JANUSZ B. ROSZKOWSKI – ZNAD BAJKAŁU DO SHARM EL-SHEIKH (odcinek III)

0
215
Maria Wollenberg-Kluza - "Tryptyk"

        01.12.2019
        Popływaliśmy 1 grudnia tak jak zwykle – w pięknym słońcu (na tym zdjęciu to ja, a na kolejnym pan Ryszard); Alexis, wcale niewyglądająca na zwierzę nieczyste i odrażające, rozwaliła się jak zwykle na leżaku i patrzyła na nas z politowaniem…

Ryszard Sługocki, 92-letnia starowinka,
zamiast grzać w grudniu stare kości przy kominku
w ciepłych kapciach, owinięty pledem,
chlapie się w basenie, jakby miał lat siedem!
(wspólnie ułożyliśmy ten wierszyk na szybko,
zajadając się przy śniadaniu wędzoną rybką)
Patrz: Ryszard Sługocki wikipedia.pl, warto tam zajrzeć,
bo życiem pana Ryszarda można by obdzielić dziesięciu ludzi!

        Grażyna D. z Kraśnika:
        Ładna dziewczyna o słowiańskiej urodzie. Rosjanka? Ukrainka? Obok stoi balkonik – prostytutka z balkonikiem?
        Moja odpowiedź:       
        Mówi po angielsku z wyraźnym ukraińskim akcentem, codziennie opala się na leżaku, a potem z trudem unosząc stopy idzie w kierunku domów przy osiedlowej uliczce. Pan Ryszard wcześniej jej nie widział, ale jest przekonany, że to prostytutka. Twarz ma rzeczywiście napiętnowaną najstarszym zawodem świata, nie widziałem na niej nawet śladu uśmiechu. Podszedł do niej kiedyś młody Arab, poszwargotał, ona potaknęła. Pali dużo papierosów, nie odrywa się od komórki. Nikt jej nie odprowadza. Chętnie bym jej pomógł w dojściu do domu, ale nie zachęca do tego najdrobniejszym gestem. Nie istnieję dla niej, tak jak dla jej koleżanek po fachu…
        Bogna Oh, moja córka:
        Mnie jako kobiecie przykro jest czytać takie komentarze, nawet dotyczące prostytutek.
        Smutne muszą być realia życia kobiet zza wschodniej granicy…
        Bo to pewnie nie pieniądze na przyjemności, tylko na przetrwanie, może wysyłane po części schorowanym rodzicom, na studia rodzeństwa… nigdy nie znamy całej historii.
Tutaj we Wrocławiu mnóstwo Ukraińców, Ukrainek bardzo ciężko pracuje za psie pieniądze.
        Irena Olbińska:
        A może te dziewczyny przyjechały wygrzać swoje kości w ciepłym kraju, może wcale nie są prostytutkami? A czy Wy się afiszujecie, że jesteście pisarzami i piszecie książkę? Pewnie nie. A może też coś podejrzewają, że ci starsi panowie dwaj ciągle chodzą razem, mieszkają razem… nie wiadomo, może są pedałami. Mogą przecież ludzie sobie tak pomyśleć, prawda?

        Moja odpowiedź:
        No tak, możemy być z panem Ryszardem parą starych kochanków, taką jak Jerzy Waldorff i tancerz Mieczysław Jankowski, którzy po sześćdziesięciu wspólnie spędzonych latach – często na karczemnych awanturach z mordobiciem włącznie na dole warszawskiej kawiarni u Galińskiego, po których, też publicznie, wyznawali sobie dozgonną miłość, co z półpięterka obserwowała matka pana Ryszarda – spoczęli obok siebie na Cmentarzu Powązkowskim, gdzie dzięki inicjatywie Waldorffa tyle zaniedbanych grobowców pięknie odrestaurowano. Niestety blaszana tabliczka z imieniem i nazwiskiem Mieczysława Jankowskiego, który na usilną prośbę Waldorffa został pochowany wraz z nim, przetrwała zaledwie kilka miesięcy. Potem zniknęła: „Tak się nie godzi robić!” zdaje się mówić Waldorff na tym zdjęciu.
        A jeśli chodzi o tę Ukrainkę z balkonikiem. Fakt, nigdy nie znamy całej historii. Z rozmów z Adamem Hanuszkiewiczem o kobietach (boskich diabłach) zapamiętałem jeden obrazek (Adam stwierdził, że była to jedna z najbardziej wstrząsających i tragicznych historii, w jakiej dane mu było uczestniczyć w charakterze widza):
        – Dlaczego, Hela, płaczesz?
        – Bo mój narzeczony zaproponował mi ślub…
        – No to chyba jest powód do radości?
        – Jarek, jak nie płakać? Z tych ch…., które we mnie były, można by wybudować przez         Wisłę nowy Most Poniatowskiego, a on mnie pyta, czy ja go kocham!


        Kiedy wyszedłem dzisiaj na poranny spacer jak zwykle z gołymi nogami i rękami i w stroju nocnym – było 21,5°C w cieniu, ale zawiewało dość mocno. Przy dużym basenie baraszkowały dwa koty, nieco dalej w uliczce na dachu starego dżipa z wymalowanymi wielbłądami na drzwiczkach leżał kolejny kocur z miną sfinksa. W Egipcie wszystkie koty są dostojne, to pozostałość po czasach, kiedy uważano je za zwierzęta święte i po śmierci balsamowano.

        Koty odegrały także – jak powiedział przy śniadaniu pan Ryszard – ważną rolę w rozwoju myśli islamskiej. Mahomet spojrzał na kota i przyszła mu do głowy mądra myśl. Nie wiadomo jaka, ale pewne jest, że mądra. Natomiast świętokradczy pies, który śmiał obszczekać Mahometa i próbował go ugryźć w łydkę, zaburzając tok mądrej myśli, która przyszła do głowy najważniejszemu prorokowi, uważany jest w islamie za zwierzę nieczyste i odrażające. Mahomet nauczał, że aniołowie nie wejdą do domu, gdzie znajduje się pies. Muzułmańskie mniejszości w Europie nawołują do zakazu trzymania psów w domu, a tym bardziej przechodzenia z nimi w pobliżu meczetów. Na osiedlu The View Resort absolutnie tego nie widać – muzułmanie też chodzą z psami, karmią je i pieszczą!

        02.12.2019
        Jestem ciekaw, czy w Sharm el-Sheik jest lokalna telewizja? Zapewne tak. No ale chyba nie ma w niej prognoz pogody? Co taka arabska Pogodynka (u nas traktowana z nabożeństwem jak Pytia i zarabiająca krocie za powtarzanie informacji uzyskanych z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej) mogłaby powiedzieć oprócz tego, o czym każdy mieszkaniec Sharmu wie  bez spoglądania na barometr: bezchmurne niebo od świtu i słońce, które będzie świeciło aż do zachodu. „Nuda!” stwierdził przed chwilą pan Ryszard. Zapytałem go kiedyś, czy sharmowianie posiadają w domu parasolki przeciwdeszczowe? Spojrzał na mnie dziwnie: „Widział pan przecież niezadaszone klatki schodowe. Nawet jeśli spadnie od wielkiego dzwonu kilkanaście kropel deszczu, to i tak wyschnie natychmiast, najwyżej pójdzie w ruch mop. Nie będzie potrzeby wzywania straży pożarnej do wypompowywania wody z zalanych pomieszczeń piwnicznych, ani konieczności otoczenia osiedla The View Resort wałami przeciwpowodziowymi”.
        Pan Ryszard po przeczytaniu tego kawałka zaprotestował: „Proszę sprostować. Piwnice to pomieszczenia znajdujące się pod ziemią, a tutaj takich nie ma. Bo ziemi, czyli piasku, jest tak dużo na Półwyspie Synaj, że nie trzeba budować ani piwnic, ani strychów. I jeszcze jedno. Nie wolno w Sharmie budować domów wyższych niż trzypiętrowe, a bliżej morza muszą być dwupiętrowe, tu nawet hotel ‘Hilton’ jest niski. Chodzi o to, żeby nikomu nie przesłaniać widoku na morze i góry. Demokracja! Jakże inaczej jest na Florydzie, gdzie mieszka mój brat i gdzie każdy metr kwadratowy gruntu jest na wagę złota. Powstaje tam mnóstwo drapaczy chmur, które ludziom mieszkającym w osiedlach o niskiej zabudowie przesłaniają nawet niebo”.

        Jola K. z Olkusza:
        No to miałam „szczęście”, bo gdy zwiedzaliśmy Aleksandrię zaczęło lać jak z cebra. Wpadliśmy w poślizg autokarem i wylądowaliśmy w polu, a autokar jadący za nami wpadł na przydrożne drzewo i musieliśmy zabrać jadących w nim Koreańczyków do Hurghady, ponieważ bez szyby przedniej nie mogli dalej podróżować.

        Ptaków na osiedlu jest niewiele. Zapewne z braku owadów, które dziesiątkuje codzienne zadymanie i pułapki rozwieszone w wielu miejscach. Na skałkach nad rzeką pojawiają się bardzo często pliszki siwe – rozpoznała je na zdjęciu Ela Story, ptasiarzyca doskonała (zgadza się: idąc lub stojąc kiwają ogonem w górę i w dół; najczęściej spotykane są nad różnymi typami wód). Dopiero po dwóch tygodniach zobaczyłem stadko wróbli pijących wodę w płytkim zejściu na dużym basenie (osobiście wolę metalowe schodki z poręczami, bo zanurzam się w wodzie szybciej i nie nagrzewam ciała, co przy zimowych chłodach, oczywiście w sharmowskim wydaniu, jest bardzo ważne). Po drugiej stronie stał podwójny wózek spacerowy z tą opisywaną przeze mnie młodą mahometanką, dzisiaj w czadorze czerwonym, bardziej twarzowym. Po chwili wzięła dzieci za ręce i weszła z nimi do samochodu zaparkowanego nieco wyżej, na początku osiedlowej ulicy. Wózek pozostał. Nie zamierzała odjechać. Małe, ruchliwe dzieciaki trzeba było czymś zająć…

        Na obchodzie porannym zrobiłem tylko jedno zdjęcie: ukwieconych krzewów przy naszych leżakach. Dwa tygodnie temu były tylko pojedyncze kwiatki, a teraz jest ich mnóstwo. Ściągają motyle, bo pięknie pachną.

        Wracając odkryłem drzewo pomarańczowe przy Kids Area. Wczoraj dostrzegłem na ziemi jedną pomarańczę – myślałem, że dziecko zgubiło. A dzisiaj leżały już trzy, więc będziemy mieli do obiadu świeże pomarańcze…

        Kiedy około godz. 11 pobiegłem wokół basenów dla rozprostowania kości, w tym najbliżej nas, najmniejszym, ale według pana Ryszarda najcieplejszym, bo najpłytszym, pławiła się cała rodzinka z prawie hurysą w burkini, stroju kąpielowym w kolorze wody, z ciemniejszymi pasami nad i pod piersiami, doskonale je maskującymi. Jej pan i władca, młody, niewysoki, już lekko łysiejący mężczyzna o rysach trochę semickich, był w samych kąpielówkach. Ona zajmowała się córeczką, on, płynąc, transportował na plecach synka. Kiedy wyszła z wody, mokra tkanina – w dole rozszerzająca się jak sukienka, by od kolan odsłonić fragment szarawarów – nie ujawniła kształtów jej ciała. Gdyby miała wielkie piersi, nie miałaby chyba prawa wystawiać ich na widok publiczny nawet w formie częściowo zawoalowanej. Arab zobaczył, że przypatruję się im z życzliwym uśmiechem, skupiając wzrok na dzieciach. Skinął głową w powitalnym geście.

        Pan Ryszard od kilku dni kaszle, więc po południu będę pływał sam, oczywiście na basenie dużym, bo baseny małe mam w Iwoniczu-Zdroju. Jest silny, zimny wiatr. Znad pustyni, bo góry spowite są kłębami ceglastego pyłu. Burza piaskowa wywołana może być przez fen, ciepły i suchy wiatr wiejący z gór w doliny (w Tatrach nosi on nazwę halny), ale ta związana jest na pewno z wtargnięciem chłodnego powietrza polarnego na ciepłe obszary pustynne. Ziarenka piasku opadają dość szybko na ziemię, ale drobniejsze cząstki materii mogą pozostać w powietrzu przez tydzień lub wywiewane są tysiące kilometrów dalej, docierając aż do Karaibów i Amazonii – niestety, nie są w stanie zapobiec pożarom tamtejszych lasów deszczowych…

        Pomarańcze spod Kids Area były na deser po obiedzie – dzieci na pewno ich nam nie zjedzą! Gorzko-kwaśne jak diabli, ale co za aromat! A spod noża tryskają gejzery olejków eterycznych. Pan Ryszard mówi, że pomarańcze rosnące na dziko, czyli nie na plantacjach, są przez Beduinów najbardziej cenione, a w sklepach są też droższe od tych słodkich…

        Jola K. z Olkusza:
        Poszukaj cytrynowego drzewa. Cytryny zerwane bezpośrednio z niego smakują stokroć bardziej od tych kupowanych u nas, bo te nasze zbiera się, gdy są jeszcze zielone – dojrzewają sztucznie w ładowniach statków. To samo dotyczy bananów. Szkoda, że w Sharmie nie ma ich na drzewach… Pycha!
        Irena Olbińska:
        A ja ni z gruszki, ni z pietruszki chcę zapytać o coś innego. Pisałeś dużo o egipskich kotach, a ani razu nie wspomniałeś o księżycu w pełni nad Sharm el-Sheikh! Czy nie rozświetla swym srebrzystym blaskiem całej przestrzeni? A może jest pomarańczowy i też leży w trawie? No i napisz proszę o egipskich ciemnościach – czy naprawdę jest tak ciemno, że nie widać gwiazd?
        Moja odpowiedź:
        Już kiedy szedłem pływać, a więc po godzinie drugiej po południu, na nieskazitelnie niebieskim niebie rysował się blady sierp księżyca. W nowiu, a więc taki, jaki szereg krajów arabskich zamieszcza na swoich flagach narodowych. Półksiężyc, po arabsku hilal, to motyw często występujący w sztuce dekoratywnej krajów muzułmańskich. Na sztandarach Imperium Osmańskiego był jednak tylko jednym z wielu symboli, a mimo to utarło się w Europie, że jest najważniejszym symbolem islamu, co prawdą nie było, ale prawdą się stało – dzięki niewiernym!  
Przy takim księżycu, jeśli jeszcze nie wzejdzie, możliwe są egipskie ciemności. Gwiazdy nie są takie jak nad Bajkałem. Są odległe i małe. No ale musiałbym znaleźć się na pustyni, a nie na rozświetlonym osiedlu
, żeby rozpisać się na temat księżyca, gwiazd i tutejszych ciemności.
        Jola K. z Olkusza:
        Organizowane są wycieczki quadami po pustyni.
        Moja odpowiedź:
        Myślisz zapewne o wycieczkach organizowanych przez Quad Safari Sharm el-Sheikh? Wszedłem na ich stronę i ze zdjęć wynika, że organizowane są one w godzinach dziennych, a nie nocnych! Ale nawet gdyby było inaczej, to jak podziwiać nocne niebo, będąc zamotanym w arafatkę, mając oczy przesłonięte okularami przeciwsłonecznymi, jadąc w tumanach pyłu i długimi skarpetami chroniąc kostki i łydki przed wyziewami z gorącej rury wydechowej?  Czy nie lepiej, moja droga, wejść na jeden z dachów osiedla The View Resort, a więc widokowego? Przyznaję, że wpadłem na ten pomysł dopiero teraz, bojąc się, że z Twojego polecenia mogą mnie porwać zakapturzeni pracownicy wspomnianej firmy i wywieźć na quadzie na pustynię!
        Wbiegłem po schodach na dach i rzeczywiście miałem nie tylko gwiazdy na wyciągnięcie ręki. Z pewną przesadą, bo w Sharmie gwiazdy przymocowane są do odległego firmamentu niebieskiego jak srebrne pinezki, natomiast księżyc, przypominający świetlistą kołyskę, zwieszał się wprost nad hotelem „Rixos”. Tylko się na nim położyć, bo jest wielki, odepchnąć się nogą od dachu hotelu i znaleźć się nad morzem, i tam trwać w podwójnym rozkołysaniu, bo fal też…

        03.12.2019
        Pan Ryszard po wyjściu na dwór spojrzał jak zwykle na termometr elektroniczny leżący na blacie z czarnego marmuru (ścienny za parę polskich złotych ktoś wyrwał ze ściany i ukradł) i obwieścił: „Zbliża się zima. 19,9°C o godzinie siódmej rano. W lutym będzie nawet 7°C. Arabowie zaczną trząść się z zimna, a pracownicy nałożą swetry i ciepłe kurtki. Na szczęście słońce już od świtu działa. Ale rosy spijać nie musi, bo na trawnikach  nigdy nie chodzi się po rosie”. Nic to, idę na poranny obchód tak jak zwykle, w kusym stroju nocnym.

        Prawdziwa kaczuszka pływa po sztucznej rzece, zmieniając co chwilę kierunki i wyraźnie czegoś poszukując. Rybek?  Po uruchomieniu fontann zbliża się pracownik, wlokąc za sobą wielki kłąb węża ssącego do czyszczenia dna i rozwijając go po drodze. Podchodzi bliżej i przypatruje się ze zdziwieniem kaczce. Nagle pojawia się pan Ryszard: „Nigdy nie widziałem tu kaczki!”.

        Po raz pierwszy towarzyszy mi na porannym spacerze. Kiedy idziemy zewnętrzną ulicą osiedlową w pełnym słońcu, pięknie rysują się na horyzoncie fioletowe góry (nie jest to ostry fiolet biskupi, lecz lekko rozrzedzony). Sprawiają niesamowite wrażenie, bo są nagie. Pan Ryszard pożycza mi lornetkę. Mówi, że kupił ją za 200 zł, ale nawet gdyby miał lornetkę za 42 900 zł, Nikon WX, nie zobaczyłbym przez nią Góry Synaj (Gebel Musa) – na jej szczycie Mojżesz miał otrzymać od Jahwe tablice dziesięciorga przykazań, ani Góry Świętej Katarzyny (Gebel el-Deir) – u jej podnóża powstał w VI wieku klasztor i od tamtej pory jest zamieszkały przez prawosławnych mnichów, nie ma starszego na świecie.

        Wzniesiony został tuż przed Krzakiem Gorejącym, z którego przemówił do Mojżesza Jahwe, wzywając go do wyprowadzenia Żydów z Egiptu. Krzak ten, według pana Ryszarda, liczy sobie nie więcej niż sto lat, ale dla wyznawców wielu wyznań, którzy trwają przed nim w nabożnym skupieniu, jest tym Krzakiem, z którego nadal przemawia do nich Bóg, Boh, Jahwe czy Allach. Klasztor jest wyjątkowo mocno ufortyfikowany, z murami grubości do trzech metrów i do dziesięciu metrów wysokości.

        Ta potężna twierdza wyznania chrześcijańskiego nie mogłaby się ostać w morzu islamu, kiedy Synaj został sto lat później zdobyty przez muzułmanów, gdyby nie udzielona przez proroka Mahometa gwarancja bezpieczeństwa. Czy Karta Przywilejów znajdująca się w bibliotece klasztornej jest dokumentem autentycznym? Pan Ryszard w to wątpi. Ale nawet jeśli delegacja mnichów nie przybyła w roku 628 do Mahometa, który zmarł cztery lata później, nie zabierając nawet tej tajemnicy do grobu, ponieważ dostąpił wniebowstąpienia, to przezorni mnisi zabezpieczyli się podwójnie, budując na terenie klasztoru mały meczet dla muzułmanów. Dodajmy, że od 1400 lat klasztoru i mnichów bronią Beduini z plemienia Jebelija, odnosząc z tego niewątpliwą korzyść, bo są przewodnikami również na Górę Synaj…

        Tam, gdzie ma powstać ostatni rząd domów ze sztuczną rzeką, wala się dużo marmurowych odpadów, których nikt poza panem Ryszardem nie zbiera. Z różowawego granitu też, którym wykłada się tu schody i posadzki. Tylko Allach mógł stworzył te bajeczne góry, w których najszlachetniejszego kamienia jest nieprzeliczona ilość.

        Byłem z panem Ryszardem w biurze, żeby konkretnie dowiedzieć się o koszt wynajmu dwupokojowego mieszkania na tym osiedlu: umeblowanego, z pościelą, naczyniami kuchennymi. Od 5000 do 5500 funtów egipskich (w zależności od standardu) na miesiąc plus woda i prąd. Przy wynajmie na dwa miesiące: tysiąc funtów egipskich mniej. Przeliczmy to na dolary amerykańskie lub na złotówki według aktualnego kursu. W dniu dzisiejszym  1 dolar = 16,2 funtów egipskich. 1 funt egipski to w przeliczeniu 0,24 zł. Czyli ok. 309/340 dolarów, 1200/1320 zł przy pobycie miesięcznym, 247/278 dolarów, 960/1080 zł na miesiąc przy pobycie dwumiesięcznym. Opłaty za prąd i wodę około 50 zł miesięcznie –
w zależności od zużycia. Wyżywienie własne, tańsze niż w kraju. Tak czy siak są to śmieszne pieniądze, bo w dwupokojowym mieszkaniu mogą przebywać cztery osoby plus ewentualnie dwoje dzieci (biuro osiedlowe dysponuje dostawkami). Zapewniam, że nie jest ono ciasne. Przebiega przez całą szerokość domu, ma dwa przestronne pokoje, dużą toaletę i wnękę kuchenną w obszernym łączniku pomiędzy pokojami. W skład 66 m kw. wchodzi także balkon z widokiem na rzekę i ukwiecone krzewy & drzewa (takie mieszkanie ma Jaser).

        Bilety lotnicze w obie strony, ubezpieczenie, wiza = ok. 1800 zł. Czy wszystko jasne? Aha, przekazuję adres e-mailowy: theview48@yahoo.com (Mr. Amir Ashour), korespondencja w języku angielskim, no i rzecz jasna arabskim.

        Wczoraj rano zapukał w szybę Khakim, którego pan Ryszard uczył kiedyś języka angielskiego. Przyjechał z Kairu. Jest jakimś pociotkiem właściciela The View Resort, pełnił tu kiedyś funkcję kierowniczą w osiedlowej administracji. Umówił się na 13 przy dużym basenie, ale go nie było. Po kwadransie oczekiwania poszliśmy z panem Ryszardem na spacer i kiedy znaleźliśmy się pod murami hotelu, który w stanie surowym czeka na zmiłowanie inwestora od dziesięciu lat, zobaczyliśmy robotników, którzy zaczęli wchodzić na plac budowy. Jeden z nich na pierwszym piętrze groził żartobliwie cegłą uniesioną w dłoni zbliżającym się kolegom. Rozległy się głuche stukoty, a po chwili, kto się wyłonił? Khakim! Przeprosił pana Ryszarda, że nie mógł przyjść na spotkanie i zniknął w otworze drzwiowym, gdzie być może już wkrótce zostaną zamontowane drzwi wyjściowe ku basenowi, którego betonowa niecka czeka niecierpliwie na wodę. Prawdopodobnie w tym celu Khakim po kilku latach ponownie tu zawitał!

        Zaraz po nim Ahmed, którego pan Ryszard też uczył angielskiego, gdy był kierownikiem w administracji osiedla, przyniósł w prezencie dużo mandarynek i bananów. Mandarynki są wielkie! Pracuje teraz w pięciogwiazdkowym hotelu w Sharmie. Na odchodnym dostał prezenty dla swoich dzieci przygotowane przez panią Basię.

        Po dzisiejszej wizycie Khahima już wiadomo, że hotel nadal będzie czekał na boom turystyczny, a obecnie zbudują tylko kuchnię dla personelu, która w jakimś tam czasie zostanie kuchnią hotelową. To w tym celu zwieziono wczoraj sterty czerwonej cegły dziurawki, worki z cementem, piasek i żwir – trochę nietypowe, bo czerwonawe. Pan Ryszard, po odejściu Khakima, odnosi się sceptycznie do jego słów: „Kuchnia hotelowa na pierwszym piętrze? W ogóle pomieszczenia kuchenne w tego typu obiektach buduje się zawsze na dole. Zobaczy pan, że robotnicy nie przerwą pracy i budowa hotelu będzie kontynuowana”.

        Jeśli to prawda, że raz zaczęte roboty budowlane posuwają się tutaj do przodu w ogromnym tempie, to rzeczywiście mam szansę do 13 grudnia zobaczyć ceglane wypełnienia pustych przestrzeni między żelbetowymi słupami poszczególnych segmentów tej budowli. Sterta z cegłami dziurawkami już zniknęła – zostały one wmurowane w ściany sporego pomieszczenia znajdującego się rzeczywiście na pierwszym piętrze. Tylko tyle mogliśmy dostrzec, kiedy po wyjściu z biura poszliśmy do osiedlowego sklepu po drobne zakupy.

        Szczerze mówiąc nie zamierzam się trapić rozwiązaniem tej zagadki. Dwie puszki bezalkoholowego piwa Birell, które pan Ryszard kupił na obiad, raczej nie zaostrzą moich zdolności wróżbiarskich. Znacznie bardziej interesujące wydają mi się informacje, które serwuje mi w drodze do domu. Kiedy znajdujemy się przy dużym basenie, pokazuje na drzewo z trzema wielkimi kwiatami na wierzchołku: „To tulipanowiec. Ma mnóstwo pąków, więc załapie się pan jeszcze na solidne kwitnienie i to w niższych partiach”. A przy Kids Area mówi, że drzewo pomarańczowe posadzono tu dla kwiatów, a nie dla owoców.

        04.12.2019
        Wczoraj kontynuowaliśmy pracę nad książką pana Ryszarda i w pewnym momencie, pisząc, co mi dyktował, rżałem bez przerwy ze śmiechu. Otóż panu Ryszardowi jako uświadomionemu członkowi partii powierzono pod opiekę młodych pracowników Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” należących do różnych organizacji młodzieżowych. Miał ich zachęcać do lektury „właściwych” książek i czasopism, np. Jak hartowała się stal czy „Płomień”, a w wolnych chwilach zapewnić im godziwą rozrywkę, przede wszystkim w postaci potańcówek przy gramofonie na korbkę. Z zastrzeżeniem, że nie mogą bawić się przy takich tańcach, gdzie mogłoby dojść do niepożądanego zetknięcia się ciał partnerów, np. tangach. Mogli bawić się przy oberkach, kujawiakach, ukraińskim hopaku, czy przy pieśniach narodów Kraju Rad, np. przy Kalince. Na próżno dziewczyny ze łzami w oczach błagały go, żeby przynajmniej pozwolił im zatańczyć na odległość Tango argentino z płyty przyniesionej z domu. Pozostawał nieugięty i puszczał im Mołdawiankę. Siedzieli z ponurymi minami, podpierając ściany, a pan Ryszard cieszył się w duchu, że w ten sposób wzmaga w nich niechęć do władzy ludowej…

        Już wiem, co transportowaliśmy w wielkich walizach – elementy nie trzeciego łóżka, jak myślałem, lecz leżaka. Wcześniej zamontowaliśmy nad łóżkiem i w dolnej części regału w sypialni pana Ryszarda przycięte na wymiar panele podłogowe, też przez nas przywiezione. A dzisiaj, przed pracą nad jego książką, nadszedł czas na drugą robótkę. Główna rama leżaka, z przycinaniem tylko dwóch elementów bocznych, tak, żeby uzyskać w sumie 60 cm szerokości, powstała na trawniku. Trzeba było też wydłutować wgłębienia na metalowe łączniki elementów wzdłużnych. Ciężka noga pana Ryszarda była doskonałym narzędziem dociskowym przy tych pracach. Następnie sprawdzał, czy pozostałe elementy, mające stworzyć wewnętrzną ramkę podnoszącą część tylną leżaka, pasują. Chyba coś było nie tak, bo przerwaliśmy pracę. To, co z drewna, zniknęło w sypialni pana Ryszarda i pod moim łożem, narzędzia wróciły na swoje miejsce. Uruchomiłem laptopa i zacząłem wystukiwać na klawiaturze zdania, które mi dyktował…

        Dzisiaj musieliśmy się przenieść na leżaki przy średnim basenie, bo z powodu ochłodzenia – towarzystwo, które do tej pory siedziało w cieniu po drugiej stronie, zaczęło od wczoraj okupować „nasze” miejsca. Pływałem jednak w dużym, oczywiście solo. Po zanurzeniu się w wodzie aż zatchnąłem się z wrażenia, ale wprawiłem szybko w ruch ręce i nogi i obligatoryjne 300 metrów przemierzyłem w normalnym, czyli dużym tempie. Po wyjściu na brzeg nogi zaczęły mi się rozjeżdżać, ale przytrzymałem się słupa i nie upadłem. Skostniałe mięśnie rozgrzałem jak zwykle pod prysznicem, wytarłem się mocno ręcznikiem, w toalecie przebrałem się w suche majtki i wyszedłem na słońce.

        Pan Ryszard zapowiadał rano, że w południe będzie 28°C, ale mnie się wydawało, że jest więcej. Rozgrzałem się dodatkowo, waląc packą po moim leżaku i naszym parasolu – po dziesięciu minutach małe i duże mrówki zaczęły transportować ubite przeze mnie muchy. Te małe robią to w czwórkę, ciągnąc swoją zdobycz z mozołem po nierównej powierzchni wylanej z betonu. Te duże chwytają muchy jakby to był puch i błyskawicznie unoszą je do swego gniazda.

        Za leżakiem pana Ryszarda wylegiwały się na słońcu dwie dziewczyny rozmawiające po rosyjsku. Zacząłem śpiewać Modlitwę Okudżawy w oryginale. Uśmiechnęły się do mnie zaskoczone. Jedna z nich zapytała: „Otkuda ty? („Skąd pan jest?”). „Iz Polszi. Moj drug toże” („Z Polski. Mój przyjaciel też”). „A my iz Ukrainy”. „Iz Donbassa?” („Z Donbasu?). „Da, s Donbassa”. „Ja i moj drug oczeń mołody, jemu wsiego 95 let, a mnie 90 let. A ty wygliadisz kak staruszka…” („Ja i mój przyjaciel jesteśmy bardzo młodzi. On ma dopiero 95 lat, a ja 90. A ty wyglądasz jak staruszka…”). Obie zaczęły tak się śmiać, że aż im brzuchy podskakiwały. Dziewczyny młodziutkie i radosne. Twarze jeszcze dziecinne. Wynajmują mieszkanie dwupokojowe. W sumie płacą miesięcznie 400 dolarów. Gadu, gadu, okazało się, że były w Iwoniczu-Zdroju u swojej koleżanki, która tam akurat przebywała. Świat jest mały!

        Słońce zaczęło kryć się za domami. Dziewczyny wstały. „My dołżny idti siejczas. My pryjdiem zawtra. Do swidanja” („Musimy już iść. Jutro też przyjdziemy. Do widzenia”). Pan Ryszard również wstał – przed odejściem zrobił pomiary w tyle leżaka. Poszedł przygotować obiad (dzisiaj znowu będzie „Imam zemdlał”, potrawa z bakłażana), a mnie jeszcze przez piętnaście minut pozwolił łapać resztki słońca…

        05.12.2019
        To już niewątpliwie zima w Sharm el-Sheikh! Może kalendarzowa? Bo jak na komendę wszyscy pracownicy oczyszczający baseny i rzeki pojawili się w ciepłych spodniach i bluzach. Jeden z nich głowę ma spowitą arafatką. Muzułmanka bawiąca się ze swoimi dziećmi w Kids Area też ubrana była ciepło. Ba, mieszkająca tu na stałe Europejka, paniusia w wieku nieokreślonym, wychodząc na poranny spacer z pieskiem naciągnęła na głowę kaptur ciepłej kurtki. 

        Moja „prawie hurysa”, gdy przechodziłem obok jej mieszkania, które codziennie przyciągało magnetycznie moje oczy, też okutana była w czador, tym razem dwukolorowy. Zdejmowała akurat pranie.  Zauważyłem już wcześniej, że na sznurkach wiszą wyłącznie ubranka dziecięce, może nie nosi stanika i majtek? Nie zapytałem jej o to, bo natychmiast schowała się za kotarą na mój widok. Półgolasa, z klapkami basenowymi na bosych nogach i w skąpym stroju nocnym przy zaledwie plus 19,3°C w cieniu, no i dość silnym wietrze. Może pomyślała, że w pobliskiej Arabii Saudyjskiej (z plaży nad morzem widać jej brzeg gołym okiem), musiałbym dostosować się do tamtejszych bardzo surowych norm obyczajowych i nie wprawiać jej w zakłopotanie. Z tym, że ona też nie jest bez winy – przebywając w Sharmie na wakacjach z dziećmi skazuje je, chcąc nie chcąc, na deprawację…

        Podczas prawie trzytygodniowego pobytu dostrzegłem, że Arabowie nie tylko źle znoszą zimno, ale upały też. To znaczy – na upały są zapewne znacznie bardziej odporni od nas, ale jeśli nie muszą, starają się przebywać w cieniu. Latem popijają ciepłą herbatę z miętą, żeby się ochłodzić. O wygrzaniu się w łaźniach tureckich podczas upalnych dni mogą myśleć w Sharm el-Sheikh tylko goście hotelowi, bo pan Ryszard już mi mówił, że Egipcjanie mają alergię na wszystko, co tureckie. Jeśli chodzi o niego, to nie przepadałby raczej za takim sposobem wychłodzenia organizmu, gdy temperatura powietrza przy ziemi przekracza 40°C. Stwierdził przecież, że woli stokroć suche gorąco, niż parne, a w łaźni raczej dominuje to drugie. Ale co ciekawe: gorąca wilgoć odblokowuje pory, dzięki czemu łatwiej znosi się wysokie temperatury panujące na zewnątrz. Tak zapewniają przynajmniej autorzy prospektów reklamowych tego typu przybytków.
Jeszcze dziwniejsze jest jednak to, że nie znalazłem ani jednej informacji objaśniającej, dlaczego zdecydowana większość mieszkańców The View Resort, nawet napływowych, tak źle znosi zimno, które dla mnie jest co najmniej względnym ciepłem? No tak, ale ten chłopak roznoszący materace porusza się wolnym, dostojnym krokiem, jakby nie wiedział, że nawet jeśli dookoła nas jest chłodno, to po intensywnym ruchu robi nam się gorąco!

        Może jednak ta kwestia jest bardziej złożona? Moje receptory odpowiedzialne za odczuwanie zimna oraz te odpowiedzialne za odczuwanie ciepła zapewne różnią od takich samych receptorów zamieszczonych w skórze tego chłopaka. OK, a co z kwiatami – one zdają się nie odczuwać chłodu!

        Kiedy wróciłem, pan Ryszard akurat wyniósł jedzenie dla Alexis: „Mam nadzieję, że zaświadczy pan przed Basią, że dbam o jej psa?”. „Nawet gdyby pan nic nie dawał – odparłem – to zakląłbym się na wszystkie świętości, że wręcz przekarmia pan Alexis! Ale nie ma takiej potrzeby, bo dla suki są lepsze kąski niż dla mnie! Będę się musiał na to poskarżyć w tej książce, tak jak to uczynił August Strindberg w Spowiedzi szaleńca, w której jęczał, że jego żona baronowa serwuje ohydnemu pieskowi jedzenie, o którym sam mógł tylko pomarzyć. W dodatku za jego pieniądze, choć kłamliwie twierdziła, że za swoje”…

        Tuż przed śniadaniem przyszedł Jaser z wydrukowanym biletem lotniczym z Sharmu do Warszawy dla pana Ryszarda – koszt biletu w jedną stronę wyniósł tyle, ile zapłacono za moje oba przeloty, czyżby przedświąteczna podwyżka? Po jego odejściu pan Ryszard się zaśmiał: „Nie mogłem zaproponować Jaserowi, żebyśmy wypili pod pelargonie, bo tu nie ma pelargonii. U nas są i za czasów PRL po długiej i piekielnie nudnej nasiadówce w jakimś komitecie wojewódzkim partii postawiono na stole kilka butelek wódki. Ale nie było zakąski. Jeden z towarzyszy pociął na kawałki pelargonie stojące przed oknami w doniczkach i zakąska była. Dwóch towarzyszy zmarło, a reszcie trzeba było pompować żołądki. Odtąd w kręgach partyjnych mówiło się przed popijawą: ‘No to wypijmy, towarzysze, pod pelargonie…’. Dzisiaj tę autentyczną anegdotę podyktuję panu do mojej książki”…

        Irena Olbińska:
        Pod pelargonie? Wiem od dziecka, że pelargonie można jeść. Teraz sprawdziłam w Googlach: „W zasadzie wszystkie rodzaje pelargonii są jadalne. Jednakże jedynie pelargonie pachnące są stosowane przez kreatywnych kucharzy, ponieważ tylko one mają jakikolwiek smak. Ich kwiaty i liście nadają potrawom i napojom niebanalny wygląd i, przede wszystkim, wyjątkowy smak. Odmiany o zapachu cytrynowym pasują do sałatek, sorbetów czy herbat, natomiast pelargonie o aromacie różanym doskonale podkreślają smak dań słodkich, takich jak ciasta, dżemy czy desery. Pelargonie o zapachu miętowym podkreślą wyjątkowy charakter własnoręcznie przyrządzonej lemoniady. Z pewnością istnieje mnóstwo przepisów, w których można wykorzystać liczne inne aromaty, takie jak jabłkowy, pomarańczowy, brzoskwiniowy, czekoladowy lub cynamonowy. Dlaczego więc nie wzbogacić tradycyjnego zestawu ziół uprawianych na parapecie lub balkonie o pelargonie w ulubionym zapachu?  Wskazówka: Do pieczenia lub gotowania należy wykorzystywać jedynie rośliny niepryskane, uprawiane w sposób naturalny, lub uprawiane specjalnie pod kątem wykorzystania w kuchni, z użyciem wyłącznie nawozów naturalnych”.
        Moja odpowiedź: 
        A może towarzysze pili pod pelargonie alkohol metylowy?
        Irena Olbińska:
        I tak mogło być, ale proszę nie wypisywać, że pelargonie (moje ulubione, z których mam żywopłot w ogródku, z których ciągle podskubuję kwiatki i podjadam), są trujące!!!!
        Moja odpowiedź: 
        A może towarzysze pili pod fikusa lub wilczomlecz piękny (gwiazdę betlejemską), bo te rośliny pokojowe są ponoć trujące?
        Irena Olbińska:
        Pod fikusa? Lepiej pod fikusem. W jego cieniu. Słyszałam, że na kontynencie afrykańskim rosną dziko i wyrastają na piękne drzewa. Mam w pokoju fikusa beniaminka, ale w naszych warunkach dorasta od 1 m do 1,5 m. Pod mojego fikusa to mogłabym się schować na czworakach. Można i liście podjadać (pić białe mleczko). Człowiek nie umrze od tego, ale przeczyści wszystko, co we wnętrzu niedobrego się znajduje. Wilczomlecz (gwiazda betlejemska) to inna bajka. U nas takie gwiazdy można tylko kupić przed świętami Bożego Narodzenia. Zawsze kupuję, bo swym pięknym zabarwieniem liści ocieplają pomieszczenie. Jeśli towarzysze pili pod skrojone liście gwiazdy betlejemskiej, co zatwardziałym ateistom mogło się przytrafić, to dobrze, że ich szlag trafił!
        Moja odpowiedź:
        Przeczytałem panu Ryszardowi te nasze komentarze. Mruknął: „Może towarzysze pili nie pod pelargonie, lecz pod inny kwiatek?”.

        Jaser ma na nazwisko Osman i wyraźne rysy tureckie. Genetyczna pamiątka z czasów, gdy Turcy osmańscy okupowali Egipt. Zawiezie mnie 14 grudnia, porą już tu zimową, o godzinie 1:30 w nocy na lotnisko…

        Idąc na basen zrobiłem zdjęcie palmy butelkowej, która straciła koronę podczas silnego wiatru. Młody Arab o wysportowanej sylwetce, widząc, że pływam, przebrał się i wskoczył do wody, chcąc się popisać przed dziewczynami, po czym po dwóch mi-nutach wyskoczył, prychając i trzęsąc się z zimna. Dziewczyny się z niego śmiały, wskazując na mnie. Po czterech nawrotach wskoczyłem do basenu średniego, sądząc, że woda w nim jest cieplejsza. Ale to rogalikowe pływanie bardzo mi się nie spodobało. Przy mniejszej powierzchni silne prądy wody z kilku dysz (dzięki temu wszystkie zanieczyszczenia wpływają natychmiast do worków i nie osiadają na dnie) utrudniają pływanie…

        Pan Ryszard mówi, że w Egipcie panuje niesłychana swoboda obyczajowa (poza Beduinami, którzy przestrzegają ściśle zasad Koranu). Natomiast w Libii za czasów Kadafiego, bo teraz jest jeszcze gorzej, o takim rozpasaniu obyczajowym jak tutaj nie było mowy. W „Dromexie”, który budował tam autostrady na pustyni, zatrudnione były arabistki, znające perfekt język arabski. Ale Arabowie znający słabo język angielski woleli korzystać z usług pana Ryszarda. Musiano jednak kiedyś wysłać do jakiejś zapyziałej dziury młodą arabistkę po odbiór dokumentów zabranych dromexowemu kierowcy przez policję drogową. Jestem ciekaw, czy zwrócono je temu, który stojąc długo na skrzyżowaniu z zepsutymi światłami zemdlał i wypadł z szoferki na jezdnię, do czego przyczynił się nie tylko niemiłosierny upał, bo okazało się, że miał cztery promile alkoholu we krwi? Tym razem pan Ryszard nie wspomina, jaka była przyczyna tak drastycznej interwencji libijskiej policji, ważne, że arabistka dokumenty odebrała, ale zanim stamtąd odeszła, zapytano ją, czy kierowca jest jej mężem lub krewnym. Zaprzeczyła, więc oboje aresztowano za niemoralne prowadzenie się. Spędzili trzy dni w areszcie w warunkach strasznych, bo na wolnym powietrzu między murami. W nocy minus dwa, a w dzień plus trzydzieści. Jedzenia nie dawano, tylko wodę. Gdyby nie interwencja firmy i polskiej ambasady, umarliby tam z głodu i wyczerpania.
I nie daj Boże, żeby jakiś Polak przypatrywał się Arabce zbyt długo. Niezbyt surowa kara w postaci 20 kijów w pięty (przez tydzień nie mógł chodzić) sprawiała, że od tej pory na widok zakwefionych Arabek spuszczał skromnie oczy jak panienka. A pracowało na kontraktach w „Dromexie” ze dwa tysiące wyposzczonych chłopów, natomiast kobiet zaledwie czterdzieści. Większość z nich wiązała się ze swoimi wybrankami w pary, co innym zdecydowanie się nie podobało i lepiej było się z tym nie afiszować. Wśród tych par były przecież niewierne żony i tacy sami mężowie. Czasami któraś dawała z litości, ale choćby ze względów technicznych nie mogła obsłużyć wszystkich potrzebujących. Trudno się więc dziwić, że jakiś chłop nie wytrzymał i gdzieś poza Campem (obozowiskiem) zerknął na młodą Arabkę…

         Arabom wolno było dużo więcej. Zapukał kiedyś Arab pracujący w kuchni do pokoju młodej lekarki, a kiedy otworzyła drzwi, rzucił się na nią i rozebrał do naga w celu wiadomym. Wyskoczyła przez okno z drugiego piętra, połamała obie nogi. A Libijczycy powiedzieli, że to jej wina, bo była półnaga i doprowadziła kucharza do grzechu.

        Pracownikom „Dromexu” przydzielono niewielki kawałek plaży, gdzie mogli zażywać kąpieli. A upały panowały straszne. Mężczyźni musieli zrobić koło, żeby kobiety-gorszycielki, w skąpych strojach kąpielowych, mogły się wykąpać, bo Arabowie podpływali do nich, łapali za cycki i próbowali zgwałcić. I znowu wina bezwstydnych Polek!

        Wielokrotnie dochodziło w Campie do bójek o te nieliczne kobiety, które tam były, nawet wyjątkowo szpetne. Albo dlatego, że kawalerowie śmiali się z żonatych, iż oni tu zasuwają jak głupi, żeby swym połowicom dogodzić, a one przyprawiają im rogi na potęgę. Na ciężkich pobiciach się nie skończyło. Kiedyś w okno pana Ryszarda zapukał dyżurny, wołając, że do dyżurki wpadł pijany hydraulik i wybełkotał, że zabił swego kumpla, bo ten powiedział, że on tu zapierdala, a jego żona w kraju się puszcza. Pobiegli tam, patrzą: oszczerca leży w kałuży krwi z nożem wbitym prosto w serce, a hydraulik mówi spokojnie: „Należało mu się…”.

        Irena Olbińska:
        Mój mąż, którego firma budowała w Libii cementownię, mówi, że u nich takich incydentów na Campie nie było. Ale nie było żadnych kobiet, na każdym stanowisku sami mężczyźni. A za wejście na Camp arabskim kobietom groziła śmierć.

        Arabski leniwy księżyc. Po godz. 14 jego blady sierp ustawiony jest pionowo, a później ustawia się w pozycji horyzontalnej. I tak jest przez całą noc. Zmienia się tylko barwa ze srebrzystej na złocistą, niekiedy wpadającą w intensywny róż. Moje obserwacje są jednak wycinkowe, obejmują zaledwie kilka dni. Przedtem musiałem wejść na dach, żeby zobaczyć księżyc. Dzisiaj widoczny jest wszędzie.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko