Krystyna Habrat – PANIE PODRÓŻUJĄ I PISZĄ

0
306

Dziś  napiszę o dwóch książkach,   w których  panie opisały swe wojaże. Obie książki wydane  przez Wydawnictwo Literackie Białe Pióro.Kolejność autorek alfabetyczna.

LEKCJA URODY ŻYCIA
czyli
O książce Agnieszki Kazały i Haliny Kowalczuk APETYT NA ŻYCIE

     Na początku września, kiedy jarzębiny zaczynały się czerwienić i lato jakby już odchodziło, było mi  czegoś żal. Wtedy pomyślałam o czytanej akurat książce, że jeśli  chce się  zachować w sobie radość słonecznego lata, warto po nią sięgnąć. To książka autorstwa Agnieszki Kazały i Haliny Kowalczuk pt.:  APETYT NA ŻYCIE.

   Są tu opowieści o podróżach po świecie w tonie optymistycznym, pełnym urodziwych przejawów powszedniości, tak podczas pokonywania dalekich przestrzeni jak i pomiędzy wojażami. Obie autorki lubią nie tylko poznawać nowe miasta, ale też zjeść coś dobrego, czymś się zachwycić, pozłościć, pośmiać i potem to opisać. A piszą nie tylko o podróżach, bo i powieści dla dorosłych oraz bajki dla dzieci. Pozycja, o której piszę ilustrowana jest przez jedną z nich: Agnieszkę Kazałę. Książka dostarcza dużo wrażeń. Dlatego określiłam ją, jako lekcję urody życia.

   Na jej stronicach zazwyczaj świeci słońce i panuje lato. No,  zdarzają się  też deszcze, nawet groźne burze. Nie tylko jasne dni, ale i ciemne noce. Mimo to po lekturze ma się wrażenie, że tam cały czas panuje słoneczna radość.

  Po pierwsze dlatego, że cała akcja wbudowana jest w letni pobyt nad morzem dwóch pań pisarek, a po drugie – obie te panie cechuje beztroski, żywiołowy temperament, radość życia i ciekawość świata. Przez to ich kontrastowe cechy się uzupełniają.

  Na początku  przez kilka dni plażują, zajadają  ryby oraz inne przysmaki nadmorskie, a buzie się im nie zamykają. Snują wspomnienia z tego, co ich życiu nadaje najżywszych barw,  bo  opowiadają o swych podróżach po świecie. Rozmawiają też o  pisaniu książek, o jedzeniu i przyrządzaniu zwykłych i  niezwykłych przysmaków i wszelkich innych przyjemnościach. Ale najwięcej właśnie o podróżach. Często połączonych z zajadaniem się lokalnymi przysmakami.

    Książka  działa na  wiele zmysłów czytelnika, na oczy, uszy i język. Opisy poznawanych miast i zabytków są barwne i pełne konkretów, a  gdy opowiadają o tym, co tam jadły lub akurat same coś nad morzem przyrządzają, choćby rybkę na grillu, to nawet raczą czytającego przepisem. I jeszcze figlarnym rysunkiem Agnieszki Kazały.

  Są też aktualne wydarzenia, jak kupowanie wczesnym rankiem rybek prosto z kutra. Jest spotkanie z czytelnikami jednej z autorek, gdzie w fotelach zasiada kilkadziesiąt wiernych czytelników jej książek, które kupują, wyglądają nowych, a nawet wplatają je w swoje plany wakacyjne. Teraz na spotkaniu w kawiarni nadmorskiego pensjonatu zażarcie z autorką dyskutują, cytując z pamięci ulubione fragmenty. Rzecz do pozazdroszczenia!

  W książce  bywają, unaocznione czasem aż do bólu, przygody podczas wspominanych  wojaży zagranicznych. Czytelnik razem z autorkami przeżywa lęki przed podróżą samolotem (no, z jedną), popłoch, gdy się któraś przez zagapienie odłączy od wycieczki z przewodnikiem i zagubi w całkiem obcym miejscu.  Ale ma się satysfakcję, gdy autorka pyskuje “po warszawsku” gdzie trzeba, choćby   ratując się tak przed naciągaczem na pamiątki.

  Nie wiem ile jest w bohaterkach samych autorek, ale coś mi mówi, że to podobne ekstrawertyczki, które  nie usiedzą w miejscu, lubią ludzi i nie pozwolą sobie dmuchać w kaszę. A co najważniejsze: więcej ich bawi niż smuci. Dlatego przeżywają mnóstwo zabawnych przygód. Ważną stroną tej książki jest jej pogodny charakter oraz humor.

   Tak, obie panie bez przerwy paplają i  mają tak dużo energii, iż całymi dniami potrafią  biegać po zwiedzanych miejscowościach i nigdy nie bolą ich nogi. Tak się wydaje, bo jednak bolą, co widać już pod koniec, ale nie umniejsza to ich apetytu na poznawanie nowych miast, zabytków, muzeów, ulic i ciekawostek danego miejsca. Zwiedzają Wenecję, Wiedeń, Paryż, Lizbonę, Barcelonę, Niceę, Monaco i  Egipt. A chyba i więcej.

   Jedzą wszędzie miejscowe przysmaki, a potem podają przepisy to na pstrąga w płatkach migdałowych, to kociołek drwala, sernik wiedeński, nalewkę. A co jeszcze, trzeba wyczytać i zobaczyć w książce.

  Czyta się  ją lekko i szybko, bo autorki  żwawo biegają przez miasta Europy i nie tylko, ale i piszą wartkim stylem. Nie szpikują tej prozy nadmiarem liczb czy dat, unikają fachowych opisów. Opisują tak, jak to przeżywa zwyczajny turysta, który musi czegoś dotknąć, nawet gdy nie wolno, zachwycić się kolorami, czasem się zagapi, czasem zmoknie, ale szybko rozpoznaje swoiste zwyczaje przewodników czy natrętnych sprzedawców pamiątek i nie daje się oszwabić. Pstryka bez przerwy zdjęcia,  i  na koniec bolą go nogi.

  W książce występuje jeszcze jedna autorka, ale raczej poprzez swe piękne wiersze, związane z tematem korzystania z uroków życia – Agnieszka Krizel.

  Na koniec  jeszcze raz podkreślę, że w tej książce jest dużo humoru. Obie autorki potrafią patrzeć na życie od strony zabawnej, ale też same przeżywają dużo zabawnych przygód.

   Polecam tę książkę na dni jesienne, by rozjaśnić je słonecznymi obrazami z podróży obu autorek a także ich humorem. Zawsze  powtarzam, że powinno się mieć w życiu dużo wrażeń, aby było ciekawiej i smakowiciej. To dają między innymi podróże. Po miejscach znanych z powieści, z filmów. Podróże według przewodnika książkowego i z przewodnikiem – osobą, albo bez, ale zawsze, by oprócz tego, na co oni kierują nasze oczy, uszy, przeżyć jeszcze coś swojego,  w czym inni  nie mieli w tym udziału, nie zauważyli. Z każdej podróży coś takiego się przywozi. A trzeba jeszcze wytężyć wszystkie zmysły, by jak najwięcej poznać. Ja kiedyś tak poznawałam  smak mazagranu w Walencji, likieru u zakonnic w górskim klasztorze Montserrat,  kartaczy  koło Wilna, lodów w podparyskiej siedzibie Napoleona… Zaraz, mazagran? tak nazywał się słodki napój z migdałów? Muszę to sprawdzić.

  To jest właśnie smak podróży, smak życia. Trzeba mieć na nie, jak głosi tytuł książki: APETYT. Ta książka to prawdziwa lekcja urody życia.

PODRÓŻE MAŁE I DUŻE

czyli

refleksje nad książką Jadwigi Śmigiery MÓJ KRAJ NAD WISŁĄ

  Autorka książki MÓJ KRAJ NAD WISŁĄ  zwiedziła kawał świata, zna kilka języków, ale jej czwarta książka opowiada o Polsce. Opowiada w niej o miejscach znanych, mniej znanych i czasem o prawie nieznanych, ale opowiada tak, jakby za każdym razem odkrywała coś zupełnie nowego, co dostrzegła tylko ona. Zaciekawia czytelnika tajemniczością różnych zakątków kraju, zwraca uwagę na piękno krajobrazu, ale też na detal architektury czy dzieła sztuki.

   Kiedy opowiada  o Kościele Mariackim w Krakowie, to nie o wszystkim po kolei, ale wybiera ołtarz Wita Stwosza i  akcentuje widok rąk Matki Boskiej. To się zapamiętuje. Tak jest celnie.

  Dworek w Bronowicach, jako miejsce pomysłu i akcji “Wesela” Wyspiańskiego,   uzupełnia subiektywnymi odczuciami i zdjęciem ze swojej tam wizyty.

  Podobnie opowiada o mniej znanych miejscowościach. O Tykocinie, Orońsku, Łowiczu, Kozirynku, Mielniku, Wąchocku. Przybliża nam je, ubarwiając lokalną legendą, humorem, przewrotnym opisem lub skrywając znaną nazwę miejscowości pod niegdysiejszą, zapomnianą. Autorka bawi  nas dowcipem nie tylko w rozmowie ze znanym z kawałów  najśmieszniejszym sołtysem z Wąchocka. Ją też cechuje subtelny humor.

  Ale nie tylko bawi,  przekazuje również sporo rzetelnej wiedzy historycznej o danym zabytku, ruinach czy mieście. Kiedy opowiada o dużych miastach nie porywa się na opowiadanie o wszystkim po kolei, ale wybiera jedno miejsce i robi to po swojemu – zaciekawia spojrzeniem subiektywnym. Przemyca tu i ówdzie nazwiska wielmożów, za sprawą których to coś   powstało i było przebudowywane,  ale kto by tam spamiętał. Wiedzieć jednak trzeba. Podaje też  sumiennie daty i liczby, Np wysokość obiektu. Na szczęście tym nie zamęcza. Tak! Nie zanudza  erudycją, a przytacza to jakby od niechcenia i z wdziękiem.

  Tę książkę powinno się czytać z mapą Polski, dużą kartką papieru i  czymś do pisania, żeby na mapie podkreślać opisywane w książce miejscowości, a na kartce – ciekawostki, jakie warto w tej miejscowości zobaczyć. Nie tylko zobaczyć, a często, wstępując po zwiedzaniu śladami autorki do wspomnianej przez nią kawiarni, barku czy restauracji, skosztować to, czym ona się  w tym miejscu  raczyła. Bo ta książka działa nie tylko na nasze oczy, uszy (koncerty w Żelazowej Woli i nie tylko), ale i podniebienie. I na nogi też.  Autorka jest jednak niezmordowana. Po górach też się wspina, ma nawet odwagę wpadać tam w śnieg po pachy i wyżej.  Nie dysponując samochodem, jeździ po kraju pociągami, autobusami, i co wprost jest niewiarygodne, zamiast się w wolny dzień wyspać do woli, ona o godzinie 8.02 wsiada już do pociągu, by zawiózł ją do wybranej mieściny. A przecież jeszcze z domu musiała dojechać  czymś do pociągu. Użyłam przed chwilą słowa: “mieścina”, co może umniejsza rangę niejednej miejscowości, ale miasteczkiem autorka nazywa to jedno – jej ulubiony Kazimierz.

    Koniecznie trzeba podczas czytania tej książki notować, gdzie jakie ciekawostki, detale się znajdują, żeby tam wszędzie dotrzeć. Warto przecież wiedzieć,  w jakim mieście jest trójkątny rynek, gdzie muzeum im. Toni Halika, czy muzeum instrumentów ludowych, i  co to są mazanki czy burczybasy, albo jak to jest z tym Kozirynkiem? Nie zaszkodzi nawet mieć świadomość, gdzie i jak żyją u nas ci najbogatsi, co trudno  sobie wyobrazić w naszym do niedawna socjalistycznym kraju.

   Mnie zainteresowały bliższe informacje o Hulce-Laskowskim, bo spotykałam to nazwisko pod ciekawymi artykułami w przedwojennych  czasopismach kulturalnych. Tu szybko  dodam, że mnie jeszcze wtedy długo na świecie nie było. Za  naszych czasów do powszechnej wiedzy nazwisko to docierało rzadziej. Głównie w kontekście jego  przekładu Szwejka.

  Ciekawe są też informacje o artystach związanych z Kazimierzem, a szczególnie o skupionych kiedyś wokół znanego malarza przedwojennego Tadeusza Pruszkowskiego. Znałam to  z  książki Pt  “Oczarowania”, gdzie jego uczennica  Irena Lorentowicz –  słynna później scenograf – opisuje odbywane tam plenery malarskie. Tu dodam, że bardzo lubię książki pisane przez malarzy. Bywają barwne i zmysłowe tj. działające na wiele naszych zmysłów. Pani Śmigiera pisze podobnie, bo też ma w genach artystyczną duszę. A po kim i czyje rzeźby przekazywała do muzeum – dowiemy się z jej książki. Ona też kusi nas do odwiedzania różnych miejsc nie tylko poprzez  ciekawy opis ale też, gdy mimochodem wspomina o kawie i czymś słodkim lub  lokalnym przysmaku, gdzieś w cukierni czy restauracji. Podobnych ciekawostek jest tu więcej na każdej stronie. Ale najważniejszy jest  bijący z tej książki zachwyt dla naszej ziemi ojczystej, dla jej przepięknych krajobrazów, przyrody, architektury, zabytków,  historii i ludzi tu żyjących.  

  Tu miała być puenta z pochwałami i wielkimi słowami, ale autorka książki nie lubi takich, więc kończę, a czytelnik sam sobie dopowie, co odczuje.

  Krystyna Habrat

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko