Janusz Termer – Zawiść w Zawiści Tadeusza Brezy

0
225

Janusz Termer

 

Zawiść w Zawiści Tadeusza Brezy

 

Albrecht Dürer        Rozmieniane przez wszystkie przypadki potocznej polszczyzny oraz w psychologii słowo „zawiść” ma około stu synonimów (Słownik synonimów, wyd. z 2005 r.)! Jakże często utożsamiane jest – czy też nieświadomie niekiedy mylone? – ze słowem „zazdrość”. Ich zakresy znaczeniowe pokrywają się, ale  tylko częściowo. W Słowniku języka polskiego” (wyd. z 1992),  zawiść definiowana jest między innymi, jako „silne uczucie niechęci do kogoś na widok jego sukcesów, powodzenia; silna zazdrość”. Natomiast samo słowo „zazdrość” ma dwa słownikowe znaczenia. W pierwszym, to „uczucie przykrości, żalu spowodowane czyimś powodzeniem, szczęściem, stanem posiadania itp. i chęć posiadania tego samego”. W drugim znaczeniu, to „uczucie niepokoju co do wierności osoby kochanej, podejrzliwość i dążenie do wyłączności w tym zakresie, chęć przeciwdziałania ewentualnemu naruszeniu tej wyłączności”.

 

 

    W literaturze pięknej wszystkich wieków, w aforystyce, w wypowiedziach – uwikłanych oczywiście jak zawsze w różne semantyczne czy historyczne konteksty – w opiniach filozofów,  myślicieli, poetów i prozaików, aforystów czy innych znanych powszechnie postaci światowej kultury, literatury i nauki pojawiają się liczne interesujące uwagi na temat zawiści  zazdrości. Można je dzisiaj bez trudu odnaleźć, choćby na internetowych stronach i portalach, ale to byłby zupełnie inny, odrębny materiał do rozważań na ten wielce złożony i daleki od wyczerpania temat. Przytoczę tylko w charakterze sygnału oraz dla ilustracji tego zagadnienia myśli dwu pisarzy: jednego sprzed kilku wieków, a drugiego z poprzedniego stulecia, a to w charakterze motta do poniższych uwag.

 

    Zawistni przeminą, ale zawiść nigdy – Molier w Świętoszku. Oraz ironicznie gorzki aforyzm Juliana Tuwima: Gratulacje: najuprzejmiejsza forma zawiści.

   A jak widział i opisywał to wybitny pisarz polski – Tadeusz Breza – w swej pisanej jeszcze w końcówce międzywojnia (druk fragmentów w prasie), a wydanej w całości dopiero w 1973 roku, powieści zatytułowanej przez autora ostatecznie pt. Zawiść (początkowo miała nosić tytuł Biała laska). Do zmiany tytułu doszło nie bez kozery zupełnie chyba jednak, wedle tego, co zanotował autor w swych autobiograficznych zapiskach z 1945 roku: „Wybuch wojny zastał mnie nad Białą laską. W zasadzie powieść była gotowa, brulion skończyłem prawie na roku przedtem, potem obliczyłem sobie, że z poprawkami zdążę na początek, i zagłębiłem się w pracy. Książka wydawała mi się ważna, rozgryzała i wałkowała wciąż to jedno uczucie – zawiści. Ziemia, a zwłaszcza miasto, w którym mieszkałem, było na mój rozum pełne zawiści, owego buntu przeciw wszelkiemu powodzeniu na jakimkolwiek bądź polu; w odróżnieniu od zazdrości, która nie chce aby się komuś coś powiodło, do czego się samemu dąży. Kiedy aptekarza boli, że kanonik został biskupem – to klasyczny przykład zawiści, jakby pochodził z ust Piłsudskiego. Też zresztą przykładnego zawistnika”. Do tego ostatniego zdania cytatu przyjdzie wrócić, choć w innym nieco kontekście…

        Godzi się jednak na początek przypomnieć, pokrótce bodaj, życiową drogę Tadeusza Brezy, bo to ważne dla pełniejszego zrozumienia tej powieści, jak i jego całego dorobku pisarskiego. Urodził się 31 XII 1905 w Siekierzyńcach pod Ostrogiem na Wołyniu; pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej osiedlonej po I wojnie światowej w Wielkopolsce. Debiutował  wierszami na poznańskim konkursie młodych polonistów w 1925 r. Poszukiwał wytrwale własnej drogi życiowej i twórczej. Od 1926 przez półtora roku przebywał w zakonie benedyktynów w Belgii. Potem studiował prawo w Poznaniu oraz filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, potem Londyńskim (gdy pracował w Londynie jako attaché polskiej ambasady, 1929-1932); obronił pracę doktorską pt. O pojęciu przeświadczenia (“beliew”) w teorii poznania Davida Hume’a i podróżował po Europie. Po powrocie do kraju był kierownikiem działu kulturalnego w krakowskim “Kurierze Porannym”, recenzentem teatralnym. W latach okupacji w konspiracji w Warszawie. Po wojnie był kierownikiem literackim Starego Teatru w Krakowie (1944-1946), recenzentem teatralnym “Odrodzenia”; w latach 1955-1959 radcą kulturalnym ambasady w Rzymie, 1961-1965 w Paryżu. Wydał m. in. powieści: Adam Grywałd, 1936 (wyd. II 1958), Mury Jerycha, 1946, Niebo i ziemia, t. 1-2, 1946-50, Uczta Baltazara, 1952 (ekranizacja, J. Zarzyckiego, 1954), W potrzasku, 1955,  Zawiść, posłowie M. Sprusiński, 1973; opowiadania: Yokk-Mokk, 1953 (ekranizacja St. Możdżeńskiego, 1963); eseje, szkice i wspomnienia: Spiżowa Brama. Notatnik rzymski i Urząd, 1960, Listy hawańskie, 1961, Nelly. O kolegach i sobie, 1970; Dzieła, 1977-1985.

     Startował Tadeusz Breza pod znakiem awangardowych poszukiwań  w literaturze XX wieku, poszukując inspiracji w nowej europejskiej powieści psychologiczno-pedagogicznej; zwłaszcza twórczości Andre Gide’a (Lochy Watykanu, Fałszerze) czy Marcela Prousta (W poszukowaniu straconego czasu) oraz w myśli filozoficzno-egzystencjalnej i psychoanalitycznej tej epoki. Pierwsza jego powieść – Adam Grywałd, jeden z najciekawszych debiutów międzywojnia, ukazuje bohaterów jako neurasteników, najczęściej sfrustrowanych na tle erotycznym (wątek miłości homoseksualnej), drążących własną psychikę w celu ujawnienia świadomych i podświadomych tajemnic, zakamarków ludzkiej natury, wewnętrznego zagubienia i ponawianych nieustannie prób poszukiwania sensu w otaczającej ich rzeczywistości. Niektórzy z krytyków ówczesnych wdzieli w nim ucznia Zofii Nałkowskiej i zarazem Witkacego, jak i włoskiego dramatopisarza Luigi Pirandella. Tadeusz Breza często wdaje się tu w ukryty spór i polemiki z modnymi wtedy modernistycznymi koncepcjami literackimi oraz ówczesnymi tendencjami w filozofii człowieka, np. freudyzmem, behawioryzmem, adleryzmem czy konceptami metafizycznymi. Jest empirystą i racjonalistą uczulonym na konwencjonalizm zachowań języka swych postaci (jakby znał aforyzm Wittgensteina: „granice mojego języka są granicami mojego świata”). Podobnie zresztą jak w tej właśnie powieści pisanej w roku 1939, a wydanej dopiero po wojnie z ocalałego rękopisu pt. Zawiść. W utworze uznawanym obecnie za najbardziej interesujący przykład inspiracji proustowskiej w prozie polskiej lat 30., wyróżniający się pasją poznawczą, poziomem intelektualnym i precyzją języka na tle rodzimej prozy psychologicznej tego okresu.

 

    Inny już natomiast charakter mają powieści, które Tadeusz Breza pisać zaczął jeszcze w latach wojny pod świeżym wrażeniem klęski wrześniowej: Mury Jerycha, gdzie podejmuje problematykę życia społeczno-politycznego lat 30. w Polsce po śmierci Józefa Piłsudskiego. Autor pragnął tu, jak sam pisał, połączyć dwie metody pisarskie “skadenyzować Prousta i sproustyzować Kadena”, czyli połączyć w całość środki powieści psychologicznej i politycznej. Dał w nich ostry, krytyczny obraz ówczesnej rzeczywistości, ukazując różne środowiska społeczne, a zwłaszcza ludzi z kręgów władzy (np. wojewoda poleski Zawada-Czerski, minister sprawiedliwości Jaszcz, zwany “miotłą ustroju”, prokurator Skirliński, oficer wywiadu Kozic, radca Dykiert i in.). Ukazywał tu m. in. konflikty pokoleniowe między legionistami a młodszą lepiej wykształconą generacją, ciążenie do autorytaryzmu, odstępstwa od demokracji, mitologię i frazeologię propagandowych haseł władz sanacyjnych; wyobcowanie i rosnącą izolację społeczną elit politycznych na szerokim tle ówczesnych, znanych sobie dobrze z autopsji realiów i obserwacji obyczajowych. Następne tomy cyklu – dwutomowe Niebo i ziemia, pisane już pod wpływem nowej powojennej sytuacji polityczno-kulturalnej oraz zadekretowanego wówczas „socrealizmu”, uznano za regres w stosunku do Murów Jerycha. Późniejsza powieść, Uczta Baltazara (1952), to próba ukazania powojennej rzeczywistości polskiej w atrakcyjnej fumie powieści sensacyjno-kryminalnej.

 

      Nowy okres twórczości Tadeusza Brezy wyznaczają natomiast najsłynniejsze jego, dziś już po latach mniej może pamiętane utwory Spiżowa brama. Notatnik rzymski i powieść Urząd, wydane w 1960 r. Pierwszy z nich to przykład nowego wtedy u nas typu literatury – prozy z pogranicza gatunków, łączącej eseistyczne rozważania, osobiste wspomnienia i przeżycia, zapiski z dziennika, notatki dziennikarskie czy impresje z podróży i inne materiały zbierane “na gorąco” podczas pobytu autora na placówce dyplomatycznej w Rzymie..Pisarz odsłania tu także sam proces powstawania dzieła i zbierania materiałów, co staje się nawet jednym z tematów utworu. Spiżowa brama jest w znacznej mierze poświęcona codziennemu funkcjonowaniu watykańskiego aparatu państwa kościelnego, jego szczególnemu znaczeniu w polityce włoskiej i światowej. Stosowanie różnych form para beletrystycznych służy dociekliwemu dążeniu do maksymalnej obiektywizacji w ukazywaniu ludzi i instytucji kościelnych na tle najnowszej historii Włoch, Europy i świata, stosunków państwo-kościół, a także sztuki i kultury (np. esej o Uczcie Veronesego, historia rodziny Bellandich, uwagi o losie pisarza Curzio Malapartego czy opis ostatnich chwil życia i śmierci papieża Piusa XII na niedługo przed Soborem Watykańskim i „nowym otwarciem” Kościoła). Mimo dezaktualizacji wielu konkretnych spraw utwór Brezy jest generalnie nadal interesujący i aktualny, gdyż tematem nadrzędnym jest tu, częsty w literaturze XX w., a nazywany “kafkowskim” – problem alienacji i “obcości” instytucji władzy wobec jednostki. Podobnie rzecz się ma z powieścią Urząd, porównywaną czasami wprost z Zamkiem Kafki, mówiącą o perypetiach i biurokratycznej mitrędze młodego Polaka przybyłego do Rzymu, petenta wielu ważnych watykańskich urzędów, żmudnie dochodzącego sprawiedliwości dla swego ojca, konsyliarza kurialnego z Torunia, który wszedł w konflikt ze swoim  biskupem, Dobrzelińskim. Na koniec bohater otrzymuje od Trybunału św. Roty dokument stwierdzający, że jego ojciec wykonuje swoje obowiązki w diecezji… tarnowskiej. Nie jest to jednak, jak sądzi, zwykła pomyłka, ale swego rodzaju “salomonowa” mądrość i typowo, wedle pisarza, „watykańska” decyzja, która nie naprawia wprawdzie krzywdy wyrządzonej ojcu, ani nie podważa postępowania zmarłego właśnie biskupa, ale i nie pozbawia mecenasa prawa do wykonywania zawodu. Nowoczesna formalnie, racjonalistyczna i otwarta wobec świata realiów i konkretów proza Tadeusza Brezy nie jest przy tym pozbawiona elementów intelektualnych roztrząsań i tonów głębszej ironii. Powieść, dodajmy, była często wznawiana, przekładana na wiele języków świata, adaptowana na scenę teatralną i telewizyjną.

 

        „Po pierwszej mej książce Adam Grywałd z roku 1938, utrzymanej w charakterze powieści psychologicznej, dwa lata pracowałem nad Białą laską, w której również psychologicznie analizowałem problem zawiści” – pisał Tadeusz Breza w swych powojennych wspomnieniach. Utwór ma formę wewnętrznej spowiedzi bohatera głównego, nie nazwanego z imienia, zwierzającego się ze spraw całego swego życia, a szczególnie z tej bolesnej sytuacji coraz mocniej narastającej w nim niechęci do swego szwagra, Szymona Sołtyka robiącego błyskotliwą karierę, szczęściarza, kobieciarza, ulubieńca całej rodziny i wspólnego im obu teścia, zarazem szefa oraz właściciela firmy w której pracują – bogatego, chorego i sparaliżowanego fizycznie  przedsiębiorcy Waldemara Malborga. Narrator przeżywa też wcześniejszą śmierć w połogu własnej żony Heleny, córki Malborga. Wszystko to, obarczonego nadto kompleksem niższości i potrzebą kariery ambitnego plebejusza (to nawiasem mówiąc często i rozmaicie ukazywany temat literatury europejskiej od czasów Balzaka), skazuje bohatera tej powieści Brezy na rozliczne wewnętrzne psychiczne samoudręki i poczucie „obcości”, outsiderstwa wobec tej zamożnej tradycyjnej mieszczańskiej rodziny. Ów długotrwały stan permanentnej zawiści prowadzi go na koniec do sytuacji dramatycznego wyboru, przed jakim zostaje nagle postawiony; wyboru jakże tragicznego w skutkach. Wtedy gdy podejmuje decyzję i świadomie nie udziela pomocy swemu „rywalowi”, a jest to decyzja, prowadząca prostą drogą do tak zwanej  – zbrodni przez zaniechanie. Czyli do tego decydującego momentu, gdy w chwili wielkiego pożaru, tak tragicznego w skutkach, nie otworzył owych drzwi budynku, które tylko z zewnątrz on jeden mógł był otworzyć… 

   

     Ale też na koniec, gdy dowiaduje się od matki Szymona Sołtyka, że syn jej był zagrożony ślepotą – skąd brała się ta jego rekompensująca, i tak mocno drażniąca innych jego chęć „błyszczenia” w rodzinie i w świecie, niepohamowana aktywność i żądza życia – nasz bohater wyznaje wówczas wprost: „Nie przypilnowałem tych drzwi umyślnie. Kłamałem opowiadając, że przed zejściem zastawiłem je stołkiem. To nie wicher, gdy szyby roztrzaskało, wyrwał je stamtąd. Całe lata sycił, a tego wieczoru rozżarzył zawiść moją… Wiedziałem, że się nie wydostanie”. Narrator pozostaje teraz w podwójnym potrzasku poczucia winy, prowadzącym go do kolejnych i ostatecznych wyborów, kolejnych etapów dojmujących wyrzutów sumienia i próby takiej oto ekspiacji: „dopuściłem się zbrodni i nie może mi zostać odjęta ta nikczemność. A dziś ociągam się, pocieszam i płaczę tu wspólnie. Jakżeż się zatraciłem!”.  Jak podkreśla to w swym posłowiu do Zawiści jej wydawca, Michał Sprusiński: „kalectwo, cierpienie śmierć mają w Zawiści inne niż te Grywałdzie znaczenie. Nie są już oglądane oczyma obojętnego rezonera, są przywoływane na świadectwo tragedii zawiści, która odgradza bohatera od wszystkich, nie tylko od zmarłego. Życie w świecie kalekim musiało być kalekie. Klęski innych usprawiedliwić mają jego klęskę”. Nadto – jak trafnie to zauważył Mieczysław Dąbrowski w wydanej w 1982 roku monografii Tadeusz Breza –  „Wydaje się, że mało kto łączy Zawiść z Adamem Grywałdem, a tylko wtedy nabiera ona pełnych znaczeń filozoficznych, jako dopowiedzenie powieści debiutanckiej, doprowadzenie jej przesłanek do końca, rozliczenie się ostateczne z podjętą tam tematyką i problematyką”.

 

     Jednym słowem bohater i narrator Zawiści staje twarzą w twarz wobec próby rozwiązania zasadniczego egzystencjalnego dylematu, konieczności dokonania wyboru, jakby przeniesionego z filozofii Alberta Camusa; sytuacji jego „człowieka absurdalnego”. Istoty ludzkiej naznaczanej dominującym poczuciem winy i dręczonej wyrzutami sumienia, obarczonej koniecznością podejmowania nieustannych decyzji, poszukiwania odpowiedzi na dręczące go zasadnicze egzystencjalne problemy i konkretne pytania  – niczym bohater głośnej powieści z lat 50. XX wieku tego pisarza – Upadek (w której jak wiadomo świadomie nie udzielił on pomocy dziewczynie skaczącej z mostu do Sekwany). Nie o ilustrację jednak tez filozoficzno-egzystencjalnej myśli chodzi autorowi Zawiści. Upadku Camusa nie mógł zresztą znać w chwili pisania tego swojego utworu. Ważne jest jednak obecne tu niezaprzeczalne współbrzmienie jego pisarstwa z klimatem intelektualnym i fermentami myślowymi rodzącymi się wówczas na kanwie filozofii egzystencjalnej problemami (niczym dawniejsze marksowskie widmo „krążącymi nad Europą”), z którymi mógł się zetknąć bezpośrednio niejako, bo były mu one zapewne intelektualnie znane już okresie studiowania filozofii w Londynie oraz podróży po krajach europejskich, w tym i Francji. Dodajmy tylko na marginesie, że w literacki dialog polemiczny z Upadkiem wszedł Jarosław Iwaszkiewicz w swym opowiadaniu Wzlot. Ale to już odrębny temat.

 

    Istotny jest też, jak się wydaje, i inny jeszcze aspekt ówczesnej postawy pisarskiej autora Zawiści. Pisał oto bowiem Tadeusz Breza tę swoją powieść, tak niby wyłącznie psychologiczną, w czasie gdy zaczynał dla niego być ważny pisarski dorobek i sposób patrzenia na świat starszego od niego, i bardzo wpływowego w ówczesnej prozie polskiej pisarza, czyli Juliusza Kadena-Bandrowskiego, autora Generała Barcza oraz Czarnych skrzydeł. Wpływ zawartego w nich widzenia człowieka, pokazywanie rozwarstwionego wielorako społeczeństwa pozaborowego, podzielonego kastowo, na wpół jeszcze feudalnego („przywalonego resztkami feudalizmu”, jak u Bolesława Prusa w Lalce) – spadku po zatrzymanym w rozwoju po latach zaborów – społeczeństwa polskiego i meandrów polityki tamtych lat po odzyskaniu przez Polskę utraconej przed ponad stuleciem niepodległości. Oto Tadeusz Breza czasie pracy nad Zawiścią był już autorem znamiennego w kontekście jego ówczesnych poszukiwań literackiej drogi własnej, szkicu eseistycznego pod tytułem Mitologia u Kadena, gdzie między innymi dostrzegał i rozważał, niejako na własny, późniejszy literacki rachunek, problematykę podejmowaną przez Kadena-Bandrowskiego. Sytuację niepodległości kraju jako gorzkiej satysfakcji – „radości z odzyskanego śmietnika” – jak pisał w Generale Barczu. Była metafora pełne ironii i przekąsu dobrze charakteryzująca, jego zdaniem, położenie i sytuację  całych grup społecznych w międzywojennej Polsce oraz ich przedstawicieli. Pokazywanych u tego pisarza ostro i wyraziście realistycznie jako ludzi uwikłanych w rozmaite ideowe i propagandowe „mity” tego czasu, poddawanych nieustannym presjom i koniecznościom ekonomicznym, naciskom i bodźcom – między innymi jakże bolesnym trudom nieustannej walki o godność obywatelską i osobistą, jak i o wyższą pozycję społeczną, o kariery polityczne przez jednych czy też, jak nieliczni, marzących i walczących politycznie o zniesienie dominacji silniejszych nad jednostkami słabszymi…

 

 

   Co zresztą widoczne stawało się coraz mocniej obecne w późniejszych powojennych utworach, jak i w znacznej części całej literatury europejskiej i polskiej Tak i w pisarstwie Tadeusza Brezy, po tej wielkie wojennej traumie, gdy w miejsce „psychologii” (czyli dominacji środków wyrazowych powieści psychologicznej), na plan pierwszy wybije się i u niego „polityka” (czyli dominacja realistycznych elementów polityczno-społecznych). Oczywiście, w zgodzie z diagnozą autora posłowia do pierwszego Zawiści, można ją traktować dzisiaj przede wszystkim jako interesujący „indeks słów związanych z zawiścią”, jako rzeczywiście „jeden z nieśmiertelnych rozdziałów encyklopedii ludzkiej” poświęconych temu problemowi. Lecz dodać też trzeba na koniec, że poza tym uniwersalnym, psychologicznym rozumieniem „zawiści” jako stałego składnika człowieczego „stanu posiadania” uczuciowego, Tadeusz Breza już w tej wczesnej swej powieści dostrzega także szersze, całkowicie  realne i konkretne obiektywne jej uwarunkowania. Tkwiące jego zdaniem niejako immanentnie już w samych nierównościach pozycji i miejsca jednostki w hierarchii społecznej zajmowanej przez jego bohaterów. Jako istotne, bo głowne czynniki sprawcze wpływające w określonych sprzyjających okolicznościach pobudzająco na ostry przebieg tej pozornie czysto wewnętrznej tylko, psychologicznej „choroby” – zawiści; tej  właściwości i przypadłości ludzkiej natury oraz na jej destrukcyjne skutki, dla innych przecież także. Gdyż to wszechobecne i narastające z czasem w bohaterze powieści uczucie – tak na ogól dla otoczenia trudno dostrzegałalne abo wręcz bagatelizowane, uznawane za „niewinne” – takie jak właśnie tytułowa „zawiść”, w pewnych sytuacjach życiowych, spotęgowanych psychologiczno-egzystencjalnymi okolicznościami, jak ma to miejsce w powieści Tadeusza Brezy, stać się może niekontrolowaną, groźną i ślepą siłą. Prowadzącą do nieszczęść, wielkich dramatów i tragedii o wymiarach ponadindywidualnych, skutkach ponadjednostkowych – bo nieuchronie społecznych właśnie. I to jest dzisiaj nadal to główne – nieprzedawnione – przesłanie płynące z jego powieści Zawiść.

J.T.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko