Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
435

Bajeczne krainy Jana Marcina Szancera

Wspaniałe wydawnictwo przygotowała poznańska oficyna G&P. Ta uczta dla oczu ucieszy zarówno tych, którzy, z racji pokoleniowych, wychowali się na estetyce Jana Marcina Szancera (1902-1973), jak i dla tych, których jest coraz więcej, którzy nie mogli się na niej wychować. Należę do tych pierwszych i gdy napiszę, że wysoko cenię prace ilustracyjne Szancera, arcymistrza ilustracji książkowej, głównie, choć nie tylko w książkach dla dzieci, to nic nie napiszę. W przypadku ilustracji Szancera mogę bez obawy o nadmierną egzaltację werbalną napisać, że je uwielbiam, że mogę się w nich pławić jak w „słodyczach wschodu”, bo rysunki Szancera to dzieła sztuki i najwyższego kunsztu i niezwykle oryginalnej, niepowtarzalnej wyobraźni. Obficie, wręcz przebogato ilustrowana edycja o „Janie Marcinie Szancerze. Ambasadorze wyobraźni” jest jednocześnie jego biografią i zarazem – by tak rzec – antologią jego najwspanialszych prac, które dzięki znakomitemu poziomowi edytorskiemu „wybrzmiewają” pełnią barw, subtelności rysunku, rozmachem, wyobraźnią. O ile ze wspaniałymi ilustracjami Szancera obcowałem od wczesnego dzieciństwa, o tyle o jego biografii wiedziałem niewiele, mimo niegdysiejszej lektury jego wspomnieniowej książki „Teatr cudów”. Tamten tytuł był zresztą nieprzypadkowy, jako że Szancer był jeszcze w latach dwudziestych i trzydziestych człowiekiem teatru, jako scenograf, projektant dekoracji i kostiumów teatralnych, ale także, po 1945 roku, filmowych i telewizyjnych. Że był autorem okładek znanych pism. Nie była mu obca nawet estetyka komiksu, jako autorowi ilustracji do tygodnika komiksowego „Gazetka Miki” (1937). Bogatą biografię artystyczną, rozpoczętą studiami Akademii Sztuk Pięknych w jego rodzinnym Krakowie, pełną podróży ( w tym do Italii i jego ukochanego Paryża), poprzez losy wojenne i pełny rozwój jego talentu w okresie PRL. To Szancer zaprojektował pierwszą, historyczną okładkę pierwszego numeru (1 maja 1945) popularnego przez dziesięciolecia tygodnika dla dzieci „Świerszczyk”, to on tworzył okładki do „bratniego” „Płomyka” i „Płomyczka”.  Z opracowania biograficznego autorstwa Błażeja Kusztelskiego można dowiedzieć się mnóstwa interesujących detali biograficznych, n.p. że do pierwszych prób ilustracyjnych Jana Marcina Szancera należą sławne, wielokrotnie reprodukowane ilustracje do bajki Juliusza Słowackiego „O Janku co psom szył buty”. Zadziwia też, jak ogromnie wiele zrobił w swoim życiu człowiek tak chorowity i słaby fizycznie od dzieciństwa.

Już sam zarys biograficzny jest bogato ilustrowany, także licznymi fotografiami, natomiast czysto ilustracyjną część edycji otwiera jeden z najpopularniejszych rysunków Jana Marcina Szancera, wizerunek „Pana Kleksa” z okładki sławnej baśni Jana Brzechwy, a także szereg ilustracji z kolejnych części tego cyklu. Są ilustracje z „Przygód Jelonka Pyszałka”, „Opowiedział dzięcioł sowie”, „Szelmostw Lisa Witalisa”, „Pali się”, „Przygód króla Jegomości”, „Grzybów”, „Dziada i Baby”, baśni Andersena, „Lokomotywy” Juliana Tuwima, „Dziadka do orzechów” Hoffmana, „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, „Koniku Garbusku”, „Kocie w butach”, „Kopciuszku”, „Pinokio”,  „Ali Baby i 40 rozbójników”, „O krakowskim kocie”, a także m.in. do „Pana Tadeusza”, „Faraona”, „Trylogii”, „Bajek” i „Satyr” Ignacego Krasickiego, „Rip van Vinkle” W. Irvinga, „Tartarena z Tarasconu” A. Daudeta, „Chłopców ze Starówki” i „Króla Agisa” H. Rudnickiej, jak również do edycji poświęconych Paryżowi („Pamiętnik kota Rybołówcy”) czy Krakowowi („Krakowskie abecadło”) i wielu, wielu innych. Zanurzenie się w tym wspaniałym albumie to wspaniała estetyczna uczta dla każdego, a okazja do sentymentalnych wspomnień z dzieciństwa dla wielu.

Jan Marcin Szancer. Ambasador Wyobraźni. Biografia artysty”, Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 2019, str. 285, 978-83-7272-357-4


Nie o kinie, choć o Lublinie w II RP

„W przedwojennym Lublinie czuło się samotność miasta przysiadłego nad łąkami, słychać było echa i szepty 600-letnich dziejów, turkot furmanek i bicie dzwonów z 30 kościołów”. W mieście rozbrzmiewały hejnał z Bramy Krakowskiej i strzelające korki szampanów w resursach i kasynie oficerskim. Była bieda i bogactwo, medale za sieczkarnie i młockarnie, vetterowskie piwo i słód. Lublin miał szyk i urodę lublinianek, dzielność lubelskich pilotów, smak cebularzy i makagigów, moc koniaku Carcheu, chłopskiej wódki i babskiej malinówki. Na Podzamczu i Wieniawie słychać było nieustanny izraelicki gwar, a za zamkniętymi bramami na Starym Mieście rosło ciasto chlebowe. Mieszkańcy fascynowali się Ordonką i Smosarską, poeta Łobodowski bezlitośnie krytykował nogi Marleny Dietrich w swoich recenzjach filmowych. Arnsztajnowa i Czechowicz przeobrazili tamtą metropolię – miasto starych kamienic – w poemat o nim samym” – czytamy we wstępie do albumu Marty Denys o „Lublinie między wojnami”, opowieści o życiu miasta w latach 1918-1939.

Przypominam sobie co jeszcze zostało z tego przedwojennego w Lublina w moim rodzinnym Lublinie lat sześćdziesiątych, czyli latach mojego dzieciństwa. Na pewno nie Marlena Dietrich, koniak Carcheu czy dzielni piloci. Jednak jeszcze z mojego najwcześniejszego dzieciństwa, przełom lat 50-tych i 60-tych oraz następnych, pamiętam obfitość podmokłych łąk w mieście i poza nim, smak cebularzy, turkot furmanek i dorożek wraz z kląskaniem podkutych kopyt końskich (tych pojazdów w latach sześćdziesiątych było jeszcze w Lublinie mnóstwo), który pozostał w mojej pamięci jako jeden z najbardziej charakterystycznych dźwięków dzieciństwa. Dzwony z kościołów też biją, tym bardziej że dziś jest ich co najmniej dwa razy więcej niż przed wojną. Jest też vetterowskie – poniekąd – piwo z Lublina, dziś „Perła”, napój o naprawdę unikalnym, ciekawym, gorzkim smaku, w moim dzieciństwie występujący jako piwo „Pełne” i „Trybunalskie”. Było też pewnie w atmosferze kin do których chodziłem, coś z nastroju kin przedwojennych, tym bardziej, że nieistniejące od dawna kino „Wyzwolenie” określano w moim domu rodzinnym wyłącznie przedwojenną nazwą „Apollo”. Sieczkarnię i młockarnię lubelskiej fabryki maszyn rolniczych pamiętam z gospodarstwa wiejskiego mojej ciotki w Kosarzewie.

Album Marty Denys, przebogato i bardzo interesująco ilustrowany fotografiami z epoki jest, wraz z towarzyszącym im tekstem opisowym, historią Lublina w XX-leciu międzywojennym, historią przede wszystkim społeczną, historią codzienności pokazanej poprzez instytucje i firmy, które tę codzienność organizowały i współtworzyły. Możemy zatem przeczytać, w kolejnych bogatych w treść rozdziałach, m.in. o władzach miasta i o województwie, o życiu religijnym, przemyśle, architekturze, pomnikach, mieszkalnictwie, wodociągach i kanalizacji, gazie, telefonach, poczcie, bankach, komunikacji, kolei, szpitalnictwie, policji, handlu, modzie, gastronomii, kulturze, prasie, oświacie, a także o prostytucji. Jak każdy album z odległej epoki ogląda się i czyta tę edycję z przyjemnością charakterystyczną dla kontaktów z dokumentami czasów dawnych – zawsze zastanawia nas, a bywa że zdumiewa, jak zmienia się świat, po części na naszych oczach, jak „przemija postać świata”.

Kto zna Lublin, ten przeczyta ten album z naddatkiem wynikającym z pamięci własnej. Kto go nie zna, pozna naprawdę interesujące i w pewnym stopniu unikalne polskie miasto. Przyznam, że unikalność Lublina, jego specyficzny klimat i nastrój doceniłem dopiero po wyprowadzeniu się z niego. Dziś, mając większą niż kiedyś skalę porównawczą doceniam nie tylko jego oryginalne właściwości, ale także urodę urbanistyczną zwłaszcza historycznego centrum.

Wracam do ikonografii albumu, na który składają się nie tylko fotografie osób, obiektów i miejsc (mnóstwo obiektów i miejsc dobrze mi znanych, ale dziś mniej czy bardziej, a często zupełnie odmienionych, także tych, których już nie ma), ale także zdjęcia afiszy teatralnych i filmowych, dokumentów, banknotów, bankowych papierów emisyjnych, fragmentów starych planów miasta, folderów reklamowych, ulotek, kwitów, etykietek towarowych, stron gazetowych, etc.

Naprawdę frapująca to lektura, nie tylko dla lublinian, bo przecież dzieje „starożytnego grodu Lublin”, to fragment historii Polski.

Marta Denys – „Lublin między wojnami. Opowieść o życiu miasta 1918-1939”, Księży Młyn, Dom Wydawniczy, Łódź 2010, str.146, ISBN 978-83-7729-018-7


Romantyczny intelektualizm czy intelektualny romantyzm?

Choć Maria Janion ogłosiła w 1989 roku „koniec paradygmatu romantycznego” w Polsce, ani poezja, ani myśl romantyczna, ani też pewien rodzaj romantycznej obrazowości, emocjonalności, wyobraźni nie zniknęły z horyzontu polskiej kultury. Nie zniknęło też zainteresowanie wielkimi romantykami, ich dziełem i biografiami. Wystarczy od czasu do czasu wejść do dobrej księgarni czy zajrzeć do rozmaitych bibliografii w pismach literackich, by co rusz natrafić na nowe prace dotyczące polskiego romantyzmu. Także romantyczne dramaty, pod dłuższym okresie absencji na scenach, znów się na nich nieco częściej pojawiają. Do wydawnictw, które mają szczególną zasługę w dziele budowania i krzewienia wiedzy o spuściźnie polskiego romantyzmu należy toruńskie Wydawnictwo Naukowe UMK, które jakiś już czas temu ( w 2014 roku, ale tego typu dzieło nie ma cech wydawniczej „jętki jednodniówki”, lecz wartość w ponadczasową) przygotowało cykl tomów poświęconych Zygmuntowi Krasińskiemu, którego pozycja w „trójcy Wieszczów”, obok Mickiewicza i Słowackiego, zawsze była „najsłabsza”, mimo rezonansu jego dwóch wielkich dramatów, „Irydiona” i „Nieboskiej komedii” oraz wagi intelektualno-kulturowej jego potężnej spuścizny epistolarnej. Kwestia miejsca czy „rangi” Krasińskiego nie jest nowa. Mam w swojej prywatnej bibliotece „Album pisarzy polskich” wydany okazale (jak na owe czasy) i uroczyście przez Bibliotekę Narodową w 1956 roku pod redakcją Władysława Bieńkowskiego, gdzie pośród „wszystkich świętych” polskiej literatury, od Mikołaja Reja do Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Nie ma w nim Zygmunta Krasińskiego, choć jest – w roli pisarza-twórcy literatury pięknej – Joachim Lelewel. Co prawda, rytualnym wręcz powodem nieobecności Krasińskiego w tym gronie był jego „arystokratyczny, reakcyjny światopogląd”, ale podobny światopogląd przypisywany Sienkiewiczowi nie przyniósł podobnego efektu w jego przypadku i twórca „Trylogii” obok innych pisarzy epoki pozytywistycznej we wspomnianym albumie figuruje. Zapewne nie bez wpływu na recepcję Krasińskiego było to, że w odróżnieniu od Mickiewicza czy Słowackiego był on bardziej dramaturgiem i myślicielem niż poetą-„śpiewakiem” („ja śpiewak..” – Adam Mickiewicz, „Dziady”) i w szerokim obiegu poetyckich cytatów nie funkcjonuje, nie krąży ani jeden jego „kultowy” wiersz, ani jeden „kultowy” fragment poetycki, jak to ma miejsce w przypadku zwłaszcza Mickiewicza, ale także, w nieco mniejszym stopniu, Słowackiego. Nie da się zaprzeczyć, że poezja (w sensie: wiersz) Krasińskiego nie ma cech łatwo wpadającej w ucho soczystej poezji do recytacji i wzruszeń. Nawet Adam Hanuszkiewicz, który potrafił zrobić „romantycznego śpiewaka” nawet z hermetycznego Norwida (głośne widowisko „Norwid” w Teatrze Narodowym w latach siedemdziesiątych), stworzył widowisko „Mickiewicz”, a „Balladyną” z hondami wprowadził Słowackiego do popkultury, nie podjął się podobnego zabiegu z Krasińskim, choć „Nieboską” wystawił. Trudno też sobie wyobrazić, by sienkiewiczowski „Latarnik” uległ podobnie intensywnemu wzruszeniu jak to, które przeżył przy lekturze „Pana Tadeusza”, gdyby w przesyłce, która do niego dotarła, znalazł tom wierszy Krasińskiego lub edycję „Nieboskiej komedii”. Dla mnie osobiście, momentem, w którym przełamała się we mnie obcość wobec Krasińskiego, była fascynacja światem „Nieboskiej” i „Irydiona”(bez uważnej lektury nawet jednego wiersza poety!), ale także ta dawna chwila, w której Krzysztof Rutkowski wskazał mi na listy Krasińskiego, jako na jedno z największych dzieł literatury XIX wieku, jako na „największą powieść romantyczną”.

Tom, który przedstawiam, otwiera wspomniany cykl, poświęcony jest właśnie aspektowi „myśli romantycznej” w postaci i dziele Zygmunta Krasińskiego. „Zapewne to największy polski intelektualista pośród romantyków” – napisała zacytowana we wstępie Alina Kowalczykowa, zarysowując jego sylwetkę jako filozofa, który miał ambicje „ogarnięcia złożonego okresu europejskiej myśli romantycznej” i połączeniem go z zakorzenieniem w konserwatyzmie i powinnościach wobec kraju. „Krasiński wypracowuje – napisał autor wstępu Mirosław Strzyżewski – ciekawy zespół wyobrażeń i refleksji historiozoficznych, religijnych i estetycznych w pismach dyskursywnych oraz literackich (…)”. „Ich forma otwarta, fragmentaryczność, często także brak spójności i logicznej przejrzystości, znakomicie oddają hermeneutykę romantyzmu jako formacji próbującej „wyrozumieć i zgłębić” utajone, sakralne, mistyczne i fizykalno-przyrodnicze komponenty świata i kosmosu, w którym istniejemy”. Strzyżewski zwraca uwagę na kilka cech myśli-obsesji Krasińskiego: na stałe napięcie między bytem ku śmierci, odchodzeniem, rozkładem, a narodzinami form nowych. Chyba nikt tak trafnie i dobitnie jak Krasiński nie oddawał „czasu dynamicznych przemian, epoki zawieszonej na chwiejnym „diabelskim moście” między encyklopedyczną stagnacją „oświeceniowego rozumu” a nowoczesnym progresywizmem, który rozbujał jak fale na wietrze dotychczasowy porządek aksjologiczny”. Drugą cechą Krasińskiego było to, że nikt tak jak on nie oddawał myśli w nieustannym ruchu, drganiu, wibracji i przemianach, a także w sprzecznościach targających samym  poetą, który jednocześnie krytykował „oświecony rozum” i wybitnie nim władał, polemizował z heglizmem, ale w znacznym stopniu się nim kierował (zwłaszcza słynną „triadą”). Także jego prawowierna, konserwatywna religijność katolicka pełna była wewnętrznych pęknięć. Bał się rewolucji, progresywizmu i demokratyzacji społeczeństwa, ale widział ich nieuchronność, ulegając nawet pewnej nimi fascynacji „Krasiński znakomicie oddaje dylemat dziewiętnastoletniego świata, w którym rodziła się nowoczesność. Nasza nowoczesność” – konkluduje autor wstępu i dobrze tym wprowadza czytelnika w problematykę szkiców składających się na tom. Otwiera go szkic Olafa Krysowskiego o gnostyckich aspektach twórczości Krasińskiego. Dalej Michał Sokulski napisał o apokaliptycznej wizji dziejów w „Nie-Boskiej komedii”, Iwona Łapińska o idei apokatastazy w „Irydionie”, czyli „zniesieniu piekła”, Agata Wąsacz o postaci Napoleona w pismach Krasińskiego, Grzegorz Kubski o „historii zbawienia” w „Psalmach przyszłości”, Włodzimierz Toruń o jego stosunku do pontyfikatu Grzegorza XVI („Pęknięta kopuła?”), Magdalena Saganiak o tym, co pisał poeta Krasiński o poezji Słowackiego, Bartłomiej Kuczkowski o „Magnetyczności” Krasińskiego, czyli o jego stosunku do ówczesnej mody na magnetyzm. Adrian Kołtoniak opisał recepcję twórczości Krasińskiego z „Tygodniku Ilustrowanym” w latach 1896-1907, co przy okazji przybliża wiedzę także o ówczesnej jej recepcji w ogólności, Henryk Gradkowski napisał o Krasińskim w recepcji jego wybitnego badacza Juliusza Kleinera, Gabriela Matuszek przybliżyła powieść biograficzną „Krasiński” Aliny Świderskiej z 1939 roku, a Marcin Lutomierski pokazał poetę w zwierciadle emigracyjnych, londyńskich, powojennych „Wiadomości”. Komu rekomendować tę lekturę? Ile osób może interesować twórczość i postać Zygmunta Krasińskiego? To pytania retoryczne, ale przecież kiedyś także poza moim wyobrażeniem było takie zainteresowanie. A jednak stało się.  Stał się dla mnie jednym z najważniejszych autorów z kręgu dawnej literatury polskiej, twórcą tak przenikliwym i proroczym, że ciągle całe obszerne fragmenty jego dzieł można czytać jako prefiguracje naszej współczesności. Mickiewicz był od niego większym poetą, pisał piękniejsze wiersze, piękniej jako poeta „śpiewał”. ale jego tak współcześnie jak Krasińskiego jednak się nie czyta. Jeśliby więc ktoś chciał na nowo układać hierarchię wielkich polskich romantyków, powinien to poważnie wziąć pod uwagę.

„Zygmunt Krasiński. W świetle i cieniu myśli romantycznej”, pod red. Mirosława Strzyżewskiego, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, 2014, str. 276, ISBN 978-83-231-3274-5


Kutz do jedzenia łyżkami

Ileż to już razy czytałem o szkole filmowej w Łodzi w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ile naczytałem się opowiastek i anegdot, często pikantnych o reżyserach, aktorach, o ekipach realizacyjnych, o przygodach i skandalach na planach filmowych i poza nimi, o politycznych kontekstach, w które uwikłana była kinematografia, o bujnym życiu środowiska filmowego! Nie da się tego ogarnąć! Iluż autorów o tym pisało, w różnym stylu, konwencjach i z różnych pozycji: Andrzej Wajda, Janusz Majewski, Mieczysław Wojtczak, Jerzy Antczak, Janusz Zaorski, Jan Machulski, Juliusz Machulski, Tadeusz Konwicki, Ewa Morell, Jerzy Gruza, Józef Krakowski – listę można by kontynuować. A iluż pisało o, nich, o ludziach polskiego kina, w trybie relacji zewnętrznej, w monografiach wybitnych postaci. Ukazywały się też wspomnienia córek czy synów o ojcach i matkach.

Poczesne miejsce na tej liście  przysługuje Kazimierzowi Kutzowi (1929-2018). Gdy przeczytałem jego „Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko” (1999) uświadomiłem sobie, że jest on nie tylko wybitnym reżyserem, ale także znakomitym, soczystym pisarzem. Mając w pamięci „Klapsy” z prawdziwą przyjemnością zabrałem się do jego portretów godziwych” (2004), a później do felietonów filmowych „Z mojego młyna” (2009). O „Piątej stronie świata” (2010) tym razem nie wspominam, bo rzecz zasadniczo nie dotyczy filmu, lecz Śląska.

I oto znów można z rozkoszą zanurzyć się w pisarstwie Kutza dzięki jego „Autoportretowi. Będzie skandal”. Kutz, to prawdziwy polski Franciszek Rabelais. Można by też powiedzieć: wielki, subtelny, wyrafinowany artysta, a przy tym człowiek wykształcony i rozlegle oczytany, erudyta, w skórze „Marchołta grubego a sprośnego”, by odwołać się do motywu  polskiej literatury. Jego bujny, pyszny, pieprzny, soczysty, obrazowy, barwny, nieokiełznany, bezpardonowy, nieliczący się z żadnymi konwencjami styl (nie tylko pisania ale i bycia) znajdziemy właśnie w „Autoportrecie”. Zawsze jednak na dnie tego piekielnego kutzowego bigosu, tej wielosmakowej mieszanki znajdujemy śląską i po prostu ludzką, czasem gorzką mądrość Kutza-filozofa. Bo znał ten człowiek życie, oj znał do głębi. „Autoportret” to niby ta sama historia życia śląskiego chłopaka z Szopienic, który wyrósł na wybitnego artystę, ale pokazana znów inaczej, tak, jakby czytało się to po raz pierwszy. Niezliczone opowiastki i anegdoty o „Filmówce” i bujnym życiu towarzyskim, o szaleństwach artystów, o skandalach, pijaństwach, o kolegach reżyserach, aktorach, romansach, małżeństwach, o realizacjach filmowych, telewizyjnych i teatralnych (Kutz należał do nielicznego grona twórców sprawnych jednocześnie w trzech dziedzinach), o polskich i zagranicznych festiwalach, uniwersum polskiego kina. Wystarczy zresztą sięgnąć do indeksu osób z setkami nazwisk, by zorientować się jak rozległe spektrum personalne objął Kutz swoimi wspomnieniami. Kutza można by jeść łyżkami i tylko żal, że to prawdopodobnie jego ostatnia książka, chyba że zostało po nim coś jeszcze w papierach. Ja w każdym razie przeczytałem „Autoportret” Kazimierza Kutza z pasją, z ogromnym zainteresowaniem i innym to gorąco rekomenduję.

Kazimierz Kutz – „Będzie skandal. Autoportret”, wstęp Tadeusz Lubelski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, str. 408, ISBN 978-83-240-5919-5


Zapiski krakowskiego intelektualisty

„Kartki z dziennika” profesora Mariana Stępnia, wybitnego literaturoznawcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, historyka literatury i krytyka, są wyborem z o wiele większego zbioru i obejmują okres od 1969 (jeden zapisek wstępny, a następnie od roku 1973, z dominantą lat 1977-1979, przy nie  bardzo zrozumiałym braku mocno newralgicznego roku 1976) do 2017 roku. Do roku 1990 zapiski są rejestracją działań, spostrzeżeń, spotkań, wrażeń, lektur, myśli, ocen, interpretacji uczonego, intelektualisty, a przy tym członka PZPR ( w tym sekretarza KC do spraw kultury w latach 1988-1990) mocno zaangażowanego w rzeczywistość, krytycznego wobec własnej formacji, jasno widzącego jej wady, winy i ograniczenia (uczony, partyjny intelektualista zwłaszcza nie może i nie powinien być bezkrytyczny), ale trwającego przy niej pomimo dookolnych burz i obserwowanych przejawów konformistycznych konwersji na stronę klerykalno-„solidarnościowego” przeciwnika (jedno z takich zdarzeń odnotowuje w zapisku dotyczącym spotkania na ulicy z innym wybitnym krakowskim profesorem). Jest też i taki zapisek, który ilustruje nie tak wcale rzadkie zjawisko pewnej naiwności intelektualistów lewicowych (jak Marian Stępień), którzy do pewnego stopnia rozczarowani, zmęczeni wyjałowieniem i błądzeniem własnej formacją, jakby szukali pozytywnej inspiracji i nadzieli na zewnątrz, po stronie przeciwnika, jakby wierząc w istniejące tam ozdrowieńcze walory, dobre, uczciwe intencje i twórcze  tkwiące w niej potencjały. Taki nastrój „głodu wartości”, głodu znalezienia się w „dobrej wspólnocie” można wyczuć w zapisku  dotyczącym wizyty profesora Stępnia przy grobie Jerzego Popiełuszki, długiego wyczekiwania na ten moment w kolejce pośród tłumu. Niezależnie bowiem od powodującego nim motywu poznawczego, zaciekawienia zjawiskiem, daje się wyczuć szczyptę pozytywnego odruchu „con amore”. Po latach rzeczywistość brutalnie zweryfikowała i nadal weryfikuje te  złudzenia. Dla mnie są one także, przy okazji, ewokacją osobistej (ze szczyptą sentymentu – do 1980 roku żyłem w miarę beztroską młodością) pamięci zdarzeń i atmosfery tych „ciekawych czasów”.  Wydaje się, że punkt ciężkości zapisków Mariana Stępnia sytuuje się w latach 1980-1981. Z jednej strony bowiem strony w zapiskach z lat bezpośrednio poprzedzających „karnawał „Solidarności” wyczuwa momentami prefiguracje przyszłych, nieodległych zdarzeń, czasem ich jakby  podświadome, a czasem świadome przeczucia. Z drugiej strony, wszystko o czym pisał Marian Stępień po 1981 roku było konsekwencją zarówno „karnawału”, jak i tego, co zdarzyło się 13 grudnia 1981 roku i w jego następstwie. Do tego „Kartki” przynoszą spory zasób wiedzy faktograficznej o konkretnych zdarzeniach i personaliach. Część z nich należy do tzw. „ogólnie znanych” (choć to sformułowanie mocno na wyrost – ile osób tak naprawdę ma tę wiedzę?), część dotyczy zdarzeń i personaliów, które autor zapisków przywołuje z drugiego lub trzeciego szeregu, wydobywa spod kurz niepamięci i niewiedzy. Dla przykładu: sugestywny jest zapisek odnoszący się do Jerzego Putramenta. Tego zadzierzystego kiedyś, dynamicznego, po sarmacku jowialnego „bon vivanta”, władczego człowieka i działacza politycznego, a przy tym interesującego i płodnego pisarza, niczym w stopklatce ukazuje Stępień jako rozgoryczonego, chorego już człowieka, z oznakami poczucia życiowej przegranej.  Takich detali, „smaków” i „smaczków”, będących ciekawą ilustracją klimatów poszczególnych „etapów” i „okresów” jest „Kartkach z dziennika” wiele, choć bez nadmiaru, jako że Marian Stępień nie jest typem anegdociarza, w jego narracji dominujący jest ton solidnego, poważnego krakowskiego uczonego, choć nie był i nie jest jedynie po uszy zagrzebany w księgach, o czym świadczą choćby liczne relacje z zagranicznych podróży i dłuższych pobytów. Każdy kto przeżył tamte czasy, a także każdy kto się nimi interesuje powinien sięgnąć po „Kartki z dziennika” profesora Mariana Stępnia. Znajdzie w nich wiele wiedzy i wiele interesującego tworzywa do wspomnień i przemyśleń własnych.

Marian Stępień – „Kartki z dziennika”, wyd. Studio Emka, Warszawa 2019, str. 576, ISBN 978-83-66142-21-3


Wydzieliny w zwierciadle humanistyki

Osobom, które zwykło się zabawnie i błędnie z językowego punktu widzenia („humor zeszytów”) określać jako „obrzydliwe”, czyli te które są szczególnie wrażliwe na bodźce obrzydzające, odradzam lekturę tej książki. Bo to rzecz o wydzielinach ludzkiego organizmu: krwi, kale, moczu, pocie, woszczynie, śluzie z różnych otworów. Jednak praca zbiorowa „Wydzieliny” nie została wydana nakładem jakiegokolwiek wydawnictwa medycznego (czy istnieje jeszcze historyczne „Wydawnictwo Lekarskie”?) jako podręcznik medyczny z zakresu fizjologii. Jest to praca z zakresu literaturoznawstwa, bowiem czternaścioro autorów tego zbioru, jak należy się domyślać uniwersyteccy humaniści, jest zapewne głównie literaturoznawcami, choć być może nie tylko. W końcu: wydzieliny rzecz ludzka, a więc to, że interesują się nimi także humaniści, nie powinno dziwić. Od czasów powstania historycznej, francuskiej szkoły „Annales” Fernanda Braudela historiografia nie koncentruje się wyłącznie, jak to było od dziejopisów starożytnych, na dziejach władców, wielkich gier politycznych i konfliktów, lecz jest w niej pasmo zajmujące się dziejami cywilizacji, obyczajów, życia materialnego, codziennego, także osobistego. Także zatem i humanistyka (a raczej jej część) musiała zejść z wyżyn, na których bada się górne i wielkie zagadnienia duchowe i zająć się także „dolnymi” aspektami ludzkiej egzystencji. Zacytowany we wstępie Hayden White, autor dzieła „Ciała i ich fabuły” napisał: „Z czego składają się normalne łzy, pot, mocz, kał, krew, smarki i włoszczyna. Ciało cieknie, nawet jeśli nie zostało poddane perforacji, przekłute czy też w jakiś inny sposób spenetrowane. Jest to fizyczno-ontologiczna prawda (…) Pielęgnacja, kontrola, usuwanie i zabiegi wokół cielesnych wydzielin są podstawą wszelkiej kultury”.

A przecież ta prawda była przez tysiąclecia przykryta tabu. Do XIX – zasadniczo – wieku, fizjologiczna rzeczywistość towarzysząca człowiekowi była w kulturze generalnie pomijana, wstydliwa, a jeśli się pojawiała to rzadko i cząstkowo. Owszem, krew i pot i łzy miały prawo obywatelstwa, ale dyskretnego, raczej abstrakcyjnego i podniosłego czy heroicznego w literaturze, teatrze, malarstwie (spocone, brudne czy owrzodzone ciała namalowanych postaci), później także w filmie. Natomiast wydzieliny „brzydkie”, odrażające, wstydliwe, takie jak kał, mocz,  czy wydzieliny płciowe, w sztuce zasadniczo nie istniały. Zapewne, gdyby wnikliwie przeanalizować dzieła kultury do XIX wieku włącznie także i pod tym względem, natrafiłoby się na obecność „wydzielin” i wtedy, ale była to obecność o umiarkowanej naoczności, aluzyjna, zasugerowana, pośrednia, mało dosłowna. Można je zapewne odkryć choćby u Szekspira czy w renesansowej literaturze włoskiej i francuskiej (n.p. „Dekameron” Boccaccia, „Gargantua i Pantagruel” Franciszka Rabelais, opowiastki Pietro Aretino, czy choćby staropolska „Legenda o świętym Aleksym”), ale też oczywiście „za woalką”, „na matowo” (skądinąd taki model pokazywania człowieka nadal funkcjonuje, n.p. w reklamie, nawet środków higienicznych). Jako zasadniczy cel omawianej tu pracy uznali redaktorzy „skonstruowanie wyczerpującej, wielokontekstowej oraz wieloaspektowej wypowiedzi o „ciele potwornym” interpretowanym w kontekście „cieknących z niego płynów”. I tak, m.in. Maciej Duda zajął się spermą i jej kontekstem współczesnym w najnowszej prozie polskiej dochodząc do wniosku, że została w niej ona „oddzielona od orgazmu rozumianego jako osiągnięcie seksualnego spełnienia”, a stała się raczej „narzędziem konstruowania tożsamości, oznaczania, budowania hierarchii władzy, bliskości i zależności”. Bogusława Bronowicka pokazała, na przykładzie postaci don Rigoberta z prozy Mario Vargasa Llosy opozycję między naturą (wydzielinami) i kulturą (pozbywaniem się ich poprzez zabiegi higieniczne), ale jednocześnie zachodzące między nimi związki a nawet filiacje (uosobienie nieskazitelnej kultury i czystości, esteta don Rigoberto „podczas gry wstępnej, wsłuchując się w odgłosy płynące z wnętrza ciała swojej żony Lukrecji, doznaje ekscytacji (…) Jest zachwycony dźwiękami układu trawiennego i wydalanych gazów, jak również słyszalnymi skurczami macicy i warg sromowych” (…) spocone ciała podczas samego aktu nie wydają się Rigobertowi nieatrakcyjne, wręcz przeciwnie (…)”). Ewa Kuliś zajęła się „fizjologiczną”, „wydzielinową” i „nie-czystą” poezją Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Dominik Dziedzic „przygodami analnymi literaturoznawcy z tekstem” na przykładzie „W ptaszarni” Grzegorza Musiała, Aleksandra Drzał-Sierocka  „filmową muszlą” (klozetową) czyli „wrotami do otchłani ciemnej materii” w filmie, od „Psychozy” Alfreda Hitchcocka przez „Widmo wolności” Luisa Bunuela po „Wilgotne miejsca” Davida Wnendta i „Trainspointing” Danny Boyle’a.  Małgorzata Major, współredaktorka zbioru, zajęła się „krwią menstruacyjną w (neo)serialach dla dziewczyn i kobiet”. Krwią menstruacyjną zajęły się też Marta Tużnik i Dagmara Rode, a Natalia Grubizna „kobiecą lubryfikacją i męskim porno”, natomiast Kasper Kalinowski i  Marta Zajczyk odpowiedzieli na pytanie „dlaczego Marylin Monroe sypiała z kroplą Chanel 5 (…)?” czyli feromonami, ale także hormonami i neuroprzekaźnikami.

         Problematyka „Wydzielin” jest na tyle rzadko podejmowana i na tyle „kontrowersyjna”, że może wzbudzić pytanie czy, a jeśli tak to jaki sens ma zajmowanie się nią w badaniach humanistycznych. Przyzwyczajenie do tradycyjnego paradygmatu, w którym humanistyka zajmuje się przede wszystkim naturą duchową człowieka, jego myślami, uczuciami, wyobraźnia, ideami jest bowiem bardzo silnie zakorzenione. Jaki jest powód zajmowania się najniższymi rejestrami ludzkiej egzystencji, wydzielinami jego anusa, narządów płciowych, skóry itd.? – można zapytać.  Nie należy odmawiać takim pytaniom mniejszej czy większej zasadności. Można też jednak zapytać – dlaczego nie? Dlaczego wydzieliny, które są częścią egzystencji cielesnej człowieka, i to częścią bardzo intensywnie funkcjonującą, powodującą poważne często konsekwencje i będące wyrazem, odczynem ważnych dla człowieka doznań, nie miałyby być przedmiotem humanistycznej refleksji? Dlaczego można pisać w tonie patetycznym o „przelewaniu krwi za ojczyznę”, dlaczego można cytować słowa Winstona Churchilla o „pocie, krwi i łzach”, a nie można by pisać o „kobiecej lubryfikacji”, „męskiej ejakulacji” a nawet o „ekskrementach” i związanych z nimi kontekstach? Przecież w pornografii jest ona intensywnie obecna już od końca XIX wieku Przyznam, że jako  bardzo młodego widza i czytelnika zastanawiało mnie, dlaczego bohaterowie czytanych przeze mnie książek i oglądanych filmów nigdy nie oddają moczu ani kału? Nie brakowało mi tego, ale zastanawiało. Dlaczego w filmach historycznych (jak „Krzyżacy”) czy westernach (n.p. „Rio Bravo”) nie pojawiała się także krew (nie licząc sugestii w postaci „plamek”), mimo, że „trup ścielił się gęsto” mniej mnie zastanawiało, bo nie miałem skali porównawczej). Myślę, że jakąś część odpowiedzi na wątpliwości „purystów”, daje – pośrednio – cytat pomieszczony w  szkicu Pawła Sołodkiego „Ślina”, odwołującym się do „Pink Flamingos” Johna Watersa. Sołodki cytuje w nim Joannę Tokarską-Bakir, która w pewnym zakresie wyjaśnia przyczyny zainteresowania tematem „wydzieliny”. W szkicu „Energia odpadków” stwierdziła ona, że „społeczeństwo, które w swoich rytuałach natrętnie eksponuje obrzeża, cielesne otwory i wydobywającą się z nich materię, można zinterpretować dwojako: albo jako społeczeństwo dostatku, które niczego się nie boi, w związku  z czym w ogóle nie dba o granice, albo wręcz przeciwnie, jako niewyobrażalnie rozczłonkowaną, wyczerpaną, poszukującą bodźców życiowych cywilizację, która sama siebie prowokuje do wzmocnienia (wyznaczenia) granic (…) Obie interpretacje (…) nie muszą się zresztą wykluczać”. A teraz, nie brzydźcie się i bez żachania się przystąpcie do tej niecodziennej i naprawdę pouczającej lektury.

„Wydzieliny”, red. Karol Jachymek, Małgorzata Major, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2019, str. 325, ISBN 978-83-65155-24-5


„Kopciuszek” Kraszewskiego – o narodzinach nowoczesności

Bezkonkurencyjną koroną krainy powieści warszawskich jest od „zawsze” „Lalka” Bolesława Prusa. Kryterium „warszawskości” utworu stanowi nie tyle formalne osadzenie jej akcji w przestrzeni miasta (takich utworów jest bardzo wiele), lecz intensywne, rozległe przesycenie jego realiami, budowlami, miejscami, nazwami a nade wszystko wyraźne zespolenie akcji i problematyki z miejscem akcji. W prozie wieku XIX można cały szereg powieści, których akcja osadzona jest Warszawie według tego modusu. Można do nich zaliczyć n.p. „Jakubinów polskich” Jana Czyńskiego, „Wysadzonego z siodła” Antoniego Sygietyńskiego, czy  niektóre powieści historyczne Walerego Przyborowskiego, n.p. „Szwedów w Warszawie”. W XX wieku za najbardziej warszawską powieść uważa się najczęściej „Złego” Leopolda Tyrmanda, ale uformowany już mit Warszawy sprawił, że stała się ona miejscem akcji setek powieści i opowiadań. Obszerne warszawskie passusy są w powieściach Stefana Żeromskiego (n.p. „Popioły”, „Dzieje grzechu”, czy „Przedwiośnie”), Władysława St. Reymonta („Rok 1794”) czy Wacława Gąsiorowskiego (n.p. „Rok 1809”). „Warszawskie powieści” napisał Stefan Kisielewski, powstało wiele warszawskich „kryminałów”, warszawskie są niektóre klasyczne już dziś powieści dla młodzieży, n.p. „I ty zostaniesz Indianinem” Wiktora Woroszylskiego czy historyczne, także dla młodzieży, jak n.p. opowieści Jadwigi Mackiewicz o młodym Chopinie (n.p. „Z Fryckiem po Warszawie”), „Szary jakobin” Leona Przemskiego czy „Jakub Jasiński” Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. Warszawska jest „Ozimina” Wacława Berenta. Karolina Beylin napisała powieść „Tajemnice Warszawy”. To ogromny zasób, którego samych tylko tytułów nie sposób wymienić.

Wróćmy jednak do wieku XIX. Bardzo warszawskim pisarzem był Józef Ignacy Kraszewski. Akcja szeregu jego powieści rozgrywa się w Warszawie, (n.p. „Dziecięcia Starego Miasta”, „Starosty warszawskiego”, „Latarni czarnoksięskiej”, „Warszawy w 1794 roku”, „Pod Blachą”, „Diabła”, czy „Saskich ostatków”, „Szpiega”). Jednak najbardziej integralnie warszawską powieścią Kraszewskiego jest „Kopciuszek”. Tej powieści, określonej jako „najbardziej warszawska powieść przed „Lalką”, poświęciła Barbara Bobrowska swój szkic w zeszycie 2 z 2019 roku kwartalnika „Pamiętnik Literacki”.

„Kopciuszek” należy do cyklu obyczajowego powieści Kraszewskiego, a jej fabuła, struktura zdarzeń są bardzo skomplikowane i obejmują rozległą panoramę życia miasta w połowie XIX wieku, z uwzględnieniem zarówno bogactwa warszawskich typów najrozmaitszego autoramentu, jak i ich klasowej czy warstwowej reprezentatywności („są tam postaci z ludu, rzemieślnicy, kupcy, przedstawiciele literatury, sztuki, wydawcy, burżuazja i arystokracja”). „Świat postaci „Kopciuszka” jawi się jako balzakowsko imponujący ze względu na ich liczebność, środowiskową reprezentatywność, a także oryginalność w ukazywaniu ich losów i przeżyć” –  zauważa autorka szkicu, Barbara Bobrowska. Zgodnie z tytułem powieści mamy do czynienia z wykorzystaniem, jako osi i punktu wyjścia, schematu bajki o Kopciuszku, czyli motywu awansu społecznego i osobistego młodej, ubogiej kobiety przez małżeństwo, jako nagrodę za jej walory, m.in. moralne i charakterologiczne. Badacze twórczości Kraszewskiego pisali o „Kopciuszku” jako o „najbardziej warszawskiej powieści, której akcja toczy się wyłącznie w stolicy Królestwa, stanowi nieocenione źródło informacji o mieście i jego społeczności”, o tym, że „najbardziej wartościowe są w „Kopciuszku” realistyczne sceny z życia kawiarni i traktierni warszawskich, obrazki z Ogrodu Saskiego”. Topograficzny obraz Warszawy w „Kopciuszku” jest bardzo bogaty i obejmuje dziesiątki historycznych ulic szeroko rozumianego miasta, od Alei Ujazdowskich i Wilczej do Żelaznej, od Mokotowa po Pragę, od Krakowskiego Przedmieścia i Ogrodu Saskiego, poprzez Stare Miasto, po Ogrodową. Akcja, co jest pewnym novum w planie warszawskim, sięga także na Pragę, która naówczas uważana była za podwarszawską miejscowość za Wisłą.

Co jednak wynika z tego realistycznego obrazy Warszawy sprzed przeszło półtora wieku dla współczesnego, dzisiejszego czytelnika, jeśli by po tę powieść sięgnął, choć popularność Kraszewskiego, tak powszechna choćby w PRL, w ostatnich dziesięcioleciach mocno spadła, co odnotowały statystyki bibliotek? Tym czymś, co stanowi o ponadczasowości tej powieści, jest zawarta w niej „fizjologia miasta” i obraz przemian cywilizacyjnych epoki, narodziny nowoczesności, której miasto było szczególnie ważną retortą. Prefiguracje nowoczesności w połowie XIX wieku obserwowała u Kraszewskiego w „Latarni czarnoksięskiej” także Ewa Paczoska. Bobrowska idzie podobnym tropem i zwraca uwagę, że jeden z bohaterów, „zgodnie z miejską nowomodną organizacją doby właśnie wieczorem  i w nocy realizuje swoje drugie emploi – spragnionego nowinek, głośnych rozrywek i sensacji człowieka tłumu”. Autorka szkicu pisze też o typowej dla życia dużego, miasta „gorączce wieku”, w tym o „początkach komercjalizacji kultury”, o sygnalizowanych w powieści „przemianach cywilizacyjnych i mentalnościowych”, a miasto jako konglomerat intensywnych bodźców, wizualnych, akustycznych, zapachowych, organoleptycznych, atakujących zmysły kalejdoskopowo.

„W omawianej powieści autor pokazał Warszawę połowy wieku – miasto ożywione, owładnięte już duchem  nowoczesności, zmieniające się z dnia na dzień na wzór zachodni”.

Poza szkicem o „Kopciuszku” w zeszycie 2 z roku 2019 „Pamiętnika Literackiego” godne uwagi są m.in. teksty: Karola Samsela o „Pierścieniu Wielkiej Damy” Norwida, Bożeny Wojnowskiej o rodowodzie pseudonimu „Janusz Korczak” wybitnego pedagoga i twórcy „Króla Maciusia I”, Piotra Miszteli o oświeceniowym rodowodzie powieści „Sam wśród ludzi” Stanisława Brzozowskiego oraz obszerny pakiet recenzji, m.in. Agnieszki Mrozik „Marksizm w badaniach literackich. Wersja 2.0.”, o czterotomowej, zbiorczej „Ekonomii Literatury” .

„Pamiętnik Literacki”, Instytut Badań Literackich PAN, rocznik CX 2019 zeszyt 2, str. 245, PL ISSN 0031-0514

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko