Andrzej Walter – Licencja na samego siebie

2
355

   Kiedy zaczyna się dorosłość? Kiedy mierzymy miarą odpowiedzialności? A co to jest odpowiedzialność? Czy jest to świadomość konsekwencji swoich decyzji w życiu? Czy zdolność ich udźwignięcia? Czy też świadomość jak one wpływają na drugiego człowieka?

   Co nas czeka kiedy przekraczamy progi dorosłości? I kiedy go dziś przekraczamy?…

   Jak żyć? Dokąd iść? I po co? Nie pytamy już nawet z kim, bo staliśmy się niby samowystarczalni. Nie pytamy już dlaczego, bo przecież dobrze wiemy „dlaczego”. Nie mam innego wyjścia. Trzeba iść. Naprzód iść. Choćby i wbrew światu…

   Chciałem dziś napisać o książce wyjątkowej… o „Licencji na dorosłość” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej…

„Każdy człowiek jest jak taka fala. Wdziera się w drugiego człowieka jak woda w ląd i zawsze coś z niego zabiera ze sobą. Zabiera to coś na zawsze. Jednocześnie człowiek jest i falą, i sobą, czyli człowiekiem. Jest więc czasem tym, któremu coś się wydziera, i czasem tym, który sam coś komuś wydrze. To dlatego zetknięcie się z drugą osobą zawsze nas zmienia”. Te słowa Maćka wryły jej się w pamięć. Choć przecież wtedy, gdy słyszała je po raz pierwszy, nie myślała, że będą miały dla niej aż takie znaczenie. Jak się okazało, nie tylko dla niej.(…)”

fragment powieści

   Najpierw na tym świecie była idea, potem stała się ona trybikiem w maszynie, a dziś mamy bezwzględną samorealizację, fetysz współczesności zadany mimochodem w ramach potwora edukacji oraz hodowli człowieka postprzemysłowego. Jak w takim świecie ma się odnaleźć niewinna i naiwna młodość i czy nadal jeszcze pozostała ona takąż właśnie: niewinną i naiwną? Czy zadajemy jeszcze te kłopotliwe dla świata pytania i czy drążymy jeszcze tę dojmującą współczesność? Czy jedynie może usiłujemy się wpisać, wpasować i dostosować? Czy udaje nam się wzorcowo przypodobać temu światu i znaleźć w nim adekwatne dla nas miejsce? Czy potrafimy jeszcze … kochać, szarżować i … czuć?

   Małgorzata Karolina Piekarska podjęła się wyczynu niemożliwego. Podjęła się napisania książek dla najmłodszych, młodych i tych… przełamujących fale dorosłości. (bo zauważmy, że „Licencja na dorosłość” to ostatnia część trylogii: „Klasa pani Czajki”; „LO-teria” i właśnie ostatnia pozycja „Licencja na dorosłość”)

   Małgorzata Karolina Piekarska podjęła się tego w czasach barbarzyńców, w czasach nieczytelnych, w czasach, w których książka straciła swój nimb przewodniczki narodów, straciła swoją sprawczą moc i swoją niepowtarzalną magię nauczycielki życia. W czasach, w których książka stała się zbędnym balastem dla mniej przystosowanych.

   Małgosia podjęła się tego i wyszła z tej próby zwycięsko. Ba, to mało powiedziane. Wyszła ewidentnie z tarczą. Ujarzmiła swoje Termopile i napisała książki tak wyjątkowe, niepowtarzalne i nietuzinkowe. Książki (!!! sic) nie pozwalające na obojętność i nie pozwalające na brak zaangażowania emocjonalnego. Bardzo zaprzyjaźniłem się z tą lekturą. Wchodziłem w nią jednak dość długo, bardzo powoli, spokojnie i dość opornie. Różnica czasów, może wyzwań i doświadczeń, albo i różnica perspektyw, różnica widzenia i postrzegania świata, hierarchii i systemów wartości, mentalności, nawet marzeń… a może nawet nie, nie wiem, może to po prostu stan ducha. Mojego ducha. Mojego etapu życia?

   Małgosia napisała książkę niesamowitą. Musiała, aby ją napisać, wykonać gigantyczną pracę poznawczą, setki rozmów, spotkań, a co bezcenne – wykształtowania w sobie tej niesłychanej i dalece empatycznej umiejętności wejścia w skórę i duszę współczesnych młodych ludzi u progu tak zwanej dorosłości.

   Wyszło Jej to genialnie. Napisałem wcześniej „tak zwanej dorosłości”, gdyż i ten aspekt życia ta książka porusza i rozważa. Kiedy, i czym tak naprawdę, zaczyna się ta mityczna dorosłość? To wyjątkowa lektura, która stawa nam tak wiele pytań, że aż nie mogą się one w sposób prosty i poukładany pomieścić w naszych głowach i scalić w jakąś rozpoznawalną całość. Ich rozproszenie nadaje naszym poszukiwaniom głębszy sens i wciąga nas w opowiedziane historie, w przedstawione sytuacje i scenki obyczajowo-życiowe stawiając nas niejednokrotnie wobec scen już jakby gdzieś widzianych, jakoś tam rozpoznanych, odkodowanych, ale trochę w innym wymiarze, z innej, nowej perspektywie, przy dodatkowych okolicznościach, sami zaczynamy zastanawiać się jak my byśmy się tu zachowali, jak postąpili i co wybrali…

   Zawsze bowiem możesz: pójść w lewo, albo w prawo – wybrać dobro, albo zło, wybrać bliźniego, bądź też wybrać siebie – wybrać słabszego, albo postawić na silniejszego… problem w tym, że dożyliśmy czasów, kiedy te wybory, dylematy i rozterki są: zamglone, zdeformowane, zrelatywizowane i zaciemnione współczesnością, która tak wiele stawia na głowie i na odwrót, i która proponuje nowe systemy hierarchii i wartości, która mami postępem i nowoczesnością w miejsce tradycji czy tożsamości, która wreszcie fałszuje tolerancją – słowem – wytrychem współczesności.

   I nagle dochodzimy do konstatacji, że powieść Małgorzaty Piekarskiej wcale nie jest tylko dla młodych, a jest tak naprawdę dla nas wszystkich (choć uważam, że jeśli młodzi tylko chcieliby ją czytać, zgłębiać i rozważać – byłoby świetnie, zwłaszcza dla nich). Małgosia bowiem napisała książkę klucz. Książkę, która w gąszczu pytań podsuwa właściwe odpowiedzi. Nie nachalnie, nie stanowczo, delikatnie, kobieco, podsuwa po prostu dobre drogowskazy, dyskretnie sugeruje, który z wyborów jest bardziej oczywisty, która droga prowadzi do większej głębi i do prawdziwego wymiaru sensu. Sensu: życia, świata i samego siebie. Taka ot recepta … na licencję.

   I możemy znów zapytać. Ile masz lat? Kto może w twarz rzucić ci … drań? Tak, kochani, to była piosenka z lat mojej młodości. Urszula wraz z Budką Suflera zadała nam kiedyś (ba, ponad 30 lat temu) takie niedyskretne pytanie. Pytanie, które ja sobie zadaję do dziś i najprawdopodobniej, dopóki mam i używam wciąż swojego sumienia, takie pytanie będzie mnie zapewne dręczyć już do samego końca.

   Nie ulega też wątpliwości, że ta książka jest zwierciadłem, w którym możemy rozpoznać samych siebie sprzed dwudziestu, trzydziestu bądź czterdziestu lat, w którym możemy odnaleźć paralelę istoty naszego przepoczwarzania się z dzieci w dorosłych, w którym wreszcie doszukamy się jaskrawo przedstawionych zmian dziejowych, kulturowych czy społecznych – istotnych i diametralnych, wręcz totalnych zmian, które jednakowoż wcale nie zmieniają istoty tych odwiecznych pytań czy dylematów: kim jestem, dokąd zmierzam, co chcę w życiu robić, jak się spełniać i jak ułożyć swoje relacje z tym światem, z ludźmi dookoła, z bliskimi i z tymi dalszymi, a nawet z losem, z przeznaczeniem i ze swoją duszą zanurzoną zawsze we współczesność jakąkolwiek by nie była. I pytanie zasadnicze: czy odnalazłem już tę mądrość, odpowiedzialność i prawdziwy sens stawania się człowiekiem, który pojął po co właściwie jest … jest to wszystko i po co on – człowiek pojawił się na tym świecie.

   To naprawdę było niełatwe wyzwanie. Małgorzata Karolina Piekarska nie tyle, że wyszła z tej jakże ważnej próby ognia zwycięsko, lecz możemy wręcz powiedzieć, iż napisała książkę – „Licencję na dorosłość” – doprawdy fenomenalną. Książkę, która dotyka bardzo głęboko i wnikliwe całego uniwersum dojrzewania we współczesnym świecie. Nie ogłoszę tu, że odnalazła wszystkie prawdy, że udzieliła odpowiedzi na wszystkie pytania, że pokazała każdy aspekt młodości i dojrzałości, ale zrobiła coś o wiele ważniejszego – skumulowała możliwe i hipotetyczne stany, postawy i stanowiska wobec wybryków losu, wobec meandrów życia i wobec tego, co po prostu nas spotyka czy spotykało. Teraz i w przeszłości, a pewnie i jutro i pojutrze i dalej w przyszłości. Stworzyła Małgosia literacki pejzaż jakże ważnego etapu w życiu każdego człowieka jakim jest okres wchodzenia w dorosłość, właśnie przysłowiowe zdobycie nań licencji, otrzymanie zielonego światła na przeżywanie prawdziwego życia, które dzieje się realnie z nagrodami i konsekwencjami własnych wyborów, z całym wachlarzem stanów, uczuć, szalonych emocji – z wielką ilością dylematów, rozterek i niespełnionych snów.

   Trzeba też nadmienić o sprawie najistotniejszej. Książka ta znakomicie oddaje atmosferę czasów, ich charakterystykę, ducha, ich niepowtarzalne tętno, które odciska się na nas swym szaleńczym piętnem, swą wirtualnością, nowością i czymś czego jeszcze nie było.

   Książka „Licencja na dorosłość” to jedna z najważniejszych lektur obowiązkowych dla dzisiejszych maturzystów, ale i dla nas, dojrzałych już przedstawicieli pokoleń, jak to ująłem na wstępie, postprzemysłowych, postmodernistycznych czy jak tam zechcecie je nazwać w tym coraz bardziej zwariowanym świecie. Dziś przecież coraz trudniej być zarówno młodym jak i starym. Coraz trudniej otóż w dzisiejszym świecie pozostać po prostu człowiekiem.

   Jest to jednocześnie jedna z najciekawszych książek jakie czytałem, że ujmę to bardzo przewrotnie w tym segmencie rynku, który być może mało elegancko określamy mianem literatury młodzieżowej. Jeszcze nie tak dawno literaccy fachowcy rozpisywali się, że segment ten przeżywa spory kryzys treściowo-poznawczy czy też ujmując rzecz inaczej ciężko ten gatunek literatury wypełnić niegdysiejszymi talentami pokroju: Niziurskiego, Bahdaja czy Domagalika albo Siesickiej.

   Na tym tle Małgorzata Karolina Piekarska śmiało „Licencją na dorosłość” wkroczyła na ścieżkę ewidentnego dołączenia do wymienionego Panteonu wielkich twórców literatury tak zwanej młodzieżowej. Oczywiście z pełnym zastrzeżeniem różnic: wieku, etapu twórczości, dorobku i całej swojej, że tak to ujmę „przyszłości literackiej”. Jednak jakość tej książki, jej potencjał i nie bójmy się tego powiedzieć – wartość merytoryczno-poznawcza są przecież ogromne – w tej właśnie warstwie dorównująca mistrzom. Zapewne nie stanie się ona taką legendą w jaką swego czasu przeistoczył się „Sposób na Alcybiadesa” Edmunda Niziurskiego, ale przyczyn tego stanu rzeczy należy dopatrywać się raczej w randze i pozycji literatury jako takiej (w ogóle we współczesnym świecie) w zespoleniu z duchem tych właśnie czasów, które są po prostu: mniej zabawne, bardziej poważne, policzalne, merkantylne i nacechowane generalnie zupełnie odmiennym charakterem współczesnej szkoły, młodzieży oraz całego kontekstu młodości jako takiej.

   Najzwyczajniej – dziś nie da się napisać takiej powieści jak „Sposób na Alcybiadesa” ponieważ nie ma już takich profesorów Misiaków, nauczycieli z poprzednich epok, epok dawno minionych, które nie powrócą. Nie ma już takich Alcybiadesów, ale i nie ma takich uczniów, młodych ludzi, rwących jak szarańcza do szaleńczego przeżywania świata w zupełnie inny sposób niż obecna młodzież – kunktatorska, znająca rangę edukacji oraz pełną jej efektywność wyrażoną późniejszą pozycją społeczną czy wręcz siłę rynkową tej pozycji. Może to i smutne, lecz jak udowodniła Małgosia nie umniejsza powadze opisania współczesnej młodzieży, ich człowieczeństwa, potrzeb i uczuć czy emocji w pewnym sensie takich samych jak dawniej i tak samo silnych jak zawsze.

    Człowiek w swej naturze wcale się nie zmienił, za to dramatycznie zmieniły się okoliczności, czy tego chcemy czy nie. Świat jest dziś tak dalece inny, że … strach się bać. Przeszłość niniejszym stała się księgą nieodwracalnie zamkniętą i w pełni zakończoną. Bezpowrotnie. Nie wskrzesimy tamtej atmosfery, tamtych talentów, twórców i ludzi, którzy tworzyli ówczesną rzeczywistość. Musimy raczej wypatrywać nowych liderów pisarskiego rzemiosła i nowego wyrazu czy nowego wydźwięku literatury jako sztuki, a zwłaszcza sztuki wpisanej w popkulturową, dalece rozrywkową rzeczywistość współczesności. Pisałem już o tym wielokrotnie – zakończył się czas „ciężkich Norwidów”, stutonowych wieszczów, epickich baronów roztaczających skutecznie działające wizje realności i mających faktyczny wpływ na jednostki i masy.

   Współczesna literatura przestała zmieniać świat. Współczesna literatura rewolucyjnie wręcz zmieniła swoją rolę. Współczesna literatura zaczęła stanowić jedną z ofert artystycznej rozrywki na równi z rozrywkami innymi: kontemplowaniem malarstwa, czy fotografii, filmu, dobrego kabaretu czy piosenki. Koncert Quennów może mieć przecież zbliżony potencjał artystyczny. Instalacja Katarzyny Kozyry też jest przecież sztuką… dajmy na to taka „piramida zwierząt” – współczesna rzeźba-instalacja wykonana w 1993 roku przez Katarzynę Kozyrę, artystkę reprezentującą nurt krytyczny w polskiej sztuce najnowszej… Choćby i tylko krytycy sztuki współczesnej nam narzucili myślenie o tej instalacji jako o sztuce – ciężko dyskutować z faktami.

   Literaturze pozostała wielkość kształtowania bogatej wyobraźni, funkcja dalece poznawcza oraz wielkość jej intymności doświadczania. To nadal bardzo wiele i wydaje się wystarczająco do przetrwania literatury jako takiej przy tendencji zwiększającego się zanikania wręcz wszelkiego czytelnictwa. Dlatego właśnie uważam takie książki jak „Licencja na dorosłość” za książki bardzo, bardzo ważne.

    Siłą tej książki jest bowiem naturalna siła warsztatu autorskiego Małgorzaty Karoliny Piekarskiej. Świetny język, wartka akcja, unikalne i atrakcyjne naszkicowanie rysów uczuciowo-emocjonalnych głównych postaci, ich wyrazistość i prawdziwość… wszystko to powoduje, że trudno się od tej lektury oderwać i czyta się nawet wtedy, kiedy drażnią inne okoliczności, sytuacje i konteksty. Choć to jednak bardzo rzadkie. Ta książka wciąga, czytelnik powoli i stopniowo się z nią zaprzyjaźnia, wciąga się dosyć głęboko w te wszystkie przywołane rozterki i sprawy głównych postaci, a przy tym nie zbliża do nich na tyle, aby stać się czytelnikiem bezkrytycznym. Słowem – autorka panuje nad proporcjami opisu i poznania postaci, wobec kreowania problemów współczesności, które są jakby podskórnie owym najważniejszym testem na przywoływaną od początku tego tekstu … dorosłość. Licencja na dorosłość jest bowiem czymś w dzisiejszych czasach tak wielce skomplikowanym, że jej opisanie i przedstawienie wydaje się w zasadzie niemożliwe. No właśnie. Licencja na dorosłość rozpoczyna się od uzyskania licencji na samego siebie. Na poznanie kim się jest i dokąd się zmierza. Na prawdzie jakie dosłownie wartości się wyznaje i czy są to te wartości, które stawiają nas ponad wszelkimi: podziałami, konfliktami i samolubnym parciem naprzód tak modnym obecnie wśród medialnych elit tego świata.

   Czy książka Małgorzaty Karoliny Piekarskiej powstrzyma współczesność przed degradacją człowieka XXI wieku, czy jakoś tam uratuje młodych i młodą naiwność z niewinnością, czy wyciągnie ich wszystkich, wkraczających w dorosłość i nas od dawna w tej dojmującej dorosłości tkwiących z bagna wirtualnej społecznościowej rzeczywistości w świat dawno minionych ideałów literackich jako wzorców zachowań, postaw czy świadectw? Nie ma na to szans, ale i ta książka takich ambicji raczej nie ma. Ta książka to doskonale zrealizowana próba bycia swojego rodzaju hospicjum młodości myślącej i czującej, nacechowanej ogładą i umiarkowaniem, nacechowanej poszukiwaniem złotego środka na swój jakże własny, zdecydowanie autonomiczny los wobec ohydy współczesności w miksturze ze złudzeniem plastikowej realizacji wydumanych marzeń. „Licencja na dorosłość” to idealna próba zrozumienia współczesnej młodości, pozytywnego i dającego nadzieję nań spojrzenia, pochylenia się nad jej wyzwaniami i trudami, nad jej realiami i metodami wybrnięcia z pętli życia nowego wieku, który zadaje nam czasami nad wyraz trudne zadania.

   Właściwie nie chciałem Was namawiać do lektury, nie chciałem dokonywać jakiejś literackiej analizy, jakichś peanów wypisywać nadaremnych poza jednym krótkim zdaniem – warto tę książkę przeczytać. Jest dobra. Bardzo dobra. I bardzo prawdziwa. Ma momenty kiedy irytuje, ma takie swoje słabsze momenty i owszem… nie jest przecież książką idealną. Jest jednak książką dalece niepowtarzalną. Pod koniec dwóch dekad nowego wieku doczekaliśmy się w końcu książki najlepiej opisującej w sposób prawie pełny współczesną młodzież, młodość i jej wybranych, acz reprezentatywnych przedstawicieli. Opisującej ich i … jak najbardziej również i nas w zwierciadle ich dusz. Brawo Małgosiu.

   Na koniec kilka słów jak najintymniej. Ta książka zmusiła mnie do wielu refleksji. Odczułem jej bezpośredni wpływ na swoje życie. To wpływ nieudowadnialny, to wpływ promieniotwórczy, dalece niedefiniowalny. Nie padły żadne ważne słowa, nie podjąłem żadnej przełomowej decyzji, nic właściwie nie zmieniłem. Jestem jednak po jej lekturze już kimś innym. Poczułem wewnętrznie, że od fazy oswojonego dystansu wobec młodych ludzi (początku tego nowego wieku) przeszedłem do fazy położenia kamienia węgielnego pod jakąś budowlę.

   Przyznacie sami, że … jednak coś się stało. Coś się urodziło. Coś zmieniło… Zobaczyłem w tych młodych ludziach nas sprzed lat. Nas postawionych w tym świecie. Za żadne skarby bym się nie zamienił… otrzymałem zatem swoją licencję na dorosłość, licencję na samego siebie, wreszcie licencję na życie. Żadna z nich nie uprawnia mnie do niczego. Wszystkie te licencje wciąż testuje wiecznie żywe sumienie, które stanowi ich ciągle aktywną pieczęć potwierdzającą jakby każdorazową wiarygodność. I tego chyba najdosłowniej nauczyła mnie książka Małgosi – to bardzo dużo… I zapewne z Wami po lekturze tej książki też tak się stanie…

   W każdym razie, kończąc ten przydługi tym razem wywód, lektura książki Małgosi Karoliny Piekarskiej „Licencja na dorosłość” to była niezapomniana przygoda. Wywarła we mnie niezatarty ślad. Rozpoczęła coś nowego. W mojej bibliotece ta książka zajmie od dziś swoje zaszczytne stałe miejsce, jako pozycja z tych najbardziej wartościowych, które właściciel księgozbioru powinien posiadać, aby w każdej chwili mógł każdemu wypożyczyć z bardzo dobrą i szczerze polecającą rekomendacją.

   I już kończąc, tak absolutnie całkowicie bezpośrednio i szczerze do Autorki (ale publicznie, odważnie), ludzie chyba nie są jak fala (cytat z fragmentu powieści), są raczej jak oceany, albo jak chmury, albo raczej jak … różne stany wilgotności i jej aktywność w ziemskiej atmosferze, ale to już całkowicie inny problem i tak naprawdę temat na zupełnie inny tekst czy inną rozmowę.

   Wierzmy nadal, że tylko od rozmowy zaczyna się i kończy w zasadzie cały świat.

Andrzej Walter

Reklama

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko