdza Twardowskiego. Tak, niektórzy zbyt szybko odchodzą, choć w tym przypadku pewnie zawsze byłoby za wcześnie.
Bardzo żałuję, że już nigdy nie będę mogła o nic go spytać. Jest jeszcze tyle spraw, o których nie zdążył mi opowiedzieć, a o których chciałabym wiedzieć. Tyle niedokończonych rozmów, niewypitych herbat i zawieszonych w ciszy słów.
Jurek często mówił, że ma bardzo wielu znajomych, a bardzo niewielu żywych przyjaciół.
Mnie zaliczał, jak powiedział, do tej drugiej grupy. Powiesił na ścianie kilka moich zdjęć. Choć nie lubił się fotografować i bardzo strzegł swojej prywatności, miałam to szczęście, że pozwolił mi porobić trochę zdjęć swojego mieszkania i siebie. Mogę więc czasami, patrząc na fotografie, wracać do tamtych chwil, tamtych rozmów, czasami nawet burzliwych dyskusji, gdy nie zgadzaliśmy się w czymś.
I pomimo tego, że nigdy już nie pojadę do niego do Antoniewa, że nie usłyszę jego zachrypniętego szeptu w telefonie, pozostanie we mnie na zawsze wspomnienie samotnego poety, który żył pośród cieni w małej bajkowej szkatułce.






