Strona główna Rok 2026 Nr 603 Krzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc.1)

Krzysztof Lubczyński – Kapsułki pamięci (odc.1)

0
72
Maria Wollenberg-Kluza

Dziennikarskie zajęcia stwarzały mi przez lata szczególną okazję do interesujących spotkań z interesującymi ludźmi, ale też możliwość przeprowadzenia z nimi długich nieraz rozmów. Byli to głównie artyści (aktorzy, reżyserzy, pisarze, scenografowie etc.), uczeni, publicyści, politycy i rozmaite postacie publiczne, dawne (na ogół) i obecne (rzadziej), ludzie władzy PRL, ale i ludzie szeroko rozumianej opozycji tamtych czasów. Wywiadów tych przeprowadziłem w sumie zapewne ponad 500 (pół tysiąca, jak niektórzy dziś mawiają), w tym z blisko trzysta z aktorami i reżyserami. Niniejszy zbiór jest więc z konieczności jedynie wyborem pewnej tylko części spośród tych postaci, przy czym wybrałem te osoby i te zdarzenia, które miały w sobie potencjał anegdotyczny, humorystyczny czy sytuacyjny. A nie wszystkie, nawet bardzo interesujące spotkania miały taki potencjał. Żałuję więc, że wiele z nich musiałem pominąć, ale nie było innej możliwości. Książka nie ciasto, a nawet ciasta nie można zbyt długo rozpulchniać drożdżami. Zainteresowanych odsyłam do czterech książkowych zbiorów moich rozmów zarówno z postaciami pomieszczonymi w niniejszej książce, jak i z tymi, które się w niej niestety, z rożnych przyczyn, nie znalazły.

Moje „kapsułkowe” portrety nie są zobiektywizowanymi notkami biograficznymi o charakterze encyklopedycznym. Są zapisem moich subiektywnych wrażeń i subiektywnej pamięci, stąd na pewno niektóre z nich mogą być obarczone nieścisłościami czy błędami. Część napisana została w neutralnym tonie sprawozdawczym, część w tonacji humorystycznej, z należnym, autoironicznym dystansem do siebie. Nie wątpię, że Czytelnicy moich „kapsułek pamięci” trafnie odczytają moje intencje. Nie wątpię, że odbiorą je tak, jak należy je odebrać – niejednokrotnie jako kpinki z siebie samego i jako figlarne nieraz, paradoksalne „gierki” historycznej wyobraźni, czasem nieco szalone asocjacje, rodzące się w głowie kogoś, kto jest zafascynowany historią, fenomenem czasu historycznego oraz kulturą, a któremu los (na szczęście) powierzył rolę jedynie skromnego obserwatora. Uczyniwszy dla pewności te uwagi, pozwalam sobie zaprezentować P.T. Czytelnikom zbiór-wybór moich „kapsułek”.

I. Aktorzy, reżyserzy i niektórzy inni artyści

Bożena ADAMEK

Od lat korzystałem z każdej okazji podróży do Krakowa, by przeprowadzić wywiad, z którymś z krakowskich artystów, ludzi kultury. Tego akurat listopada 2015 trafili mi się, dzień po dniu, Adam Zagajewski i Bożena Adamek, która zaprosiła mnie do swojego domu położonego w niewielkim ogródku Borku Fałęckim. Pani Bożena była bardzo gościnna i serdeczna, podzieliła się ciekawymi wspomnieniami, choć nie należy do rozmówców hojnie i prawie bez zachęty dzielących się swoimi wspomnieniami. W mojej subiektywnej pamięci pani Bożena kojarzy mi się przede wszystkim z dwiema rolami: Julii w spektaklu telewizyjnym szekspirowskiego „Romea i Julii” w inscenizacji, dość wtedy (1974) nowatorskiej, w reżyserii Jerzego Gruzy oraz jako Bianka w „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha J. Hasa. Tę pierwszą rolę, i cały temat sztuki, czułem całym sobą, jako nastolatek przeżywający wtedy pierwsze uczuciowe drgnienia. A ponieważ z biografii pani Bożeny wiedziałem, że też jest lublinianką z pochodzenia i że zdawaliśmy maturę z nieodległych terminach, więc zapytałem ją, które liceum kończyła. Otóż było to III LO im. Unii Lubelskiej. I wtedy, nagle z zasypanych piaskiem zapomnienia pokładów pamięci, jakby skutkiem nagłego olśnienia, przypomniałem sobie: jako kilkunastoletnia uczennica, wyłoniona do tej roli jako amatorka, w drodze konkursu, zagrała Nel w przedstawieniu „W pustyni i w puszczy” w lubelskim teatrze im. Osterwy, w 1970 roku. Było to pierwsze widziane przeze mnie przedstawienie teatralne. Mój „debiut” w roli teatralnego widza.

Wojciech ALABORSKI

Choć był aktorem warszawskim, Wojciech Alaborski także nie należał do „celebrytów” swojego zawodu i zawsze pozostawał w cieniu sławniejszych kolegów. Gotów jestem założyć się, że nawet wielu widzom filmowym i teatralnym nazwisko Alaborski nic nie mówiło, a tym bardziej nie mówi dziś. Zaczynał jako amant i aktor romantyczny (m.in. Kordian), ale z wiekiem stał się aktorem poniekąd charakterystycznym, przy czym była to charakterystyczność nie plebejska, lecz inteligencka, czy może raczej mieszczańska. W jego aktorskim emploi ciekawy był kontrast między powierzchownością dość spokojną, konwencjonalną, „gładką”, a jakimś rodzajem psychologicznej drapieżności. Nie zapomnę jego wybornego epizodu w roli „personalnego” w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy, a także głównej roli w „Bestii” Jerzego Domaradzkiego (1979), gdzie ten aktor operujący zwykle w sferze emocjonalnych „stanów średnich” stworzył doskonałe studium mężczyzny ogarniętego krańcowym, obsesyjnym pożądaniem seksualnym. Był aktorem znakomitym, ale jakby przezroczystym jako tzw. postać ze środowiska, nie pamiętam innego jego wywiadu niż ten, który z nim przeprowadziłem w bufecie Teatru Polskiego w Warszawie. Także dlatego chciałem jego postać przypomnieć.

Nina ANDRYCZ

W swoim mieszkaniu przy Alejach Jerozolimskich pani Nina Andrycz przyjęła mnie jak prawdziwa królowa. Podczas spotkania w pełnym obrazów i antyków pokoju dyskretnie towarzyszyła nam elegancka pani opiekunka. Obok stolika przy którym przeprowadziłem wywiad, na szykownej komódce stała fotografia jej byłego męża, Józefa Cyrankiewicza. Pani Andrycz nie tyle udzielała mi wywiadu, ile kierowała jego przebiegiem, korygowała pytania, sama niektóre pytania stawiała, wyręczając mnie. Po spisaniu wywiadu, kilka dni później pojawiłem się u Niej ponownie z gotowym tekstem. Także autoryzacją kierowała z właściwą jej władczością, dyktowała wprost niektóre fragmenty odpowiedzi, przy czym zwracała się do mnie, już osiwiałego pana w średnim wieku, per „dziecko”. Siedziałem i słuchałem Jej jak trusia, pamiętając że mam do czynienia z legendą polskiej sceny, która zapisała się w jej dziejach już w 1936 roku rolą Solange w „Lecie z Nohant” Jarosława Iwaszkiewicza w prestiżowym wtedy w Teatrze Polskim w Warszawie

Jerzy ANTCZAK

Ogromnie cenię Jerzego Antczaka jako artystę, wybitnego reżysera. Ogromnie lubię go także jako człowieka. Jego namiętną serdeczność, żarliwość życia, jakiś rodzaj staromodnego idealizmu i romantyzmu. Sam zresztą powiedział mi w udzielonym mi kilkanaście lat temu wywiadzie, że „żyje w romantycznym świecie”. Nasze spotkanie zaowocowało miłą, przyjacielską zażyłością i kilkoma spotkaniami przy okazji przyjazdów pana Jerzego do kraju z USA, z Kalifornii, gdzie mieszkał przeszło 50 lat z żoną, wybitną aktorką, niedawno zmarłą panią Jadwigą Barańską. Przez lata utrzymywaliśmy stałą korespondencję mejlową, acz ostatnio jakoś straciłem z nim kontakt. Planowaliśmy nawet wspólną książkę-wywiad-rzekę, ale do tego nie doszło, bo pan Jerzy postanowił sam napisać swoje (drugie) wspomnienia, tym razem poświęcone aktorom (głównie), z którymi pracował. Książka ukazała się pod tytułem „Jak ja ich kochałem”. Swego czasu powiedziałem panu Jerzemu, że choć i on sam i widzowie i krytycy najbardziej z jego dzieł filmowych cenią „Noce i dnie”, to moim ulubionym jego filmem jest „Hrabina Cosel”. Lubię ten bardzo dobrze zrobiony film, dynamiczny, zwłaszcza jak na owe czasy (1968), świetnie zagrany, wystawny, sugestywny romans historyczno-przygodowy. Lubię go także dlatego, że dzięki niemu w chłopięctwie odkryłem, że poetyka kina „płaszcza i szpady” to nie tylko francuska specjalność, ale że i historia Polski też z „płaszczem i szpadą” (i falistą peruką męską) miała coś do czynienia. „Hrabina Cosel” została zresztą przez Antczaka zrealizowana w stylu pokrewnym temu gatunkowi, modnemu jeszcze wtedy we Francji („Garbus”, „Serce i szpada”, „Trzej muszkieterowie”). Ku mojemu zdziwieniu, pan Jerzy powiedział mi, że nie ma z tym filmem zbyt miłych wspomnień, głównie z powodu jakiegoś prywatnego nieporozumienia z jednym z odtwórców głównych ról. Pan Jerzy jest wspaniałym gawędziarzem i wiele takich gawęd zawarł w książce „Dni i noce mojego życia”. Ponieważ jednak poświęcona ona była głównie realizacji jego najsłynniejszego dzieła, nie ma w niej historyjki z czasów jego częstochowskiego, okupacyjnego dzieciństwa. Ponieważ jego ojciec był ważną figurą akowskiej konspiracji w Częstochowie, młody Jurek mimochodem stykał się z tą działalnością. Jak mi opowiadał, do ich domu przychodziło mnóstwo osób, często „dziwnych figur”, grano w karty, handlowano, popijano też i wszystko to – zauważył pan Jerzy – bardzo odbiegało od stereotypowego wyobrażenia o tym, jak wyglądała konspiracja, czerpanego z książek i filmów. To był „istny Grand Guignol” – spuentował pan Jerzy swoje wrażenia z tamtych czasów. Opisał mi też swoje wrażenia z makabrycznej sceny publicznego rozstrzelania przez Niemców młodej kobiety, nieopodal kościoła św. Zygmunta. Jako widz żałuję, że panu Jerzemu dane było zrobić w Polsce tak niewiele filmów, zwłaszcza w gatunku do którego miał świetną rękę, przygodowo-historycznego. Miał też jednak świetną rękę do Teatru Telewizji, w którym zrealizował m.in. – jako wielogatunkowiec – pięknego i mrocznego „Kordiana” Słowackiego, świetne spektakle humoresek Czechowa, klasykę horroru w postaci „Doktora Jekylla i pana Hyde” Stevensona , społeczno-polityczny „Notes” Skowrońskiego, czy „Cezara i Pompejusza” Montherlanta.

Erwin AXER

W ramach pobytu w Warszawie wraz lubelską reprezentacją polonistyczną olimpijską było w programie wyjście, 19 kwietnia 1977 roku, do Teatru Współczesnego na premierę „Kordiana” Juliusza Słowackiego w reżyserii dyrektora teatru Erwina Axera. Na spektakl przyszliśmy, my, lubelscy uczniowie-olimpijczycy, w towarzystwie kilku pań profesorek-polonistek. Po wejściu do teatru przy Mokotowskiej 13, na korytarzu foyer zauważyłem od razu członka Biura Politycznego i sekretarza KC PZPR, naówczas być może I sekretarza KW w Warszawie Józefa Kępę, w konwersacji z dyrektorem Axerem. Nie pamiętam czy przed spektaklem, czy w przerwie czy po jego zakończeniu zostaliśmy zaproszeni, w ramach zapewne uzgodnionego spotkania, do gabinetu dyrektora Erwina Axera. Po latach dowiedziałem się, że był on synem słynnego adwokata Maurycego Axera, obrońcy Rity Gorgonowej w jej procesie sądowym o zabójstwo. I że, urodzony w Wiedniu w roku 1917, spędził w tym mieście dzieciństwo i kawał młodości. Axer zrobił na mnie wrażenie jako niebywale wytworny, finezyjny pan, wtedy równo 60-letni, w eleganckiej marynarce i jedwabnym golfie. Poczęstował nas odrobiną koniaku w kryształowych kieliszkach i czekoladowymi gwiazdkami z eleganckiego naczynia. Pytał nas o plany co do studiów. Ja zadałem mu niezbyt mądre pytanie, dlaczego w Teatrze Współczesnym wystawił „Kordiana”, dramat przecież stary i „klasyczny”. Znać z tego, że nie miałem wtedy jeszcze nawet bladego pojęcia o tym, co znaczy „współczesność” w teatrze. Axer odpowiedział elegancko i lakonicznie, że „klasykę też trzeba wystawiać”. W trakcie rozmowy do gabinetu weszła scenografka Ewa Starowieyska, piękna i wytworna pani w długiej sukni, paląca papierosa w długiej szklanej lufce, która wyglądała jak dama z młodopolskiego portretu. W pewnym momencie w drzwiach stanął, oparłszy się o futrynę, aktor Ryszard Barycz, tzw. piękny mężczyzna odziany w sceniczny, błękitny w kolorze kontusz (grał w tym przedstawieniu) i dał mi się odznaczyć plastikową, szpilkową odznaką noworocznej edycji Olimpiady, którą wpiąłem mu w klapę.

Ryszard BACCIARELLI

Spotkałem się z nim kilka lat temu w jego mieszkaniu w bloku na Żoliborzu. Zanim zadałem mu pytanie o pochodzenie jego nazwiska, już zdążyłem zauważyć, że mam do czynienia z człowiekiem zanurzonym w tradycji kulturowej. Pokój, w którym usiedliśmy, wypełniony był obrazami, pamiątkami. Chwilę potem, widząc moje zainteresowanie wystrojem wnętrza, pan Bacciarelli zdjął ze ściany niewielki portret, przedstawiający mężczyznę w peruce i zapytał czy wiem, kto go namalował. Niestety, nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie i wtedy usłyszałem, że autorem portretu jest Jan Chrzciciel Lampi, który choć nieporównywalnie krócej niż Marcello Bacciarelli, praprapradziad pana Ryszarda, bo zaledwie trzy lata, także był malarzem nadwornym króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Rozmowa z panem Bacciarellim rozwijała się więc między tematami historycznymi, a jego życiorysem aktorskim. Uderzył mnie jego bardzo emocjonalny, sentymentalny patriotyzm, jakiego generalnie nie lubię i nie podzielam, ale u pana Bacciarellego, przy jego wieku i wytworności w obejściu, nie raził mnie, a nawet wzbudził sympatię. Podczas którychś odwiedzin w Muzeum Narodowym zobaczyłem portret Marcelego Bacciarellego i podobieństwo jego rysów do rysów aktora …

Michał BAJOR

Bezpośrednie spotkanie z nim przydarzyło mi się w Iławie na Warmii, gdzie wystąpił z niewielkim recitalem. Oczywiście bardzo cenię śpiewanie mojego rówieśnika, ale ceniłem go też bardzo jako interesującego, obiecującego aktora, m.in. w „Białym” Edwarda Żebrowskiego czy w „Medium” Jacka Koprowicza. Drogę aktorską przerwał jednak na rzecz śpiewania, a szkoda. Dlatego, gdy po koncercie wpisywał mi pamiątkową dedykację powiedziałem mu, iż żałuję że porzucił aktorstwo. Spojrzał na mnie i pomilczał wymownie.

Wowo BIELICKI

Wiosną 2011 roku w warszawskim kinie „Iluzjon” zorganizowano wieczór z okazji półwiecza rocznicy premiery filmu Janusza Morgensterna „Do widzenia, do jutra”. Pokaz cyfrowo odnowionego filmu połączony został ze spotkaniem z twórcami. W przeciwieństwie do licznie zgromadzonej publiczności, reprezentacja twórców była nieliczna. Odtwórcy głównych ról, Zbigniew Cybulski i Teresa Tuszyńska już nie żyli, a żyjący jeszcze wtedy Tadeusz Wojtych, Jacek Fedorowicz a tym bardziej Roman Polański się nie pojawili. Przy stoliku gości zasiedli tylko dwaj panowie, sam reżyser Janusz Morgenstern i jakiś inny, starszy pan, o wytwornej prezencji, którego na początku nie przedstawiono, a którego nie rozpoznałem. Najpierw zabrał głos Morgenstern, a potem przyszła kolej na towarzyszącego mu pana. Prowadzący przedstawił go jako Włodzimierza Bielickiego, który zagrał playboya, adoratora Margueritte granej przez Teresę Tuszyńską. Wtedy ze swojego miejsca zawołałem, że „to przecież pan Wowo Bielicki” i tak należy go przedstawić. Z różnych stron sali rozległy się aprobatywne głosy oraz okrzyki „Wowo, Wowo” i wtedy dopiero rozbrzmiała burza oklasków. Po spotkaniu poprosiłem pana Wowo o wywiad, na co przystał z ujmującą uprzejmością, zupełnie „niedzisiejszą”. Spotkaliśmy się kilka dni później w wyznaczonym przez pana Wowo lokalu, którym była elegancka restauracja „U kucharzy”, mieszcząca się w hotelu „Europejskim” przy Krakowskim Przedmieściu, choć weszliśmy do niej od uliczki Ossolińskich. Jestem fanatycznym, zaciekłym „antysnobem”, więc unikam takich wytwornych przybytków, czuję się w nich odrobinę niekomfortowo, ale pan Wowo wyraźnie czuł się tam jak ryba w wodzie, traktowany przez obsługę z ostentacyjnym respektem, do tego stopnia, że nawet pozwalali mu palić w lokalu, przy kontuarze, papierosy. Pan Wowo zaprosił mnie na jakiś wytworny posiłek, pasztet z czymś tam. Palił przy tym papierosa za papierosem, snując bardzo ciekawe historie. Następnym razem spotkaliśmy się w jego pracowni przy ulicy Mokotowskiej, gdzie pan Wowo wręczył mi liczący kilkaset stron komputeropis ze swoimi wspomnieniami, z prośbą o lekturę i ewentualne poczynienie jakichś poprawek czy uwag. Z przyjemnością przeczytałem interesujące wspomnienia pana Wowo z całego życia i po kilku dniach, oddałem mu materiał. Okazało się przy tym, że pan Wowo nie ma jeszcze wydawcy i specjalnie go nie poszukuje. Zorientowawszy się w moich teatralno-filmowych zainteresowaniach i dowiedziawszy się o mojej książce „Rapsodia życia i teatru”, zbiorze wywiadów z wybitnymi aktorami i reżyserami, zaprosił mnie do prowadzonej przez siebie w radiu „Wnet” cyklicznej, autorskiej audycji. Wydawało mi się trochę dziwne, że to akurat pan Wowo ma przeprowadzać wywiad radiowy ze mną, ale spotkanie przy mikrofonie było ciekawe i miłe. Potem nastąpiła przerwa w naszych kontaktach, po czym natrafiłem w prasie na nekrolog powiadamiający o zgonie pana Wowo. Niestety, nie znam losu jego wspomnień, nie wiem, czy rodzina się nimi zaopiekowała, czy może zostały wyrzucone przypadkowo na makulaturę, co mogło się przydarzyć przy sprzątaniu takiej stajni Augiasza”, jaką była jego pracownia. Mimo wszystko mam nadzieję, że pewnego dnia natrafię na nie w księgarni.

CDN

Poprzedni artykułKostka Izabella – Wiersze Giada Giordano
Następny artykułZbigniew Ikona – Kresowaty – Poetycki „rzut beretem” – kierunek Hongkong po Prize – Winning Certificate