Jan Adam Borzęcki – Sandomierski Parnas

0
398

    To miejsce  z pewnością ma szanse przejść do historii rodzimej literatury, bo rzadko zdarza się aby na kilkanaście metrów kwadratowych przypadało tylu literatów. Jego renoma wyszła nawet poza granice kraju, w czym utwierdził mnie Karl Dedecius, zmarły trzy lata temu, znakomity tłumacz i popularyzator polskiej literatury w Niemczech, który podczas berlińskiego spotkania, dowiedziawszy się, że jestem z Sandomierza, ożywił się:
  – Z Sandomierza? To tam funkcjonuje ten literacki pensjonat o którym słyszałem od polskich kolegów?  Namawiali mnie, abym kiedyś skorzystał, ale jakoś nie było okazji. Może kiedyś…

Niestety nie dane było Sandomierzowi spotkanie z tym  erudytą, którego pobyt z pewnością wzbogaciłoby miejską legendę.

   Sandomierskie tradycje literackie osadzone są na dość solidnych fundamentach. Wywodzić je można od Wincentego Kadłubka, którego kroniki traktować można zarówno jako zapis fragmentu historii kraju i miasta, jak i literacką narrację. Co prawda przez kolejne wieki Sandomierz pojawiał się na kartach literatury dość rzadko, ale absencję tę tłumaczyć można kondycją ówczesnej literatury. Dobrą passę zapoczątkował literacki barok, a potem sandomierskie ślady pojawiają się w literaturze w miarę regularnie.  Najczęściej eksploatowali go poeci: Trembecki, Niemcewicz, Norwid, Pol. Iwaszkiewicz, Piętak, Młodożeniec, Broniewski, Harasymowicz, Lisowski. I długa lista innych, których liczbę pomnażają nowi.  Z powstałych tu i opisujących miasto wierszy mógłby powstać opasły tom, a może nawet kilka. Znacznie obszerniejszy od wydanej w 1980 roku ubiegłego stulecia przez znakomitego poetę Bolesława Garbosia, antologii Sandomierz z wiślanej mgły, w której wymienione jest około czterdzieści  nazwisk. Wśród nich luminarze tego gatunku.

   W literackiej prozie Sandomierz pojawił się dopiero XIX wieku, a do jego literackich wyznawców zaliczyć można m. in Napomucena Chądzyńskiego (Wspomnienia sandomierskie 1849), Jana Kantego Gregorowicza (ps. Janek z Bilczy) i kilku innych. Do wielkiej prozy wprowadził Sandomierz i Sandomierszczyznę Stefan Żeromski nazywając miasto i jego okolice „ogrodem szczęścia”. Pisali o Sandomierzu J.M. Rytard, Stanisław Miłaszewski, Stanisław Pagaczewski, Stanisław Stanuch i  inni. No i Jarosław Iwaszkiewicz, który odkrywszy go w latach dwudziestych ubiegłego wieku, pozostał mu wierny do końca życia. Dowodem choćby poświęcone Sandomierzowi sentymentalne rozdziały w Podróżach do Polski oraz liczne wiersze o mieście“: „w którym Wisłę z każdej widać ulicy“. Z aktualnie największych wspomnieć trzeba o pochodzącym stąd Wiesławie Myśliwskim, który z wiekiem odkrywa miasto po raz wtóry, czego dowodem epickie sandomierskie powieści Widnokrąg oraz Ucho igielne.

 Prawdziwą i trwałą popularność wśród literatów zdobył Sandomierz w latach osiemdziesiątych XX wieku za sprawą pewnej przewrotnej inicjatywy.

Górka literacka

Taką nazwę otrzymała mansarda kamienicy zlokalizowanej na rogu ulic Sokolnickiego i Tkackiej, która przez trzydzieści lat gościła elitę polskich pisarzy i poetów.

Wybudował ją w 1847 roku lekarz Leon Chodakowski i od tej pory stała się nie tylko siedzibą rodu, ale i miejscem przechowywania gnębionej rusyfikacją polskości. Wtedy ulica nosiła miano Zawichojskiej bowiem wiodła ku nieistniejącej dziś Bramie Zawichojskiej, gdzie w pięknie odrestaurowanym dworku, funkcjonuje dziś Dom Pracy Twórczej „Alicja”, którego twórczynią i właścicielką jest zacna pani Alicja Kaszyńska i gdzie odbywają się plenery malarskie oraz spotkania literackie. A ponieważ obie kamienice niemal ze sobą sąsiadują, właśnie  w salonie pani Alicji odbywały się spotkania autorskie gości Górki Literackiej.

 Zapewne efektem wychowania w duchu polskości była podjęta w 1894 r. decyzja trzech – z dziewięciu – córek Leona Chodakowskiego, Wincentyny Anny, Jadwigi Teresy  i Heleny Romany o otwarciu księgarni, w której obok papierowej galanterii, nabyć można było polskie książki. Także te wydawane konspiracyjnie lub przemycane z pobliskiej Galicji. Tu także można było nabyć pierwsze sandomierskie kartki pocztowe z zabytkami miasta, będące dziś obiektem pożądania filokartystów.  Na marginesie powiedzmy, że za sprawą pewnego znaleziska siostry trafiły też do historycznej legendy. Kiedy bowiem w 1910 r. w Sandomierzu, pod korzeniami leciwej lipy odnaleziono hełm, a w nim składaną, wykonaną z miedzi i srebra, zdobioną imitacjami szmaragdów, szafirów i górskich kryształów koronę, w obawie przed rosyjską rekwizycją, powierzono ją na przechowanie właśnie siostrom Chodakowskim, skąd w następnym roku trafiła do wawelskiego skarbca. Dziś znana jest jako korona hełmowa Kazimierza Wielkiego lub korona sandomierska. 

 Kamienica przy ulicy Zawichojskiej, która w II RP zmieniła nazwę na ulicę Sokolnickiego, była własnością rodziny do lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy to po rewaloryzacji miasta została skomunalizowana. Łaskawa władza pozwoliła ostatniej właścicielce Janinie Nehringowej, leciwej córce budowniczego kamienicy, na ponowne zajęcie części lokali, a wraz z nią zamieszkali także jej córka Renata Targowska wraz z mężem Jerzym. Pani Renata przez kilkadziesiąt lat uczyła w sandomierskich szkołach języka francuskiego, a Jerzy,  patriota, więzień NKWD, pracował w kilku sandomierskich firmach i urzędach. Jest także autorem  autobiograficznej książki Ankieta ostatniego szwoleżera. 

Po śmierci Janiny Nehringowej ówczesny naczelnik miasta doszedł jednak do wniosku, że zajmując pięć pomieszczeń państwo Targowscy żyją zbyt wygodnie i postanowił  dokwaterować im nowych lokatorów. W tym celu dwa pomieszczenia poddasza zakwalifikowano jako odrębny lokal mieszkalny, które mieli zasiedlić wskazani przez władzę wybrańcy. 
Lokator Literatura

I zapewne tak by się stało, gdyby nie pomysł Jerzego Targowskiego, który zaproponował aby z rzekomego nadmetrażu utworzyć dom pracy twórczej dla szukających cichego azylu literatów.  Uprzedzając zarzut prywatnej inicjatywy, formalnie lokal byłby oddany w użytkowanie ówczesnemu Muzeum Literatury, który miał pełnić rolę skrzynki kontaktowej z literatami. Personalnie miał zajmować się tym ówczesny dyrektor placówki Jerzy Krzemiński, który wykorzystując kontakty z twórcami walnie przyczynił się do rozpropagowania idei. Lokalnym władzom pomysł niezbyt przypadł do gustu, ale po zaklepaniu go przez instancje wyższe, nie mieli nic do powiedzenia.  Pomysł został zrealizowany i niebawem wyposażone w stylowe meble pomieszczenia poddasza oddano we władanie literaturze. I chociaż na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zlikwidowane Muzeum Literatury przekształciło się w Oddział Literatury miejscowego Muzeum Okręgowego, w kwestii „górki literackiej” wszystko pozostało po staremu.

Literatura na poddaszu

Pierwszym gościem – jeszcze przed oficjalnym oddaniem przybytku – była historyk literatury, krytyk literacki Helena Zaworska, która  27 września 1984 fakt ten upamiętniła wpisem do księgi pamiątkowej: (…) Błoga cisza i urok tego mieszkania podziałały na mnie tak wspaniale, tak odprężająco, że nawet nie denerwowałam się, jak mi „pójdzie” odczyt – sama czułam się na te kilka dni sandomierzanką…. 

Dla Adama Bienia, drugiego, wciąż jeszcze nieformalnego gościa nowego literackiego przybytku, Sandomierz był miastem w którym za młodu pobierał nauki i gdzie ukształtował się jego patriotyzm oraz pogląd na świat. Dając wyraz przywiązania do grodu, pod datą 6 grudnia 1984 r. napisał: Jego historia, jego ludzie oraz ukryta tu wśród starych kamieni dusza Polski…

Oficjalnie Górka Literacka funkcjonuje od początku 1985 r. a ponieważ popyt znacznie przewyższał podaż, w 1997 r. przysposobiono na potrzeby literatów niezagospodarowaną część poddasza.

O tym, że Sandomierz przypadł literatom do gustu najlepiej świadczy fakt, iż w przeciągu ponad trzydziestu  lat z twórczej oazy skorzystało kilkaset osób, a  łączna liczba wizyt zbliża się do dwóch tysięcy. Różnicę stanowią wielokrotne wizyty tych samych gości, z których część bywała tu kilka, a nawet kilkanaście razy. Gośćmi sandomierskiej Górki Literackiej byli między innymi: Czesław Miłosz, Sławomir Mrożek, Włodzimierz Odojewski, Zbigniew Bieńkowski, Jacek Bocheński, Andrzej Braun, Ernest Bryll, Tomasz Burek, Wanda Chotomska, Tadeusz Chruścielewski, Stefan Chwin, Bohdan Drozdowski, Janusz Drzewuski, Jerzy Ficowski, Kira Gałczyńska, Andrzej Gronczewski, Marian Grześczak, Julia Hartwig, Anna Kamieńska, Anna Pogonowska, Urszula Kozioł, Krystyna Kolińska, Julian Kawalec, Zygmunt Kubiak, Ludmiła Mariańska, Wiesław Myśliwski, Marek Nowakowski, Jerzy Ficowski, Anna Pogonowska, Hanna Kirchner, Anna i Tadeusz Sobolewscy, Seweryn Pollak, Tadeusz Różewicz, Barbara Wachowicz, Wiktor Woroszylski, Jan Wołek, Adam Zagajewski. No i oczywiście Maria Iwaszkiewicz, która – co wynika z jej wpisów w księdze pamiątkowej – uznawała się wręcz za mieszkańca Sandomierza: Gdybym ja pisała pochwały Sandomierza – to byłaby przesada. Wiadomo, że od dzieciństwa Sandomierz był dla mnie czymś zwyczajnym, domowym, własnym. Przyzwyczaiłam się do myśli, że po prostu jest i że się tam jeździ…
A to przecież tylko jedynie drobna część długiej listy znamienitych gości, za co pominiętych wypada przeprosić, ale odnotowanie wszystkich zajęłoby lwią część tego tekstu.

Wszystkie te pobyty udokumentowane są wpisami do kolejnych tomów ksiąg pamiątkowych, które ze względu na znaczenie nazwisk oraz oryginalność samych tekstów zaświadczają o niezwykłości miejsca i zasługują na zaliczenie ich w poczet cennych dokumentów narodowej kultury. Póki co część wpisów znalazło się w opublikowanym w 2010 roku z okazji 25-lecia istnienia „Górki Literackiej” albumie O tym mieście nigdy dość, z wyborem tekstów Jerzego Krzemińskiego i wstępem Krzysztofa Burka. To z tego właśnie albumu pozwalam sobie wybrać kilka wpisów. Niestety tych krótszych, bo te dłuższe zajmują niekiedy kilka stronic. Z żalem zrezygnować też muszę z przedstawienia licznych wierszy, które w większości znalazły się w autorskich tomikach.

Zacznijmy od wpisu Henryka Bardijewskiego, który 4 czerwca 1985 r. trafnie przewidywał: (…) to piękne miejsce przyciągnie wielu pisarzy, trafi do dzienników, korespondencji, a w jakiś sposób zapewne do ich dzieł i biografii. Pożytek z tego będzie obopólny, bo i sandomierzanie będą mieli okazję spotkać wielu wybitnych i interesujących ludzi, dzięki czemu kulturalny puls miasta zabije zapewne żywiej.

W opinii Przemysława Burcharda sandomierskie walory nie ustępują światowym:  Objechałem świat dookoła – byłem w Ameryce, Australii, Afryce, Azji, na wyspach Pacyfiku, nigdzie jednak nie znalazłem tak osobliwego uroku, jak w Sandomierzu. Nocowałem w hotelach Sheraton, Hilton i wielu innych równie renomowanych markach. Nigdzie jednak nie spało mi się tak smacznie, jak w Sandomierzu. A myśli jakie tu przychodzą do głowy! Ho, ho! Coś w tym jest (1.01.1986)
Na takie dictum Ludmiła Mariańska odpowiedziała wierszem (29.09.1986r):

Nie objechałam dookoła świata,
nie byłam w Azji, ani w Afryce,
ale wędruję w dawne lata
przez sandomierskie idąc ulice
                        Tutaj, wśród ludzi tego miasta
                        historia żywą iskrą płonie
                        i przyjaźń między nami wzrasta
                        jakiej nie spotka się w Hiltonie…

Częstym gościem „Górki” był Zbigniew Bieńkowski, którego lakoniczne wpisy przywodzą na pamięć jego serdeczną życzliwość i znakomite eseje: Jak zawsze w Sandomierzu dobrze mi się spało, jadło i pisało. Ukończyłem szkic o nurcie wiejskim i chłopskości. Idealne miejsce do tego pisania. Stąd, z Ziemi Sandomierskiej i sąsiedniej Opatowszczyzny, Kielecczyzny wywodzą się moi bohaterowie: W. Burek, Kawalec, Piętak, Czernik,  Myśliwski, Dopisać musiałem tylko Redlińskiego i Nowaka…

 Andrzejowi Gronczewskiemu miasto pomagało czytać literaturę i historię: Sandomierz to poemat widzialny, dotykalny, dookolny, nie dość „wyczerpująco”, nie do końca – mimo tylu zachwyconych spojrzeń –”przeczytany”. Czytałem więc zachłannie, z miłością i pokorą, ten mroczny poemat, złożony ze starych drzew, z akacji, lip, kasztanów, dębów, jaśminów, traw, domów i ludzi. Godzinami siedziałem pod ceglanym portalem kościoła świętego Jakuba…(14 czerwca 1988)

Do zagorzałych wyznawców miasta należy Janusz Drzewuski: Po kilku godzinach w Sandomierzu już wiedziałem, że będę musiał tu wrócić. W Sandomierzu zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Cóż, jak każdy, kto do tej księgi wpisał się przede mną…(3/4 marca 1995)
…ale także Zbigniew Mikołejko: Dzięki przemiłej gościnie Państwa Targowskich i Pana Jerzego Krzemińskiego mogłem trochę odpocząć i napisać esej o Kancie. Napisać w miejscu, gdzie – jak nigdzie –wieczność przecina się z przemijaniem, mrok ze światłem, niepogoda z pogodą. Napisać w miejscu, o którym marzyłem właściwie od dwudziestu jeden lat – od czasu, kiedy po raz pierwszy  i  do tych dni jedyny, ujrzałem z dala, od Wisły, rozpiętą na płachcie nieba sylwetkę Sandomierza… (13-17.09.1955)
Nader lakoniczny był za to Czesław Miłosz:

Krótki ale przyjemny pobyt w Sandomierzu i wieczór autorski dla uroczej  młodej publiczności. (5.X.95)

Tadeusz Różewicz obiecał, że Sandomierz stanie się punktem docelowym w następnym wymiarze: Było bardzo pięknie i bardzo gorąco. Sandomierz jest stary, pełen zabytków i pełen pięknych dziewcząt (chłopców też). Żałuję, że się tu nie urodziłem, ale w przyszłym życiu zamieszkam z Wami. Do zobaczenia (12 czerwca 2000)

Z wielu wpisów dowiedzieć się można nad czym goście aktualnie pracowali. I tak w przypadku Krystyny Rodowskiej: Tłumacząc Borgesa w Sandomierzu – za krótko, zbyt pospiesznie tym razem jestem! Ale jestem – jak w niewielu miejscach. Tylko  tu, w Sandomierzu, słyszę jak ptaki gwiżdżą na zimę i jej chłody. Mają słońce w głosie (…) I łatwiej tu natknąć się na rym dla Borgesa, czy sprytny asonans… (20 lutego 2001)
A oto sandomierski epizod Mariana Grześczaka:

Zamykając okno, bo ranek chłodny, spostrzegłem, że nie widać Ratusza. Umazał się w mgłę, gęstą, niemal namacalną. Rynek bez Ratusza wydał mi się surrealistyczny. Usiadłem do Wstępu do Podróży ostatniego Beniamina z Tudeli Amichaja. Trudnu poemacik (…) Sandomierz dał mi wielkie pouczenie, niemal ewangeliczne: miejsca i człowiek nie doznają wspólnoty. Piękno rodzi się ze zła, nigdy na odwrót. (Sandomierz 17-27 sierpnia 1986).
Robiąc wyjątek zacytuję, oddający sandomierskie klimaty,  wiersz Krzysztofa Lisowskiego:

tak mógłby się zaczynać
ostatni dzień życia

poranek w słońcu
oblizujący miodowym językiem
książki w bibliotece

widok z wąskiego okna
na parującą w dole rzekę
zieleń aż biała
od przepuszczalnych kształtów

najbliższe perspektywy –
wyjście po gazetę
niemyślenie o pieniądzach
głęboki spokój w sercu

i raczej wdzięczność
niż strach

(Sandomierz 12 października 1994)

Urokowi miasta nie oparła się także czeska poetka i tłumaczka Eva Sulcowa: Pierwszy raz jestem w królewskim mieście Sandomierzu – i już na zawsze pozostanę tym miastem oczarowana…(23 sierpnia 1989).

Najczęstszym gościem był chyba poeta Krzysztof Karasek, którego łączny pobyt trwał niemal dwa lata, co tłumaczy tak: Drodzy i kochani Gospodarze, sami wiecie jak pracowicie spędza się tu czas. Więcej można zrobić przez dwa tygodnie niż przez dwa miesiące w Warszawie. Nic dziwnego, że dzień zmienia się w noc i na odwrót. No ale kilka razy udało mi się pójść spać przed siódmą…

 Sandomierskie wizyty służyły także Barbarze Wachowicz, która w liście skierowanym do piszącego te słowa napisała: W Sandomierzu czuję się tak bezpiecznie, jakby od świata oddzielała mnie pancerna płyta, a państwo Targowscy ze swoją gościnnością i niedzisiejszym taktem uczucia te jeszcze mnożą.

Trudno pominąć tych, dla których Sandomierz był miejscem serdecznym, w którym (niemal) wszystko się zaczęło. W księdze znajdujemy ciepły wpis Juliana Kawalca, który w październiku 2002 r., podczas ostatnich odwiedzin nadwiślańskiego grodu napisał: Znowu w Sandomierzu – po latach. Ile radości, ile wzruszeń, ile wspomnień. Kochane miasto, otworzyło mi okno na świat.

A tak oto, we wpisie z marca 1997 r., życiową rolę Sandomierza w jego biografii określił Wiesław Myśliwski: Nie będę się zachwycał miastem, ludźmi, pejzażem, bo mi nawet nie wypada  – bo to moja rodzinna ziemia. Tu chodziłem do gimnazjum, tu zdałem maturę, tu po raz pierwszy i ostatni zakochałem się, stąd pochodzi moja gimnazjalna koleżanka i dotąd moja żona.

Swego rodzaju podsumowaniem zawartości ksiąg pamiątkowych może być wpis Adriany Szymańskiej z 13 marca 1988 r.: Ta księga zdaje się  być bardziej literacka niż sama literatura. Żywe ręce żywych pisarzy kreślą tu szczere słowa wdzięczności, zachwytu miejscem, oczarowania gościnnością Gospodarzy. A przecież niektórych z nich nie ma już wśród żywych. W tym miejscu pozostały jednak słowa…

Szczera prawda. Kilka opasłych tomów pełnych powstałych tu wierszy, prozatorskich miniatur, poetyckich impresji, wspomnień ludzi i miejsc, dzienniki pobytów i historyczno-filozoficzne refleksje. Nie ulega wątpliwości, że to swoiste literackie archiwum niebawem stanie się przedmiotem zainteresowania historyków literatury i tematem prac naukowych.

Stałym elementem pamiątkowych wpisów są komplementy pod adresem gospodarzy, Reginy i Jerzego Targowskich. Goście podkreślają w nich wyjątkową kulturę, delikatność i takt, nienachlaną opiekuńczość oraz szczerą satysfakcję z możliwości goszczenia ich pod swoim dachem. Wiele dobrych słów zebrał także Jerzy Krzemiński, opiekun placówki z ramienia Muzeum Okręgowego. Słowa uznania należą się także władzom miasta, które finansowo wspierały utrzymanie placówki.

Czas przeszły dokonany?

Ale mijały lata, odchodzili kolejni goście, przez co  wpisy w księgach pamiątkowych stawały się jeszcze cenniejsze. A ponieważ przy wydaniu wspomnianego albumu wykorzystano jedynie małą cześć wpisów, może warto byłoby pokusić się o wydanie całości?

 W kwietniu 2003 r. odszedł Jerzy Targowski, cztery lata temu Regina Targowska i wszystko na to wskazuje, że wraz z nimi do przeszłości przeszła także „górka literacka”.  Kilka lat temu w rozmowie z niżej podpisanym spadkobierca deklarował chęć jej utrzymania – wszak rodzinna tradycja zobowiązuje! –  a czasowe zawieszenie działalności placówki uzasadniał koniecznością przeprowadzenia remontu budynku, co wymaga nakładów finansowych i czasu. Ale chociaż od tej rozmowy minęło kilka lat, drzwi  literackiej oazy wciąż pozostają zawarte. Co prawda korzystają z niej nieliczni literaccy przyjaciele spadkobiercy, ale to jedynie nikły ślad świetlanej przeszłości. Chciałoby się wierzyć, że to jedynie przymusowy, dłuższy antrakt, lecz optymizm wydaje się być na wyrost. Wiele wskazuje, że głęboka zażyłość twórców z miastem jest już jedynie historycznym incydentem. Co prawda tak być nie musi, ale wiele zależy od władz miejskich, które doceniając wagę tradycji – w przypadku Sandomierza powinno to być ich obowiązkiem – znajdą stosowną formułę  reaktywacji inicjatywy będącej kontynuacją tak zażyłego związku literatury z miastem. Z miastem, które w rozmowie z niżej podpisanym tak zdefiniował Jarosław Iwaszkiewicz:

– W tym mieście wschód spotyka się z zachodem. Tu czuje się oddech Ukrainy i Toskanii. To tu mogła narodzić się zarówno ikona, jak i malarstwo Giorgione. Tu nabiera­ją sensu najbardziej utopij­ne idee, a ponura rzeczywi­stość wy­daje się odległa i nierealna. To miejsce skutkujące łaską pogodzenia ze światem, bo choć człowiek wie, co go czeka, śmiertelna per­spektywa jakoś go tu nie prze­raża…

I może właśnie ta  iluzja  jest jedną z najcenniejszych wartości miasta?…

                                                                Jan Adam Borzęcki

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko