Strona główna Eseje Dariusz Pawlicki – Zwierzęta pośród ludzi, ale i ludzie wśród ludzi

Dariusz Pawlicki – Zwierzęta pośród ludzi, ale i ludzie wśród ludzi

0
44
P. Mathews, [proces Billa Burna, o którym mowa będzie poniżej], ok. 1838.

I

Najwcześniej popularność zwierząt domowych– na pewno jeśli chodzi o Europę, ale prawdopodobnie i Świat – dało się zauważyć na Wyspach Brytyjskich, szczególnie w Anglii. I jest to jedna strona medalu. Tę drugą – stanowią odbywające się tam nadal (początek 3 dekady XXI w.) polowania na lisy*. Taki oto – w sumie ograniczający się do owych skrajności – był mój obraz funkcjonowania Brytyjczyków pośród zwierząt. Ale zacząłem pisać tej esej, a w związku z tym zaznajamiać się z rozmaitymi dokumentami, i wizerunek ów zaczął szybko i diametralnie zmieniać się.

II

Biblia mówi: „Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko” („Biblia Tysiąclecia”, wyd. IV; Rdz., 9, 2-3). Bóg wypowiadając powyższe słowa, powierzył władzę nad Ziemią człowiekowi. I on z władzy tego korzystał nieograniczenie i bez wahań. Współcześnie takim władcą absolutnym, przynajmniej w świecie Zachodnim, człowiek już się jednak nie czuje. Ale to tylko dlatego, że widząc wokół siebie mnóstwo śladów swego partactwa, powoli uzmysławia sobie, że nie spisał się jako zarządca: często jednak przyznaje się do tego jedynie w zaciszu domowym. Amerykanin Henry D. Thoreau miał rację pisząc (1845-47) w „Waldenie, czyli życiu w lesie”, że człowiek „zna Naturę tylko jako rabuś”.

Do niedawna czuł się więc człowiek panem życia i śmierci zwierząt. Bez żadnych skrupułów, jeśli tylko stan finansów pozwalał mu na to, zjadał ich mięso. W krajach chrześcijańskich nie miał z tym żadnych problemów od strony moralnej. Etyka nie wzbraniała mu tego. Natomiast religia wprowadzała ograniczenie w postaci dnia bezmięsnego (eufemizm skrywający przyzwolenie na spożywanie ryb, drobiu, skorupiaków, czyli… mięsa.). Choć wyjątki, jeśli chodzi o wegetarianizm, zdarzały się. Przykładem może Leonardo da Vinci. Uważał on bowiem, że „człowiek i zwierzęta są właściwie przewodem i kanałem pokarmu, grobem zwierząt, gospodą umarłych, pochwą rozkładu, tworząc sobie życie z śmierci innych”. Leonardo z całą pewnością ortodoksyjnym chrześcijaninem nie był. Biorę pod uwagę i to, że był nim tylko oficjalnie dla uniknięcia niemiłych, a może i groźnych, konsekwencji.

W innych częściach świata wegetarianizm (właśnie on, a nie jarskość) był (i jest) zjawiskiem częstym, wynikającym z panujących w nich systemów religijnych.

Oczywiście o biedzie, jako istotnym czynniku, nie można zapominać.

Mnie jednak interesuje Europa, jako tło zjawiska mającego za temat stosunek człowieka do zwierząt, ale na płaszczyźnie etycznej. Nie zajmuje mnie więc np. ochrona zwierząt – jaka miała miejsce w średniowieczu – w rozumieniu zawarowania prawa do polowania na jelenia szlachetnego, tura czy żubra dla władcy. Tak, aby miał do zabijania/ubijania coś, co było większe od… zająca. W tym wypadku poza moim zainteresowaniem pozostaje też – choć niewątpliwie jest to ważne – ochrona konkretnych gatunków zagrożonych wytępieniem/wyginięciem.

*

W owej Europie – niewielka, ale tylko obszarowo, Wielka Brytania (z napomknięciami na temat Irlandii) zajmuje miejsce szczególne. W niej bowiem dostrzegłem początek zjawisk (pamiętając oczywiście o Leonardzie da Vinci i nielicznym gronie innych niemięsożernych humanistów), które zaowocowały zdecydowaną zmianą w podejściu do zwierząt: nie widzeniu w nich wyłącznie dostarczycieli mięsa, skór, sierści itd., itp. Natomiast dostrzeganiu w nich także mniejszych braci, odczuwających, tak jak człowiek, głód, ból, strach…

Ale dlaczego Wielka Brytania? Dlaczego właśnie w niej „[…] od drugiej połowy XVIII w. obecność udomowionych psów i kotów przestała budzić niepokój, a przyczyniła się do zwiększenia poczucia przytulności i ciepła ogniska domowego”**? Oczywiście psy towarzyszyły człowiekowi od wieków. Ale było to towarzystwo nastawione na użyteczność: strzeżenie domostw i zwierząt na pastwiskach, udział w polowaniach. Ale zwiększenie ,,poczucia przytulności i ciepła ogniska domowego”, co to, to nie. A do tego jeszcze koty cieszące się złą sławą, zwłaszcza te czarne…

*

W wieku XVIII na Wyspach Brytyjskich dał o sobie znać kult natury (Kenneth Clark w „Cywilizacji. Własnym punkcie widzenia” pisze wręcz o „nowej” religii). I szybko zdobył sobie na nich wielką popularność. Inspirującą rolę w szczególnym potraktowaniu natury odegrały idee, m. in. te mówiące o zjednoczeniu się z naturą, jakie nawiedziły Jeana Jacquesa Rousseau (1712-1778), podczas wielokrotnych i inspirujących polegiwań w łodzi na szwajcarskim jeziorze Biel/Bienne. Nieco wcześniej pewnych istotnych impulsów, w tym samym duchu, ale w przeciwieństwie do Szwajcara sformułowanych w bardziej filozoficznym języku, czyli mniej przystępnym, dostarczył twórca rodzimy – to znaczy brytyjski – mam tu na myśli Szkota Davida Hume’a (1711-1776). Zaowocowało to największym wkładem Brytyjczyków w kształtowanie towarzyszącego człowiekowi pejzażu – chodzi o ogrody/parki w stylu angielskich charakteryzujących się m. in. w diametralnym zerwaniem z geometrycznością, cechującą ogrody francuskie, a wprowadzeniem „naturalnej” naturalności w postaci, przykładowo, krętych, wijących się alejek. Ale to był tylko początek bardzo konkretnych zmian w kulturze, i to nie tylko tej angielskiej. Naturalizm dał bowiem o sobie znać także w odniesieniu do literatury XVIII w.; kłaniają się prekursorzy romantyzmu, poeci z grona tzw. poetów cmentarnych: Thomas Gray (1716-1771), autor słynnej „Elegii napisanej na wiejskim cmentarzu”, jak również William Collins (1721-1759).

Umiłowanie natury przejawiło się także w formie uwielbienia dla postaci nazywanej „Szlachetnym dzikusem”, będącym także jednym z efektów wpływów Rousseau’wskich. Na szczęście Brytyjczycy nie zostali nigdy, jak miało to miejsce w przypadku np. Francuzów, silnie zaczadzeni ideą moralnego, gdyż nieskażonego cywilizacją dzikusa prowadzącego – jakoby – szczęśliwe życie na łonie natury. Może stało się tak dlatego, że mieli pośród siebie – na szczęście – trzeźwo myślącego, nieznoszącego obłudy Samuela Johnsona (1709-1784). A ten, gdy pewnego razu próbowano go przekonać, co do szczęśliwości życia na Morzach Południowych, odpowiedział:

„Nie pozwól sobie, aby ci narzucano podobny absurd. To smutne

sprawy. Gdyby byk potrafił mówić, mógłby równie dobrze zawołać:

«Oto mam wokół siebie trawę, a przy sobie krowę; jakaż istota może

być ode mnie szczęśliwsza!»”.

*

Ale może owe zmiany – sięgam jeszcze głębiej w historię – zainicjował na Wyspach Brytyjskich pewien Holender (mający m. in. francuskich przodków). Dostrzegam podstawy, aby tak właśnie sądzić. A mam na myśli Bernarda de Mandeville’a (1670-1733), lekarza, pisarza politycznego, filozofa, satyryka. Choć w roku 1690 opublikował on pracę „De brutorum operationibus”. Bronił w niej poglądu Kartezjusza, który zwierzęta, nie mające jego zdaniem duszy i nie odczuwające bólu, strachu, traktował jak żywe maszyny.

W 1691 r. Mandeville przybył do Anglii. Bardzo szybko, i to perfekcyjnie, opanował angielszczyznę. W 1714 r. wyszła drukiem jego „Bajka o pszczołach” (Fable of the Bee) będąca satyrą na ówczesną sytuację polityczną w Anglii. Ale nie tylko o tym była to praca. Są w niej bowiem fragmenty dowodzące gruntownej zmiany poglądów Holendra (niekiedy traktuje się go, jako Anglo-Holendra) odnośnie mechanistycznych poglądów wspomnianego francuskiego filozofa. Jedna z takich wypowiedzi brzmi tak:

„Kiedy stworzenie dało równie przekonujące, równie jasne dowody

przerażenia, które je ogarnia, cierpienia i bólu, które odczuwa, czyż

jest jakiś uczeń Kartezjusza na tyle nawykły do krwi, by za sprawą

współczucia nie zanegować filozofii tego próżnego filozofa?”.

Bernard de Mandeville tylko przez początkowy okres życia nie był wegetarianinem. Na jego pogląd w tej materii, także w ogóle na stosunek do zwierząt, decydujący wpływ wywarł francuski filozof i wybitny astronom, a przy tym ksiądz katolicki, Pierre Gassendi (1592-1655). Wprawdzie nigdy nie przeszedł on na dietę wegetariańską (wypominał to sobie), choć mięso jadał rzadko, ale los zwierząt nie był mu obojętny: po prostu współczuł im. Wyobrażał sobie, że w przyszłości, gdy ponownie nastanie Raj, ludzie i zwierzęta – złączeni są przecież, chociażby, posiadaniem duszy – żyć będą w pokoju, a nie dybać na siebie. Taki wpływ wywarła na idee Gassendiego lektura Biblii (wyczytał w niej to, co uszło uwagi bądź zupełnie inaczej było interpretowane przez pokolenia) i tekstów neoplatoników z początków nowej ery.

Z kolei Bernard de Mandeville, za sprawą swej „Bajki o pszczołach” wpłynął gruntownie na Josepha Ritsona (1752-18o3)***. Ów angielski antykwariusz, autor rymowanek dla dzieci, zdecydowany i bezwarunkowy wegetarianin, był zaangażowany całym sercem (jeśli jest to przesada, to niewielka) na rzecz nie zabijania zwierząt i nie sprawiania im cierpienia. Na dodatek był niewątpliwie pionierem praw zwierząt.

Wymienione powyżej, wprawdzie nieliczne, ale bez wątpienia wyjątkowe, postacie przygotowały grunt pod zmiany, które stopniowo zaczęły następować. Początkowo były ledwie zauważalne, ale…

*

Odwołując się do przekonań Bernarda de Mandeville’a odkopuję głębokie fundamenty, na których stopniowo, kondygnacja na kondygnacji, wznoszono budowlę w postaci zmian w podejściu Brytyjczyków do innych niż ludzie istot żywych. Najprawdopodobniej fundamenty te – przynajmniej jeśli chodzi o Wielką Brytanię – głębiej sięgać już nie mogą: niżej jest już tylko lita skała w postaci bezwarunkowych przekonań na temat bezwzględnej podległości człowiekowi świata zwierząt. Z wszystkimi tego, doskonale znanymi, konsekwencjami.

*

Na przełomie XVIII i XIX w. na Wyspach Brytyjskich, ale przede w Anglii, zaczęto coraz częściej podnosić sprawę nieetyczności jedzenia mięsa, a tym samym zabijania zwierząt. Więcej było jednak mówienia niż działania. I wegetarianizm ciągle był zjawiskiem marginalnym. Ale tylko do czasu: także w tym wypadku okazało się, że kropla drąży przysłowiową skałę.

Angielskie klasy średnia i wyższa (w tym arystokracja) mięso jadały chętnie i bez ograniczeń. Liczni przedstawiciele drugiej z tych klas brali przy tym czynny udział w polowaniach organizowanych na ziemi, której byli posiadaczami. Z kolei chłopi i robotnicy mięsa nie jedli w ogóle bądź sporadycznie. Z tym, że jego ogranicznikiem była jego cena: tylko i wyłącznie ona. Niekiedy kłusowali, co w gruncie rzeczy jest odmianą myślistwa, tyle, że o charakterze wyłącznie użytkowym; bez otoczki sportowej i towarzyskiej, na którą nie ma warunków.

Interesujące jest, że wśród brytyjskich – przede wszystkim jednak angielskich – wegetarian (w pewnych przypadkach także wegan) było wielu znamienitych poetów romantycznych. George Gordon Byron (1788-1824) czy Percy Bysshe Shelley (1792-1822) są tego przykładami. Ów radykalizm ,,jedzeniowy” łączył się/współgrał w ich przypadku z radykalizmem w kwestiach politycznych, społecznych, obyczajowych, niekiedy także religijnych. Nie mogę oprzeć się, w związku z tym wrażeniu, że niekiedy kierowali się chęcią zaszokowania rodaków, podkreślenia także w ten sposób swej przynależności do bardzo nielicznej mniejszości: poczucie własnej wyjątkowości nie było im bowiem obce.

Wspomniany Shelley, na dietę bezmięsną przeszedł na początku marca 1812 r. I wegetarianinem pozostał do śmierci (ta nastąpiła w wyniku utonięcia). A (już) w 1813 r. opublikował traktat pt. „W obronie diety naturalnej” (Vindication of Natural Diet), w którym przedstawił, i umotywował, swój zdecydowany sprzeciw wobec zabijania zwierząt w celach konsumpcyjnych. Podkreślił w nim przewagę uprawy roślin nad hodowlą, także ze względów ekonomicznych, które zaprezentował.

Na jego poglądy w powyższej materii, pośredni wpływ wywarły przemyślenia starożytnych (ówczesne szkolnictwo kontaktom tego rodzaju sprzyjało). Takich jak Pitagoras, Hezjod, Sokrates, Platon, Owidiusz, Plutarch. Warto w tym miejscu przywołać np. poglądy wegetarianina Pitagorasa, który był zdania, że zwierzętom należy się szacunek i ochrona, z tego tytułu, iż one i ludzie mają tę samą duszę. Ta zaś jest nieśmiertelna i podlega metempsychozie. Wspomnę jeszcze, odnośnie tego greckiego mędrca, że do lat 40. XIX w., kiedy to ukuto termin „wegetarianizm”, w języku angielskim wegetarian nazywano „pitagorejczykami”. I właśnie dlatego tytuł jednej z ód Shelleya brzmi: „Do diety pitagorejskiej”.

Ale bezpośredni wpływ na Percy’ego Bessy’ego Shelleya jeśli chodzi o niejedzenie mięsa, miał niejaki John Frank Newton (1767-1837), intensywnie zaangażowany w działalność na rzecz popularyzacji wegetarianizmu. Był on także wyznawcą zaratusztrianizmu, co miało bezpośredni wpływ na jego stosunek do zwierząt. W 1811 r. ukazała się książka, przez niego napisana, „Powrót do natury: czyli obrona reżimu warzywnego” (The Return to Nature; or, a Defence of the Vegetable Regiment). Praca ta miała na celu zaznajomienie z poglądami (opartymi na badaniach) lekarza Williama Lambe’a (1765-1847), który z kolei był weganinem.

III

Warto zwrócić uwagę na rolę literatury, zwłaszcza poezji na przełomie XVIII i XIX w., w procesie stopniowej zmiany w podejściu Brytyjczyków do natury, ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt. W tym miejscu przywołam Roberta Burnsa (1759-1796), szkockiego poetę narodowego. Twórca ten, mieszkaniec wsi, piewca wolności, zaangażowany w kwestie społeczne, wrażliwy na piękno surowego szkockiego krajobrazu, jest autorem m. in. słynnego wiersza „Do myszy. Z okazji zniszczenia jej nory przy orce w listopadzie 1785”. Małe stworzenie powszechnie uważane za szkodnika – zdaniem Roberta Burnsa będącego także rolnikiem – ma prawo do życia, do swego miejsca na Ziemi. Faktem jest, że utwór ów można – a może nawet należy – odczytywać również jako współczucie wobec ludzi usuwanych ze swej ojcowizny, jako też protest wobec mającej miejsce niesprawiedliwości, wyraz utożsamiania się z biednymi i jednoznacznego opowiedzenia się po ich stronie. Ale na pierwszym miejscu, co istotne, jest pochylenie się nad losem zwierząt zdanych na łaskę, a przede wszystkim niełaskę, człowieka.

Jedna ze zwrotek ,,Do myszy […]” brzmi tak:

Przykro, iż na tej człowieczej przewadze

Cierpią Natury jednoczące władze

Iż, kiedy pługiem o norkę zawadzę,

Nie zauważysz,

Żem też śmiertelny i twój w każdej pladze

Ziemski towarzysz!

(tł. Stanisław Barańczak)

Wielkim wrażliwcem, a nawet nadwrażliwcem, był kolejny przedstawiciel warstw niższych społeczeństwa brytyjskiego, poeta John Clare (1793-1864). Ten angielski bezrolny chłop pozostawił w swych wierszach świadectwa, wręcz nabożnego stosunku do Natury (to słowo pisał zawsze z dużej litery). Traktował ją jako odrębny byt zasługujący na szczególny szacunek. To jego podejście wynikało z dostrzegania niekorzystnych zmian zachodzących na ówczesnej angielskiej wsi. Te zaś były rezultatem postępującej szybko industrializacji Anglii, jak też komasacji gruntów i intensyfikacji produkcji rolnej. Zmiany te, rejestrowane przez Clare’a w wierszach, odbywały się kosztem biedaków i natury. Jego wiersz „Borsuk” (The Badger) na każdym (chyba) robi wrażenie. I każdy trzyma stronę bohatera tego utworu, wypędzonego z lasu. I przez ludzi, i poszczute przez nich psy, zagonionego na skraj wsi. Długo tam się bronił, choć na powrót do lasu i zachowanie życia, nie miał już szans. Dlatego trzy ostatnie wersy „Borsuka” brzmią tak:

Lecz sfora raz spuszczona nie ma dlań litości

Wreszcie skopany zbity bez ruchu już leży

Na drodze pozostaje trup borsuczy świeży

(tł. Jacek Wiśniewski)

Utworu tego, jak dotąd, nie jestem w stanie – a nie jest on bardzo długi – przeczytać jednym ciągiem. Coś chwyta mnie zawsze za gardło i zmusza do zrobienia przerwy, nie za każdym razem w tym samym miejscu.

*

Na ocieplenie wizerunku zwierząt, na uwrażliwienie na ich los, często opłakany, wpłynęła – tak to widzę – powstała na Wyspach Brytyjskich, głównie jednak w Anglii, pod koniec XIX w. i w pierwszych 3 dekadach wieku XX, literatura dziecięca (nie tylko w tym względzie oddziałała ona na cały świat). Mam na myśli zwłaszcza czworo autorów. Ze względu na chronologię, zacznę od Angielki Anny Sewell (1820-1878) autorki „Czarnego Księcia” (Black Beauty, wyd. I w 1877 r.). Tytułowym bohaterem jest koń opowiadający historię swego życia. „Czarny Książę” w zamiarze autorki miał być publikacją przeznaczoną dla osób dorosłych, przede wszystkim posiadaczy koni; mającą spowodować poprawę losu, niejednokrotnie okrutnego, wierzchowców i koni roboczych. I to autorce udało się z powodzeniem. Dopiero nieco później książka zaczęła trafiać na półki z książkami dla dzieci. I już na nich pozostała; też z korzyścią dla zwierząt.

Szkot Kenneth Grahame (1859-1932) jest autorem nastrojowej powieści „O czym szumią wierzby” (The Wind in the Willows, pierwsze wydanie w 1908 r.), opowiadającej o przygodach Ropucha i jego przyjaciół: Kreta, Szczurka i Borsuka. A do tej czwórki bardzo szybko czuje się sympatię. Dzieci więc miały i mają z kim się identyfikować.

Helen Beatrix Potter (1866-1943), Angielka, napisała i pięknie zilustrowała, cykl niewielkich rozmiarowo książek mających za bohaterów zwierzęta. Ich pierwsze wydania ukazały się pomiędzy rokiem 1902 („Piotruś Pan” [The Tale of Peter Rabbit]), a 193o („Prosiaczek Robinson” [The Tale of Little Pig Robinson]. (Warto wspomnieć, że H. B. Potter wniosła też istotny wkład w ochronę krajobrazu Krainy Jezior w północnoangielskim hrabstwie Kumberland).

Alan Alexander Milne (1887-1956), angielski pisarz jest autorem najbardziej chyba popularnej na świecie książki dla dzieci (ale nie tylko dla nich). Mam na myśli oczywiście „Kubusia Puchatka” (Winnie the Poon, wyd. I w 1926 r.) mającego za bohaterów, oprócz tytułowego Puchatka, Prosiaczka, Mamę Kangurzycę z Maleństwem, Kłapołuchego, Sowę, Królika z jego krewnymi i znajomymi. Kontynuacją tych przygód jest „Chatka Puchatka” (The House of Pooh Corner, wyd. I w 1928 r.). Pojawia się w niej dodatkowo Tygrys.

Książki dla dzieci czworga wspomnianych autorów, wciąż są czytane; pojawiają się także ich kolejne filmowe adaptacje. Ale oba utwory A. A. Milne’a wyróżniają się pod względem popularność ich bohaterów – podobizny Kubusia i jego przyjaciół są bowiem wykorzystywane na rozmaite, wciąż nowe sposoby (mające przynieść – jakże by inaczej – jeszcze większe dochody).

IV

W zaznajamianiu społeczeństwa Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii (oficjalna nazwa od 1801 r.) z wegetarianizmem (niekiedy także z weganizmem), towarzyszyło równocześnie podnoszenie kwestii stosunku człowieka do zwierząt. Mające na celu m. in. uwzględnienie tych relacji w brytyjskim systemie prawnym.

„Od początku XIX w. w Wielkiej Brytanii miało miejsce kilka prób wprowadzenia prawa chroniącego dobrostan lub prawa zwierząt. W 1800 r. sir William Pulteney optował za zakazem szczucia byków”, lecz napotkał opór ze strony rządu. W 1809 r. lord Thomas Erskine (1750-1832) „zaproponował ustanowienie prawa chroniącego bydło i konie przed złośliwym okaleczaniem, celowym okrucieństwem i bólem”. Tym razem swój sprzeciw wyraził nie tylko rząd, ale i Izba Lordów.

Warto zaznaczyć, że pierwsze próby prawnego ograniczenia – no bo nie wyplenienia – znęcania się nad zwierzętami na Wyspach Brytyjskich, miały miejsce podczas trwania wojny z Francją, najpierw rewolucyjną (1792-1802); potem zaś napoleońską (1805-1815). A w konflikt ten Wielka Brytania była bardzo zaangażowana. Na niepowodzenie wspomnianych prób nie wpłynęło owo zaangażowanie (choć najpewniej im nie sprzyjało), ale całkowita nowość tematyki poruszonej, najpierw w kręgach rządowych.

Dorota Betlewska-Gutowska wspomina w eseju „Pan Bóg i ekscentrycy”*****, że w 1821 r. „jakiś ziemianin przedstawił w Izbie Gmin projekt ustawy zakazującej maltretowania koni. I co? Salwy śmiechu. Deputowani kpili, że może też chronić psy i koty. Postulatom tym towarzyszyły tak głośne wybuchy wesołości, że reporter «Timesa» nie mógł usłyszeć, co kto mówił. Dla dziewiętnastowiecznych elit takie pomysły były czymś niepoważnym, wariackim”. Ale jak, na szczęście, okazało się, tylko do czasu…

Podkreślam ów niezwykły – tak, niezwykły – fakt: pewien poseł do Parlamentu uznał, że należy postawić tamę okrucieństwu wobec koni: od jakiegoś gatunku zwierzęcia należało zacząć, a konie powszechnie lubiano. Reakcja pozostałych posłów była taka, jaka była. I mając na uwadze to, że było to w roku 1821, nie powinna, tak naprawdę dziwić. Było to bowiem coś niezwykłego, zdecydowanie wykraczającego poza przyjętą i akceptowaną normę.

Tym „jakimś” posłem okazał się być Irlandczyk Richard Martin (1754-1834). Nie zraził się porażką poniesioną w 1821 r. A ponieważ był człowiekiem konsekwentnym, wręcz upartym, któremu w kontaktach pomagało duże poczucie humoru, udało mu się doprowadził do uchwalenia przez Parlament, i to już w roku następnym, „Ustawy zapobiegającej okrucieństwu i niewłaściwemu traktowaniu bydła” (An Act to Prevent the Cruel and Impreper Treatment of Cattle), zwanej także „Ustawą Marttina”. Weszła ona w życie jeszcze w tym samym roku. „Był to pierwszy w świecie anglojęzycznym znaczący i stosowany w praktyce dokument dotyczący ochrony zwierząt. Zgodnie z nim za bicie, znęcanie się lub jakiekolwiek niewłaściwe traktowanie konia, klaczy, wałacha, muła, osła, wołu, krowy, jałówki, młodego wołu, owcy albo innego bydła groziło do 5 funtów albo do 2 miesięcy więzienia” [za pl.wikipedia.org/wiki/Prawa zwierząt: 14.o1.2024 r.].

Jeszcze we wspomnianym 1822 r. Richard Martin doprowadził do skazania na grzywnę Billa Burnsa za okrucieństwo wobec osła (owo zwierzę zostało nawet doprowadzone przed oblicze sądu; stan w jakim się znajdowało był dowodem przesądzającym). I była to pierwsza osoba (na świecie?) ukarana za taki właśnie czyn w stosunku do zwierzęcia.

W 1835 r. uchwalono kolejną ustawę odnoszącą się do sposobu traktowania zwierząt. A następne – w latach: 1849, 1876, 1911 i w kolejnych…

Uchwalenie za sprawą R. Martina wspomnianej ustawy – był to bowiem bat na okrutników – niewątpliwie wpłynęło na założenie w 1825 r. Królewskiego Towarzystwa Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Zwierząt (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals). W jednej z sal londyńskiej, głównej siedziby tej organizacji, wisi obraz z epoki przedstawiający posiedzenie sądu, na którym zapadł wyrok skazujący Billa Burnsa we wspomnianej sprawie.

W 1838 r. w Richmond, hrabstwo Surrey (obecnie w granicach Wielkiego Londynu) została otwarta szkoła „Concordium” nazywana również „Domem Alcotta” (Alcott House)******. Obok niezwykle nowatorskiego systemu kształcenia i programu, szkołę tę, na tle ówczesnego – nie tylko angielskiego – szkolnictwa, wyróżniało i to, że uczniowie (o nauczycielach nie wspominając) nie spożywali produktów pochodzenia zwierzęcego. Ta pionierska placówka oświatowa istniała do 1848 r. Osoby zaangażowane w jej powstanie, a potem w funkcjonowanie, miały kluczowy wpływ na powołanie do życia w Wielkiej Brytanii w 1847 r. Towarzystwa Wegetariańskiego (Vegetarian Society). W 1853 r. w jej szeregach było 889 osób, a w 1897 r. już około 5000.

V

Czy w tym samym, wspomnianym powyżej okresie, jakieś wątpliwości odnośnie jedzenia mięsa były podnoszone na ziemiach polskich? Z tego, co wiem, temat taki, nie tyle nie był podnoszony, co w ogóle nie istniał w świadomości społeczeństwa polskiego (zwłaszcza jego elit). Choć indywidualnych przypadków nie można oczywiście wykluczyć.

A czy podnoszono na ziemiach polskich – w analogicznym okresie, jak ten omawiany w przypadku Wysp Brytyjskich: koniec XVIII w. i XIX w. – kwestię zapobiegania okrucieństwu wobec zwierząt (o ich dobrostanie już nie wspominam)? Nie napotkałem na takowe wzmianki. Nawet w związku ze słynną na całą Europę – polskie źródła bardzo to podkreślają – tzw. Akademią Smorgońską, działającą na historycznej Wileńszczyźnie, gdzie w okrutny sposób tresowano niedźwiedzie (w pewnym okresie także małpy), tak, aby tańczyły w rytm wykonywanej muzyki. Ta „znęcarnia” funkcjonowała od II poł. XVII w. I została zlikwidowana po upadku powstania listopadowego w związku z udziałem w nim właściciela dóbr, w których ona się znajdowała. I tylko dlatego.

Ktoś mógłby odpowiedzieć: Społeczeństwo polskie, jako takie, we wspomnianym okresie pochłonięte było staraniami o utrzymanie niepodległości, a następnie walką o jej odzyskanie. Uśmiechnąłbym się, może nawet pobłażliwie, słysząc to. No bo owo powszechne, jakoby, zainteresowanie polskimi sprawami narodowymi uważam za mit. I za nic innego. W większości był to bowiem brak zainteresowania, co najwyżej, dumanie – i to z dużej odległości – na ten temat. Czynnie zaangażowana w tę walkę była zawsze nieliczna mniejszość. Liczby uczestników zrywów narodowych jednoznacznie tego dowodzą (pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się powstanie wielkopolskie 1918-1919 r.).

Inna osoba mogłaby wskazać na podejmowane na przełomie XVIII

i XIX w. próby ograniczenia poddaństwa i przyznania chłopom wolności osobistej. Zakończyły się one niepowodzeniem w związku z likwidacją państwa polsko-litewskiego, a nieco później w wyniku przekształcenia Księstwa Warszawskiego w Królestwo Kongresowe. Ostatecznie chłopi zostali uwłaszczeni i uzyskali wolność osobistą na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej etapami w wyniku działań zaborców. Najpierw w zaborze pruskim: 1808-1850; następnie w austriackim: 1848, a w zaborze rosyjskim: 1861 (tzw. ziemie zabrane) i 1864 (Kongresówka).

Kwestia chłopska z wielu powodów zasługiwała na pozytywne załatwienie. Tym bardziej, że zdarzało się, iż relacje międzyludzkie – nim sprawa chłopska zaczęła być w ogóle podnoszona – sięgały wręcz dna. No bo jak inaczej oceniać – a nie były to incydentalne zdarzenia – wliczanie chłopów poddanych do inwentarza żywego przez swych panów. To znaczy traktowanie ich, tak jak bydło i konie; łącznie ze sprzedażą. W takiej sytuacji np. jedzenie bądź niejedzenie mięsa plasowało się na odległym miejscu na liście spraw, którymi należało się zająć, a następnie je załatwić. I tak też się stało. Ale (chyba) nade wszystko z powodu braku zainteresowania.

Odnośnie wspomnianego powyżej zniesienia poddaństwa chłopów, a także ich uwłaszczenia, a mając równocześnie na uwadze kwestię stosunku do zwierząt na Wyspach Brytyjskich, nie można pominąć milczeniem faktu, że w 1772 r., na terenie Anglii i Walii niewolnictwo zostało uznane za nielegalne. Natomiast w 1807 r. w całym Imperium Brytyjskim został zakazany handel ludźmi, a w 1833 r. instytucja niewolnictwa została zniesiona na prawie całym jego obszarze, a w 1843 także w pozostałej jej części.

*

Ale powracając do tematu stosunku człowieka do zwierząt: w Księdze IV „Pana Tadeusza”, w opisie polowania, znajdują się dwa następujące wersy:

Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały.

Ryk okropny, boleści, wściekłości, rozpaczy;

Tyle tylko współczucia dla zwierząt jest w kanonicznym utworze literatury polskiej. W innych książkach, już nie koniecznie tworzących kanon, a napisanych w języku polskim w wiekach XVIII i XIX, nie jest go więcej, a prawie zawsze nie ma go wcale.

W 1933 r. ukazało się I wydanie „Łyska z pokładu Idy” Gustawa Morcinka – wzruszającej historii konia ciężko pracującego w kopalni. I mającego w niej już pozostać do końca życia.

*

Od 23 kwietnia 1928 r. obowiązywało w Polsce Rozporządzenie Prezydenta RP z 22 marca 1928 r. o ochronie zwierząt. Tym samym przestały obowiązywać odpowiednie artykuły Kodeksu Karnego Rzeszy Niemieckiej z 1871 r. i rosyjskiego Kodeksu Karnego z 1903 r.

W rozporządzeniu z 1928 r. znajduje się np. sformułowanie, że „[z]nęcanie się nad zwierzętami jest wzbronione”. Najwyższa kara jaką w nim przewidziano, to grzywna wysokości 2000 zł bądź sześć tygodni aresztu, albo obie kary łącznie. Rozporządzenie owo w swej treści było tak nowatorskie i wybiegające w przyszłość – to oczywiście jest żart (najpewniej niestosowny) – że zostało zastąpione kolejnym dokumentem dopiero po 69 latach. To znaczy Ustawą z 21 sierpnia 1997 r. mającą m. in. przeciwdziałać przypadkom okrucieństwa wobec zwierząt. Ustawa ta, od tamtej pory była kilkakrotnie nowelizowana. W zależności od tego, kto w Parlamencie uzyskiwał przewagę: czy obrońcy zwierząt, czy tychże zwierząt hodowcy.

_____________

* Polowania na lisy przez nieuzbrojonych ludzi dosiadających wierzchowców, przy użyciu specjalnie do tego szkolonych psów myśliwskich, na terenie Szkocji zostały zakazane w 2002 r., w Anglii i Walii – w 2005 r. W Irlandii Płn. polowania te odbywają się nadal (stan z początku 2025 r.).

** Magdalena Ożarska, ,,Dorothy Wordsworth i zwierzęta. O dziennikach z Alfoxden i Grasmere z perspektywy Human-Animal Studies”; w: „Nowe oblicza romantyzmu brytyjskiego. Eseje na dwusetlecie”, pod red. Małgorzaty Łuczyńskiej-Hołdys i Moniki Coghen.

*** Bernard de Mandeville swą ,,Bajką o pszczołach” zdecydowanie wpłynął na Woltera odnośnie uwrażliwienia jego na los zwierząt.

**** Dorota Betlewska-Gutowska, ,,Pan Bóg i ekscentrycy”; ,,Twórczość”, 12/2017.

***** Założyciele ,,Concordium” odwoływali się do poglądów, nie tylko tych dotyczących nauczania, amerykańskiego pisarza i pedagoga Amosa Bronsona Alcotta (1799-1888).

Poprzedni artykułAnna Łyczewska – Subiektywne kalendarium artystyczne 17.04-30.04
Następny artykułPiotr Müldner-Nieckowski – Co w nas zostało z tamtych czasów?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko