Michał Piętniewicz – Językiem po ranie. Kilka intuicji O „Domu ran” Andrzeja Sosnowskiego

0
246

Michał Piętniewicz


Językiem po ranie. Kilka intuicji O
„Domu ran” Andrzeja Sosnowskiego


Ryszard Tomczyk
     Tytuł brzmi nieco dziwnie, tajemniczo. Ciemno. Bo też wiersze są ciemne, nie ma w nich nadziei, jest dużo dekadencji. Jest świetne wykonanie artystyczne. Nie ma ontologicznej podstawy. Wszystko jest rozproszone, jest ciemność seksualnego spełnienia i niespełnienia. Język jest sprawą umowną, tak jak rzeczywistość-czyli obcujemy z językową fikcją, a nie z prawdziwymi rzeczami. Językowość świata przedstawionego prowadzi ku zupełnemu zwątpieniu, że cokolwiek przy pomocy komunikacji da się ustalić, jakiś wspólny świat, co do którego panuje zgoda. Nie ma wspólnego świata, nie ma zgody, ponieważ pojęcie świata, tak jak pojęcie zgody, są sprawami językowej konwencji, językowej umowy. Również życie to konstrukcja fikcjonalna, która w obrębie własnej, zamkniętej, solipsystycznej struktury, przeprowadza to, co nazywa się jawą oraz śnieniem. Nie ma wyjścia poza pewną umowność, a zatem iluzoryczność języka świata przedstawionego. Nie ma w ogóle wyjścia poza świat przedstawiony. Świat „rzeczywisty”, świat „obiektywny” to świat przedstawiony. Zatem świat to suma iluzorycznych percepcji jednostkowych, które nie składają się na żadną, sensowną całość, powodują dekonstrukcję, degenerację i rozpad tego, co trwałe, stabilne, dobre, mądre, piękne, jasne. Świat zmierza ku ciemnego wypełnieniu, jakim jest ciemne, seksualne jądro nihilizmu, zakamuflowane w hedonizmie rozpaczy, beznadziei, maskowanej kolejnymi wytryskami szyderczego śmiechu, czarnego humoru, ciętej ironii, żartu językowego. Nie ma możliwości obiektywizacji tych stanów prócz jednej: spojrzenia Innego. Inny może jawić się jako Bóg, albo drugi człowiek, partner dzielonego wspólnie językowego świata. Ale zarówno Inny, jak i drugi, również naprawdę nie istnieją, ponieważ ich istnienia zawierają się we wszechobecnie panującym żywiole pan językowości.

     Pan językowość jest głównym wyznacznikiem świata poetyckiego Andrzeja Sosnowskiego. Pan językowość nie jest tutaj czystym lingwizmem, awangardowym poszukiwaniem zaskakujących albo poetycko pożytecznych rozwiązań formalnych, ale jest wyłącznie odpowiedzią na egzystencję. Pan językowość poezji Sosnowskiego jest równocześnie pan egzystencjalizmem oraz dekadentyzmem, mimo że nie jest to poezja egzystencjalna ani dekadencka w tradycyjnym rozumieniu tych słów.
Nastąpiło raczej w wypadku Sosnowskiego przeformułowanie pojęć dekadentyzmu oraz egzystencjalizmu poprzez totalne oraz całkowicie arbitralne zanurzenie się w żywiole językowości własnej egzystencji. Nie ma wyjścia poza język, tak może powiedzieć podmiot i bohater wierszy Sosnowskiego. Obca jest tej poezji wszelka jakość nadrzędna: Bóg, władza, honor, moralność. Ze słów najbliżej matecznika, jest słowo dom. Ze słów, które mogłyby stanowić substytut jakości nadrzędnej, wybieram, aby dookreślić tę poezję, słowo system. Poezja jest odpowiedzią na system w dwojakim znaczeniu: po pierwsze jest odpowiedzią na system językowy, poprzez ujawnienie jego fikcjonalności, iluzoryczności, umowności oraz konwencjonalności, po drugie jest odpowiedzią na system polityczny oraz społeczny, poprzez ujawnienie tych samych mechanizmów, którego według podmiotu tych wierszy, stanowią o języku jako o systemie, czyli maszynie generującej fałszywe znaki, znaczenia, iluzje, fantomy, ogólnie rzecz biorąc, błędne mniemania o tym, czym jest rzeczywistość.
Jest oczywiście pozorną nieuchwytnością, oraz pozorną niewypowiadalnością (żeby coś wypowiedzieć, coś musi uprzednio tkwić wcześniej, w pierwotnej głębi, platońskiej jaskini poezji, w którą podmiot wierszy Sosnowskiego po prostu nie wierzy, wybierając nicość). Zatem niewypowiadalność poezji, jej przedustawna, mityczna treść, jest taką samą, językową fikcją, jak wszystko inne: świat to zbiór pustych pojemników po języku, fantomów, iluzji złudzeń, z których nie da się niczego zaczerpnąć, oprócz pragnienia zaczerpnięcia z rzeki Cedron (pragnienia, które nie dostaje wody żywej, jest samym pragnieniem, równie fikcyjnym i pojemnościowo oraz znaczeniowo pustym, jako woda żywa, znak, który odsyła do rzeki Cedron), który z kolei odsyła do siebie samego, na tym wyczerpuje się potencjał znaczeniowy i treściowy, osiągając kulminację radykalnej negacji, że coś poza językiem może w ogóle być i znaczyć, że jakikolwiek znak odsyła do jakiejś żywej treści, zamiast do siebie. Zatem „Dom ran” jest pustym, ciemnym domem, w którym nie ma nic prócz rany po języku. Albo raczej po tym, czym mógłby być język, gdyby nie wyparł się swojej pradawnej mityczności, nie wyeliminował rdzenia, fundamentów i korzenia. Tęsknota? Nie ma w tym tęsknoty, ponieważ potencjał znaczeniowy słów, jak i możliwości języka, zostały wyczerpane w sposób tak radykalny, że nie ma już nic oprócz ran. Słowo „dom” odsyła do obszaru swojskiego, bezpiecznego, w którym można czuć się dobrze. Zatem paradoksalność tytułu zawiera się w jego niemożliwej do rozwiązania sprzeczności pomiędzy tym, co dobre, korzenne, archetypowe, swojskie i własne, jasne, a tym, co wynika z ciemności, radykalizacji gestu językowego, występku a nawet przestępstwa, które moralnie jest po prostu naganne. Bo też poezja Sosnowskiego nie wybiera moralności-zamiast moralności wybiera to, co ciemne, seksualnie perwersyjne, wybiera rozkosz, przyjemność tekstu, popartą działaniami, które mają również przynieść rozkosz obcowania z językiem, który nie przynosi ze sobą żadnych praw ani reguł, oprócz samych tylko językowych mechanizmów, całkowicie umownych, gdzie słowo prawo może być na przykład zastąpione słowami kalandra, scytala, mantrykora, leucrotta. W tego rodzaju systemie językowym, poetyckim, obowiązuje tylko jedno prawo: wewnątrzsterowne prawo samego języka, które ze swej istoty, jest nieprzewidywalne, kapryśne, meandryczne, kameleonowe, metamorficzne, prowadzącej ku największej aporii, to jest do wszechobecnej nicości, z której wyłania się jakiś pozór bytu, o którym już wielokrotnie wspominałem, czyli sam język, pojmowany jako fikcja epistemologiczna oraz ontologiczna.
Poezja Sosnowskiego jest poezją otwartej rany, zamkniętej w ciemnym domu, w którym drewna w kominku są zimne, póki nagle nie rozpali ich jakiś dziwny zaczyn:

Nasłuchiwał, pochylony w stronę zimnego kominka, po czym ciężko skinął głową. Zamknął ze smutkiem drzwiczki, zbliżył się do swojego młodego przyjaciela i pociągnął go do stołu. Usiadł na krześle pod lampą i rzekł szeptem, zwierzając się jakby z własnej tajemnicy: – Stosy zostały podpalone i czerwone języki ognia rozdarły straszliwą ciemność nocy, na zawsze potęgując wrażenie widowiska. Wówczas w niebo wystrzeliły sto pięćdziesiąt dwa słupy światła i powstała ogromna katedra.

Poezja Sosnowskiego tłumaczy się sama przez się-nie chce innego wytłumaczenia poza samą sobą, chociaż siebie tak naprawdę nie potrafi dobrze skomentować, jedynie przybliża się do pewnych pojęć religijnych, filozoficznych oraz literaturoznawczych: pustka, rozpad, Apokalipsa, śmierć, rozkosz, przyjemność, perwersja, seksualność, fragment, kultura masowa, kultura popularna.
Podmiotu wierszy Sosnowskiego nie interesuje świat, jako jakakolwiek obiektywność, ile raczej to jak świat dzieje się w języku i poprzez język, jak jest w języku stwarzany. Proces poznawania świata jest u Sosnowskiego procesem poznawania języka. Ale jeszcze raz podkreślam: nie tyle lingwistycznym, ile mimo wszystko egzystencjalnym. Wymiar egzystencjalny poezji Sosnowskiego, stanowiący jedno z jego wymiarem językowym, jest ciemną, negatywną odpowiedzią na takie atrybuty światowe, jak zanik, rozproszenie, nicość, rozpad, zapomnienie (zamiast krwi w ich żyłach płynie dykta Lete).
     Wszystko, co tutaj napisałem, to sprawy, mam wrażenie, powszechnie znane, w odniesieniu do poezji Sosnowskiego, która po części została już rozpoznana przez krytyków literackich. „Dom ran” przynosi pewną intensyfikację oraz radykalizację stałych „epistemologicznych” tej poezji, jak właśnie wyżej wspomniane problemy, konotowane z szeroko pojętą tradycją negatywną w literaturze, nie wyłączając rzecz jasna religii, teologii, jak również mistycyzmu, czy pewnego rodzaju, specyficznie przeżywanych dróg duchowych. Bardzo podobał mi się ten tom, o ile można powiedzieć, o tak ciemnym, przepastnym egzystencjalnie doświadczeniu, że się może podobać. Poetica via negativa, oraz theologia via negativa, nie odrywałbym jednak poezji Sosnowskiego od tego, co duchowe, mistyczne. Sosnowski jest oczywiście mistykiem języka, nie jest mistykiem ducha, jednak mistyczność jest tutaj obecna, wydaje mi się, że nawet bardziej aniżeli mistyfikacja, która stoi na drugim biegunie mistyczności. To, że prawda jest ruchoma, że się wymyka, nie znaczy jednak, że jest tylko czczą gierką, głupawą zabawą słowną, czy ironiczną żonglerką, w której chodzi jedynie o samą przyjemność żonglowania. Bolesność zawarta w tytule, słowo „rany”, które mogą mieć oczywiste konotacje religijne z Męką Pańską, zestawione ze słowem „dom”, który symbolizować może rodzaj również dom Boży, może dawać nadawać tej poezji pewne znamiona sakralne, choć zdaje sobie równocześnie sprawę, jak bardzo powyższe konotacje wydaje się obce tej poezji. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że nie chodzi tutaj o samo kuglarstwo, ale o coś, co można nazwać kuglarstwem na serio, a nawet śmiertelnie serio, tak jak śmiertelnie serio jednak traktowana jest tutaj poezja, jakby wbrew temu, co powszechnie sądzi się o Sosnowskim, że to postmodernista, który ze wszystkich i wszystkiego szydzi, kpi, ironizuje (ot taki ponowoczesny Wolter czy Diderot, którego mottem zresztą opatrzony jest tom). Jeżeli mówimy o ironii w przypadku Sosnowskiego, mniej chyba nas powinna obchodzić ironia oświeceniowa, ale chyba bardziej romantyczna, zbliżająca się do ciemnych rejonów duszy ludzkiej, z której u Sosnowskiego wynika coś, co nazwę specyficzną ekstazą nicości. Aporetycznośc tego sformułowania przybliża aporetyczność samego projektu poetyckiego autora „Konwoju”, który ufundowany jest moim zdaniem na sprzeczności, między zabawą w język, a totalnością pojmowania tej zabawy, jako doprowadzenia do granic racjonalności, wymawialności, radykalizacji możliwości, tkwiących w języku, pokazując jednocześnie ich zużycie, wyczerpanie, czyli de facto, beznadzieję tego przedsięwzięcia.
Podmiot wierszy Sosnowskiego pisze językiem po ranie. Czy zatem pisze krwią?

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko