Wiersze tygodnia – Waldemar Michalski

0
485
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


W Gródku nad Bugiem 

                                                         Janowi Gurbie

Sokół płynął ponad złotym łanem
w kłosach czerniały ziarna sporyszu
niby trucizna a jednak lekarstwo
kurhany obrosły ziołami, tarniną i głogiem
ktoś wyorał miedziane krążki.

Archeolodzy kopali kolejne kwartały
delikatnie odkurzali znalezione kamienie
bursztynowe korale i rogowe grzebienie
Huczwa kusiła do skoku
żar z nieba nie gasił nadziei.

A jednak ziemia jest kroniką
i matką pamięci – słyszałem
co gdzie kto i kiedy?
Jan Gurba mówił o skarbach
ziemia i pasja godne podziwu.


Krzyż na Przełęczy Legionów

                                                          Zygmuntowi Nasalskiemu

Z Zygmuntem od rana
chodzimy po Gorganach
przymierzamy stopy do śladów
chłopców spod polskich Termopilli
cóż znaczą zaklęcia prośby wezwania
od wczoraj droga bańką mydlaną
tylko krzyż i drogowskazy pozostały.

Spoglądamy z wysokiego brzegu
nikt nie woła z dalekiej północy
nie słychać rżenia koni
ani modłów –
w Przełęczy na granicznych słupach
tylko orły jak z bajki
więc są a może tylko były?

Druga Brygada ruszyła do boju
błękitna jak zorze –
święty Piotr nie pytał:
skąd
dlaczego
oraz ilu?


Krzemieniec – czas w miejscu stoi…

                                     Urszuli i Mariuszowi Olbromskim

Do Krzemieńca jedziemy razem
Norwid, Słowacki i młody Feliński.
Juliusz jest tu gospodarzem.
Za nami Ikwa i skalne Łzy Dziewic.
Norwid chrząka wymownie
Feliński szuka szczegółów
Słowacki wzrokiem już pędzi
za chmurami gdzie góra Bony wysoka
i gniazdo zamkowych murów.

Salomea kocha kwiaty – to widać
róże polne i ogrodowe, czerwone goździki
i malwy dokoła a włoskie topole
piękniejsze niż w Rzymie.
Uśmiecha się i mówi:
„Bez wierzby i kaliny
nie ma Ukrainy”.
Dwór polski jak łabędź biały
a piękna Leda to Ona.

Pod kamiennym portalem
winne grona – Norwid patrzy, szkicuje
kredką czarną więc i kwiaty czarne.
Feliński znalazł ułomek krzemienia –
fiolet, biel i purpura – sutannę mu wróżą
tylko Juliusz – jakby jest a go nie ma
z okna spod jaskółczego gniazda
słychać poloneza
znajomy akord i twarz znajoma…

Stary wiarus zasnął przed cmentarną
bramą – gdy się obudzi jako anioł biały
do kraju powróci – gdzie wciąż 
jedni wołają „Wiwat!” a drudzy „Hurrra!”
Nasz Dialog o Polsce…w Ukrainie
czyli kwestia wciąż ta sama: MIEĆ czy BYĆ
dylemat zapewne rozstrzygnie
Król Duch – mądrością wieków obecny
i Święta Pani z Poczajowa


Krzemieniec, 3 – 7. 09.2012 r.


Bociany nad Warszawą

Nad Warszawą krążyły dwa bociany
to dobry znak zauważyła spotkana kobieta
duchy poległych wracają do kraju
a my ciągle w biegu.

Na rogu Świętokrzyskiej ulicy
zapalono świeczki położono kwiaty
na pamiątkę dzieci co jak kamień
rzucono na szaniec.

Kto dziś wierzy w bociany
i z fusów kawy wróży rozkazy
wolność – bilet w nieznane i pamięć
którą ciągle krzyżami się mierzy.

Piętnasta stacja sierpniowej drogi
za murem rzędy brzozowych litanii
z roku na rok niezmiennie białe
i bez końcowego amen.

Z  kalendarza odczytuję – ile już lat minęło
dwie obrączki w kościele św. Michała
więc jednak wiara i miłość chodzą w parze
jak twoja i moja Warszawa.


Na Jagodną

Pielgrzymka idzie z Kosobud
do Krasnobrodu – zrywam maliny
czerwony sok spływa po palcach
moja babka z Wołynia
chodziła w kompanii
raz do Krasnobrodu
raz do Poczajowa
(buty wkładała tuż przed wejściem do świątyni)

Szli młodzi i starzy
wołali: chodźcie z nami, chodźcie z nami
gorący asfalt był im obojętny
widziałem babkę z Wołynia
zrywałem soczyste maliny


Największa remisowa sytuacja świata

                                                          profesorowi Włodzimierzowi Sedlakowi

Przed domem znowu pojawiły się ptaki
które od dawna wyrzucono nawet
z biblijnych śpiewów.

Ten mój zakołysał na poły uschłą
sokorą i trwał jednooki
w gnieździe spalonym wapnem.

Aż koło południa pojawił się człowiek
z wędką i prosem w kieszeni
nie szukał protekcji był tylko cierpliwy.

Największa remisowa sytuacja świata
słyszałem głos znanego profesora
nim wróciłem do okna nie było już ptaka.


Jesień Poezji w Oborach

Dwór w Oborach w porannej mgle
jak biała fregata płynie po zielonej fali
jak kareta na postoju przed wielką rzeką….

Przyjechali z Berlina i Moskwy
z Warszawy, Wiednia a także Lublina.
W wysokich komnatach
rozsypały się słowa po kątach
temat ognie wykrzesał rozwiązał języki:
świadomość czy podświadomość? –
oto jest pytanie
jak zwykle było dużo poezji
każdy chciał być mistrzem i przewodnikiem
nie było końcowej pointy.

Nagle z lewej strony od drzwi legionowym krokiem
wkroczył Broniewski
teatralnym gestem wskazał palcem na serce
zapanowała cisza…
z prawej od strony portretów jak nimfa wodna
wpłynęła z szalem od stóp po głowę
Iłłakowiczówna
cicho mówiła – więc co, nie słyszeli…
aż przeciąg nagle drzwi frontowe otworzył
stanął w nich odważnie
Słonimski
z białą kartką w części zapisaną
palcami wystukał fragment kajdaniarskiego mazura
i spytał
kto jeszcze nie podpisał?
Oczami pytali:
kto co jak i dlaczego?

Wnet główny wodzirej dał znak:
do koła do koła do koła
jak stali tak ruszyli
noga za nogą głowa za głową
słowo za słowem
w lustrzanych ścianach widzieli swoje twarze
pytali: kto to?

Niby liście z dębu za oknem
odpływali odpływali 
i ci z Berlina Moskwy Warszawy i Wiednia
także z Lublina.
W Oborach była już tylko jesień
i cisza.

(17 października 2014 r.)


W oczekiwaniu na proroka

Jak cień chodzą za nami ulice wypalonych drzew
rozpędzone auta wślizgują się w jelita:
czuję ich zawrotne pętle wokół pępowiny.
Oto ciężarne wystawiają swoje brzuchy
aby już teraz nienarodzone przyzwyczajały się
do nowych warunków, .Proporcje ołowiu we krwi
systematycznie muszą wzrastać.
Do nowych cen paliwa należy się tylko
Przyzwyczaić. Oczekiwany prorok przyjedzie
rzygać będzie spalinami jak manną niebieską.
Bracia z ulicy Niecałej
ćwiczą już swoje zaśpiewy
Głodni wciąż domagają się chleba.
Zakochani marzą o komorach orgazmoidealnych
wszyscy inni maszerują. Koniec świata.
koniec świata..


Rytm i sacrum

Już dawno w jatkach sprzedawano opłatki
i piwo niezbędne dla czystej asenizacji.
W lustrach które ustawiono na przeciwległych
wzgórzach obserwowano jak urodzeni bez nałogów
dosiadali papierowych lotni skrzydła własne
łamiąc aby pełzać wygodnie i zgodnie
z naturą.

Drzwi do lasu postawiono także
aby sprawdzać siłę nabywczą srebrników.
Wszak jedno drugiemu nie przeczyło nigdy
a nawet miało się wprost proporcjonalnie.
Wtedy spotkałem Marię na głównej ulicy
Józef ledwie za nią nadążał. Przyjechali
z dalekiej prowincji i wyraźnie widać było
że się spodziewali.

Kropla po kropli dotykała źrenicy. Przewożono
ją na sygnale. Różdżkarze dobrego uczynku rozpędzali
zbiegowisko. Wiarołomni stali się piękniejsi i cisi.
Zapalały się neony – miasto żyło rytmem metropolii.
Z lokali dymiło jazgotem elektronicznych rytmów
i spermą mieszaną z alkoholem. Wracałem
z rozerwaną koszulą do domu. Na rogu młodzi
poeci dobijali zakładu o kolejne mistrzostwa
ikarowych lotów. Myślałem o Marii.


Znowu to pytanie

                                              pamięci Władysława Głogowskiego KLA 4457

Ukołysałeś swoją ziemię
w samo południe drogi
gdzie rozchodniki słoneczne
i strzępy wołania zarasta las

na drutach rdza? krew?

Mgła
wiosłami rąk wpływasz w to mleko
i chyba tu
pociąg wyjąc w bocznicę zjeżdża
a w ciszy płacz? szczekanie psów?

Wenn ich für je sieben erschossene
Polen ein Plakat aushangen lassem wolte

Usta łowią krople deszczu
w biegu zastygłe ramiona
to pejzaż martwej natury
czy sen zmęczonych oczu?

… dann würden die Wälder Polens
nich ausreichen, das Papier herzustellen
für solche Plakate…

Ukołysałeś swoją ziemię
w stallach jesiennych szubienic
gdzie twarze krwawią słowami
i liżą stopy wiatrów.

Skąd jest ten dym? ta mgła?
te dziwne skojarzenia?


Miasto z królewską metryką

Długo oczekiwałem tego spotkania
przeczytałem w hotelu wiersz młodego
poety i droga wydała mi się krótsza
do galerii zeszłowiecznych portretów.

Próbowałem tłumaczyć i słuchać
dlaczego światło odwróciło się
od podniebnych wież w alei kasztanów
gdzie właśnie budziła się wiosna.

Panie – mówiłem błogosław tym co pozostali
obecność ich jak pomnik trwa –
kolanami wydeptany kamień
więcej znaczy niźli słów różaniec.

To miasto nazywa się Semper Fidelis
i przewodnik z laską jak Mojżesz
odczytuje z kamienia imiona i daty:
Sfinks tajemny przed ratuszem trwa.


Lubelscy bibliofile

                                             Pamięci Józefa Czechowicza –  poety i bibliofila

Księgi pachną akacjowym majem
bibliofile zapatrzeni w szereg  liter
płyną po kartkowym oceanie
woluminy zdobią ekslibrisy
zwykła pieczęć kanonicznie zakazana.

Przez lubelskie bramy idzie orszak
białego kruka z tarczą słonecznika
granatowe togi fantazyjnie birety
ojciec Konrad od pierwszej oficyny – na czele
zaraz obok brat Hieronim o biblioteczne księgi zatroskany
dalej Gurbajan – z gruzińska dowcipnie przezwany
i Zbigniew z Poczekajki i Henryk z Toronto
Waldemar z Wołynia i Zbigniew z Polesia
jest też Ewa z Sandomierza i Halina z Lublina
Leszek od dziennikarzy i Adam z filmową kamerą.
także Andrzej ze Stawu co się Krasnym zowie
z Nałęczowa zaś Jerzy i Jerzy z Czechowa.
Komiliton Tarłowski patrzy na to z góry
jednemu brodę dorysuje
drugiemu przypnie listek laurowy.

Idzie orszak – w oknach znajome twarze
Biernat z Lublina i Jan z Czarnolasu
w dawnych słowach pełne miodu treści:
„kto miłuje księgi, nie miewa tęskności”
nie samym chlebem człowiek żyje
choć księgi wciąż droższe od chleba.

 Lublin, Dzień Książki, 23 kwietnia 2019 r.


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko