Początek roku to czas rozliczeń z sobą i światem, czas wielkich planów, ale także czas wspomnień. Powracamy myślą do tych, którzy odeszli już dawno lub przed chwilą.
Wspominamy uśmiechy, które lekko wyblakły na pożółkłych zdjęciach, słowa, które zapadły nam głęboko w duszę i słowa, których nie zdążyliśmy komuś powiedzieć.
Dobrze, że te wspomnienia napływają, bo one sprawiają, że ludzie, którzy umarli, nie zapadają w pustkę, nie rozpływają się w nicości. Żyją tak długo, jak długo żyje pamięć o nich. Chciałabym więc przypomnieć, przywołać na chwilę niektórych z nich.
Dzisiaj przypominam Wincentego „Witka” Różańskiego
Wincenty „Witek” Różański urodził się w Mosinie w 1938 roku, gdzie spędził dzieciństwo, później związany był z Poznaniem. Tu uczył w Technikum Księgarsko-Poligraficznym i na poznańskiej polonistyce. Zamieszkał na ulicy Ostrobramskiej, w bloku, z oknami wychodzącymi na park i nieistniejący już cmentarz. Już w czasie odbywania przez Witka służby wojskowej zdiagnozowano u niego schizofrenię, z którą zmagał się przez całe życie. Związane z tą chorobą lęki i rozchwianie emocjonalne mocno zaważyły na jego twórczości. Przez kilka lat podejmował różnego rodzaju prace zarobkowe, aż do momentu otrzymania w 1964 roku renty inwalidzkiej. Jego poezja rodziła się w bardzo trudnych życiowych warunkach, uciekał w nią przed realnym życiem.
Był aktywnym uczestnikiem poznańskiego życia literackiego. Zaprzyjaźnił się z Edwardem Stachurą, który utrwalił Różańskiego w swej powieści „Cała jaskrawość”. Stachura był promotorem twórczości Witka, zabiegał o publikację jego wierszy w prasie i pomógł mu wydać dwie pierwsze książki poetyckie. Różański chętnie uczestniczył w konkursach poetyckich i bardzo cenił sobie spotkania z publicznością podczas licznych wieczorów autorskich, między innymi w Klubie Studenckim „Od nowa”, później w Klubie Literackim przy Pałacu Kultury w Poznaniu, a w ostatnich latach życia także w Bibliotece Raczyńskich.
Za swą twórczość otrzymał między innymi Nagrodę Artystyczną Miasta Poznania i Nagrodę im. Jana Kasprowicza. Jego dorobek tworzą 23 książki autorskie, w tym tomiki Nam ciszy, nam wiatru potrzeba (1986), Bądź pozdrowiona chwilo (1989), Będziemy piękniejsi (1990), wybór wierszy Wędrujemy do Szeol (2011) oraz wydane pośmiertnie: tom z jego rysunkami Jasna kreska (2013), Wiersze niecierpliwe (2015) oraz Spóźnione (2020).
Wincenty Różański zmarł w Poznaniu 3 stycznia 2009 roku, lecz jego postać nie odeszła z literackiego środowiska Poznania. We wspomnieniach wielu ludzi wciąż żyje jego nieśmiały uśmiech, dziecięca szczerość granicząca prawie z naiwnością, wielka religijność, niezaradność, życiowe zagubienie, a przede wszystkim jego twórczość. Był autorem wielu książek poetyckich, pisanie i publikowanie nowych wierszy było dla niego najważniejszą rzeczą. Czytałam list, który wysłał do swojego przyjaciela, Jurka Szatkowskiego, skarżąc się, że nie wydał ostatnio żadnych nowych książek. Jurek pokazując mi ten list powiedział, że takich listów otrzymywał od Witka wiele. Nowe wiersze i nowe książki były poecie potrzebne jak powietrze. Pisał bardzo dużo. Zmęczony życiem, które go przerastało, w poezji szukał azylu. Była jego ucieczką od problemów, choroby, niezrozumienia przez otoczenie. Miał kilku dobrych przyjaciół, lecz to nie wystarczało, by
świat stał się dla niego przyjazny i zrozumiały. W dodatku przyjaciele odchodzili, umierali zbyt młodo… Wielką tragedią była dla Różańskiego śmierć „Steda” – Edwarda Stachury. Stąd pewnie w wierszach poety tyle przygnębienia, czerni, lęku przed śmiercią i tęsknoty
za nią… Jako człowiek głęboko religijny wierzył, że po śmierci spotka się nareszcie z tymi wszystkimi, którzy go opuścili.
Ostatnio przeczytałam wydaną w 1998 roku przez wydawnictwo WERS (Tom 3 biblioteczki Okolicy Poetów) książkę Witka Różańskiego „Została pusta karta dań tego świata”. Dziwny to może tytuł, lecz obrazujący uczucia autora – życie nie ma mu już nic
do zaoferowania, poprzednicy zagarnęli dla siebie to, co było do wzięcia, zostawiając wielkie nic, pustą kartę. W książce tej poeta dokonuje jakby rozliczeń ze swym życiem,
ze światem. W prostych, pozbawionych prawie metafor wierszach, językiem jasnym
i zrozumiałym opowiada swój świat od wczesnego dzieciństwa do rychło oczekiwanej śmierci. Wspomina miejsca, gdzie się wychowywał i do których zawsze tęsknił: „Leniwo kołysze się wiek/ pójdę do miasteczka/ gdzie się urodziłem/ …/ chwała tobie miasteczko/ chędogie i dumne”, „za wsią za przyczółkiem/ stoi biała szkoła/ tam uczyłem się/ cyfr i liter na pa- mięć”, „letnie wakacje w miasteczku M./ wycieczki i nocleg z psami/ światło prowadzi do celu i nadziei”. Wiersze w tym tomiku nie mają tytułów, przechodzą jedne
w drugie płynnie, prowadzone myślą autora. Ukazują kraj dzieciństwa, ludzi, którzy byli dla Różańskiego ważni, jak na przykład babcia: „Na tym pagórku grób partyzancki/ tu babcia zrywa szalej i pokrzywę/ konie spłoszone wiatrem grzywę stroszą/ tam gałęzie sosen skrzypią przeraźliwie”; przywołują twarz matki nakładająca się na obraz młodej dziewczyny: „koło tej studni są ślady dziewczyny/ która szła w śniegu po wodę/ idę za las po nagrodę/ …/ położyłem się widzę u szczytu/ drzew twarz mojej matki/ co trwa do ostatka”. Urodzony w Mosinie, dorosłe życie spędził w Poznaniu, pisał nawet o nim wiersze, lecz zawsze tęsknił do swobody, przestrzeni, dusiło go miasto i jego obojętność, okrucieństwo: „lustra/ poznańskie lustra/ gładkie i przezroczyste/ tu się wtulić na zawsze/
i patrzeć jak czas mija/ mało mi trzeba ciepła/ by ogrzać ludzkie sumienie/ – rozbij lustro człowieku/ odpryski zranią marzenia”. Miasto i żyjący w nim ludzie często zadawali ból wrażliwemu poecie. Wracał więc w obrazy bardziej sielskie, do ludzi prostych i nie skomplikowanych, wyraziście kreśląc ich sylwetki kilkoma wersami, jak w jedynym posiadającym tytuł wierszu „Dwaj chłopi w młynie gadają”, dedykowanym Jerzemu Szatkowskiemu: „Marcin:/ jak było tak było ale było/ Antoni:/ jak jest tak jest ale jest/ Marcin:/ będzie jak w Księdze/ Antoni:/ nic nie ubędzie/ epoki przemijają/ króle umierają/
a chłopi mają rację”. Niby zwykłe, leniwe pogadywanie na przyzbie, a ile w tym mądrości!
Pośród tych opisów i wspomnień niejednokrotnie pojawia się śmierć, ukazywana
w bardzo różnorodny sposób. Czasem jest mieczem sprawiedliwości: „gdy wiara ustanie/ śmierć w siebie uwierzy/ będzie wysprzątane/ z wszystkich marnych wierszy”; oczekiwanym po ciężkim życiu spokojem: „wypić raz do dna i zasnąć na zawsze/ przed zmurszałym od starości progiem”, „prowadź mnie do kresu/ a potem do bezkresu/…/ ja tu się nie liczę/ skończyłem robotę”; nadzieją na spotkanie z bliskimi: „i tam spocznę wreszcie/ jest nadzieja/ że na mnie czekają/ – trumna się zwęgli/ na pamięć”, „jest jeszcze bezkres/ w którym się zatracę/ co mi powiesz matko/ gdy cię w niebie zobaczę”. Wreszcie jako nadchodzące nieuniknione, które bezlitośnie przerwie nić życia i uniemożliwi dokończenie wszelkich rozpoczętych spraw: „tak mało mam czasu/ zanim obejrzę się wstecz/ już mi szykują grób zawczasu/ nim przyjdzie śmiertelny miecz”.
W wierszach Witka Różańskiego spotkać można również miłość. Opisana bez górnolotnych zwrotów czy skomplikowanych metafor, zajmuje dużo miejsca w życiu poety. Nie zawsze jest to miłość spełniona, wzajemna, często boleśnie rani i kaleczy: „całowałem twoje okno/ stół suknię i pryszczyk na twarzy/ potem trzasnęły drzwi/ i zrozumiałem/ że każdy jest sam/ i amor jest nieszczęśliwy/ bo zabrakło mu strzał”; często jest bardziej poszukiwaniem miłości niż samą miłością: „tej nocy biała kalina się śmiała/ gdy młody szukał ochłody/ w tej gorączce zgubił na łące/ ślady kochania nie do odzyskania”. Pisał
o uczuciach, choć zdawał sobie sprawę, że to temat trudny do zdefiniowania: „kto potrafi opisać miłość/ ten bohaterem”. Chyba najjaśniej, najwyraźniej można odczytać miłość
i tęsknotę w wierszu: „abyś była bliżej mnie/ napisałem do pilnej prasowej/ prośbę/
o przeniesienie skrzynki pocztowej/ bliżej mojego domu/ a ty nie piszesz/ drogi budują/ a ja nie mam dokąd pójść”.
Pisał też Różański o poezji, tej największej swojej miłości, bez której nie mógł żyć: „już nie wiem ile to lat/ w przymierzu z poezją idę/ obok przepływa piękny świat/ a rzeczy same rosną jak kwiat”, „tam czeka na mnie/ córeczka poezja/ którą wymyśliłem”, „kiedy wszystko spełni się/ chciałbym żeby poezja/ poruszyła ciebie do żywego/ i żebyś zamyślony nad życiem/ nie stracił kierunku drogi/ …/ zostanie ślad paru słów/ które powiedziałeś/ nie napisawszy ani słowa/ ten który widzi jasno/ i jest wdzięczny człowiekowi/ jest poetą”.
Jest w książce „Została pusta karta dań tego świata” rozdział „Świętemu Augustynowi”, w którym autor umieścił wiersze religijne. To przeważnie utwory krótkie, rymowane, bardzo uproszczone, na kształt pacierza. Zwraca się w nich poeta do Boga: „Piszę wiersz/ palcem na piasku/ Boże daj mi dożyć/ jasnego brzasku”, „w Twoje ręce oddaję siebie Panie/ u Ciebie znajdę przytułek cichy/ Tyś mi opoką Tyś mi opieką/ jam tylko grzeszny jam tylko winny”; i do Marii Panny: „Panno przeczysta/ co otulasz dziatki/ do Ciebie się modlę/ w zimowe ostatki”. Te wiersze porażają wprost swoją prostotą, są jak czysty, orzeźwiający zdrój. I chyba właśnie w tej prostocie kryje się geniusz Różańskiego, w tym całkowitym braku zagmatwań i wydumanych słów, w bezpośrednim przelaniu myśli na papier.
Nadwrażliwy, o kruchej psychice, nie mógł się przystosować do świata, ludzi, do otaczającej go rzeczywistości. Czuł się wyobcowany, wypalony, niepotrzebny: „coraz mniej mogę pisać/ w skurczu serdecznym serca/ co tu dużo mówić/ nie ma na tym świecie/ dla mnie już miejsca”, „zabierzcie mi pióro weźcie ubiór tani/ ja już nie poeta ja wygnaniec”, „śmiej się pajacu/ ja nawet śmiać się nie umiem/ wszystko co pozostało/ to blizna na rozumie/ wszystko przemija/ wszystko zawodzi”. Jednak z dołów depresji podnosił się poeta i znów pisał, pisał szybko, dużo… Jak najwięcej… Nie zawsze były to utwory dobre, bardzo często wymagały wielu poprawek, cyzelowania, skreślania… Wiele trafiało do kosza. Jak pisał sam Różański: „przyszedł Jurek Szatkowski/ i – jak zwykle -/ na pobojowisku metafor/ wśród literackich śmieci/ (ty nas gołąbko uchroń/ od słów kalekich!)/ przepisywaliśmy wiersze/ na czysto”. Czyścił więc te wiersze, poprawiał i wydawał. Czasami brzmią one jak wierszyki z dziecięcej laurki czy wyliczanki: „rośnijże mi fiołku/
w pobliskiej kawiar- ni/ ja się z tobą przyjaźnię/ wezmę cię do domu/ i wsadzę w wazonik/ aż po jasny dzionek/ będziesz kraśniał fiołku/ aż po ciemny koniec”, przeważnie jednak niosą w sobie wielkie przesłanie. Pokazują świat takim, jakim jest on naprawdę, obdarty
z pozłoty. Wiersze Witka Różańskiego są prostą, nieskomplikowaną relacją z jego życia
i uczuć. Bez zbędnych ozdobników, trudnych słów, których znaczenia trzeba by szukać
w encyklopedii, pisane językiem potocznym, zrozumiałym, a przecież czystym i pięknym.
I w tym właśnie tkwi cała tajemnica ponadczasowości jego poezji.
Pisząc recenzję książki Witka Wincentego Różańskiego „Została pusta karta dań tego świata”, zwróciłam uwagę na niesamowitą prostotę, a przez to czytelność wierszy, na nieco naiwne, wręcz dziecięce postrzeganie świata przez poetę. Okazało się, że tę swoją charakterystyczną szczerość w przekazywaniu obrazów i zdarzeń przenosił Witek nie tylko w strofy wierszy. Próbował także pokazać otaczający go świat i ludzi za pomocą rysunków. Były to proste rysunki, prowadzone jasną, wyraźną kreską. Rysował drzewa, rośliny, domowe sprzęty, znajome pejzaże, ulice, swoją dawną szkołę, domy… Wielokrotnie rysował też świętego Jerzego, na koniu i pieszo – rysunki z pewnością dedykowane były Jerzemu Szatkowskiemu, który kolekcjonował wizerunki tego świętego. Dużo wśród rysunków Różańskiego jest wizerunków Chrystusa , Matki Boskiej, z dzieciątkiem i bez,
a także świętych. Najwięcej jednak jest podobizn ludzkich twarzy – portretów przyjaciół, krewnych, znajomych…
Ostatnio ukazała się nakładem Biblioteki „Tematu” niezwykła książka. To zbiór kilkuset rysunków Witka Różańskiego, a także wybór wspomnień jego serdecznych przyjaciół. Książka nosi znamienny tytuł „Jasna kreska”, co obrazowo charakteryzuje zawarte w niej rysunki. Czarno – białe, czasem nieudolne, prowadzone wyraźną kreską… Ukazujące rzeczywistość, jaka otaczała ich twórcę, jego lęki ( bo rysował również śmierć, tak często pojawiającą się w wierszach), jego fascynacje, zauroczenia, ludzi z którymi przebywał, z którymi się przyjaźnił, a czasem tylko przelotnie poznał …
Większość rysunków autor podpisał, można więc z całą pewnością zidentyfikować miejsca i ludzi. Z pejzaży najczęściej pojawiają się miejsca dzieciństwa, rzeka, nad którą chodził się kąpać wraz z przyjaciółmi, szkoła w Wirach, stary stół, przy którym siadywał w dobrej kompanii, by napić się piwa… Stare drzewa, kwiaty…
No i przede wszystkim ludzie. Przewijają się twarze tych, których już nie ma, ale o których pamięć nigdy nie wyblaknie… To twarze „Steda” – Edwarda Stachury, Ryszarda Milczewskiego – Bruna, Andrzeja Babińskiego, Władysława Broniewskiego, Romana Brandstaettera, Nikosa Chadzinikolau, Łucji Danielewskiej, Stanisława Grochowiaka, Marka Obarskiego… Wszyscy oni żyją w swych książkach, w pamięci czytelników, przyjaciół, a teraz zostali uwiecznieni na kartkach „Jasnej kreski”. Jest nawet podobizna Karola Wojtyły w młodzieńczym wieku.
Wśród portretów znalazłam też wielu kolegów z poznańskiego środowiska literackiego,
z którymi spotykam się na co dzień… To na przykład Paweł Kuszczyński, nieżyjąca już Helena Gordziej, Maria Magdalena Pocgaj, Andrzej Sikorski, który również odszedł… Jest kilka portretów Dariusza Tomasza Lebiody. Najwięcej jest podobizn Jerzego Szatkowskiego, z którym Witek był bardzo zaprzyjaźniony, jego żony Iwony Szatkowskiej, dzieci Jerzego – Karola i Moniki oraz jego rodziców.
Wiele rysunków przedstawia Krystynę Orłow, muzę Andrzeja Babińskiego, której poświęcona była cała książka tego poety, zatytułowana „Uwierzenie moje”. Być może zachwycał się nią również Witek.
Można znaleźć autoportrety Różańskiego z różnych okresów życia, także ten ostatni, rysowany w towarzystwie trupiej czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami i podpisem „ze mną już koniec”.
Ciekawa jest geneza powstania „Jasnej kreski”. Już wiele lat temu, za życia Witka Różańskiego, Jerzy Szatkowski obiecał, że wyda książkę z rysunkami poety, znajdującymi się w jego posiadaniu. A było ich kilkaset! Jednak przez wiele lat nie miał możliwości finansowych, by obietnicy dotrzymać. Witek umarł, rysunki pozostały nie opublikowane,
a Szatkowskiego, jak sam wspominał, „gryzło sumienie” że zawiódł przyjaciela. Wreszcie
w 2013 roku udało mu się uzbierać sumę potrzebną do wydania drukiem rysunków.
Z pomocą Dariusza Tomasza Lebiody, który zeskanował kilkaset grafik i opracował skład, Szatkowski wydał książkę, która stała się jakby wypełnieniem testamentu Witka Różańskiego.
Na uwagę zasługuje strona edytorska tego tomu. „Jasna kreska” wydana jest na pięknym kredowym papierze, w złotej twardej oprawie, nawiązującej symbolicznie do ustanowionej w ubiegłym roku Złotej Książki, Nagrody im. Witka Wincentego Różańskiego.
Kapitułę Nagrody powołała wdowa po zmarłym poecie, Małgorzata Kasztelan – Różańska, aby imię jej męża nie rozpłynęło się w niepamięci. Kapituła nagradzać miała wybitnych artystów, nie tylko w dziedzinie literatury.
Omawiając książkę nie sposób pominąć wspomnień, związanych z autorem rysunków, opinii jego przyjaciół i ludzi w jakiś sposób z nim związanych. We wprowadzeniu zatytułowanym „Witek — Rysunki” autorstwa prof. Norberta Skupniewicza, jednego
z najbardziej znanych twórców poznańskich, artystę malarza, którego prace znajdują się
w kolekcjach Muzeów Narodowych w Warszawie, Poznaniu i Krakowie, czytamy: Czym miałbym być pobudzony, może ambicją, aby pisać o rysunkach Witka Różańskiego – przecież są. Są jakąż ilością twarzy, a każda wymowna. Czy zatem potrzebują mojego, ewentualnego zdania, potwierdzającego ich obecność…
Poznałem to rysowanie w czasach Gigantów – w prehistorii, na trampolinie naszego życia. Rysunkom wtedy przyglądałem się pobieżnie, nie doczytywałem w nich intencji. Nie natrafiałem, na nieodzowną wówczas potrzebę prowadzenia studium, pogłębiającego wizerunki, którym odpowiadały. Czyż mógłbym wtedy przyjąć, zespoły środków samoistnego rysowania, które spłaszczały kształty, pomijały bryłę oraz materię, nie zauważały miejsca w obrębie pola kartki, dla kompozycyjnego uzasadnienia podziału formatu. Nie zgadzała mi się niedbałość o stan papieru – rzutująca niepewność na akceptację doznanej chwili; może obojętność, której nie utrzymała iskierka pobudzająca aktywność ekspresyjnego ruchu ręki. Tyle samo, co pstryknięcie odruchowego rysowania, trwała akceptacja-ocena rysunku. Potwierdzała zabawę w rysowanie – rodzaj wyścigu, albo wręcz w wykradanie sobie, i przez własną rękę, postrzeganych twarzy nieopanowaną kreską dla magicznych przeznaczeń: Czynił to nagle, nie prosząc, nie nalegając aby ów portretowany zastygł w pozowaniu. Niekiedy, choć nie celowo, kresek było więcej, bardziej były wichrujące – jakby zbywało ich dla danej twarzy, dla zatrzymania chwili przez tamtą obecność. Z zawirowania Witkowej natury powstawał papier z ciągami bezkrytycznej kreski, jakoby twarz wystawiona – jedynie-jedynym mignięciem – na zewnętrzne światło
i na wewnętrzny cień, schwytana stała przez patrzenie łapczywe lub niechętne… Do takiego rysowania trzeba być otwartym w nieustanności. Rysunek zjawia się z poruszenia, podobnie do aforyzmu. Tego się nie wymyśli, a tu, przez Jerzego Szatkowskiego, zostało zaakceptowane bez wahania-pieczołowicie; nieraz Witek powtarzał opuszczony kontur obrysu głowy-twarzy aby następnym trafić celniej, przez co zmiękczył się ich tryb orzekający, jakby kończącą zdanie kropkę odsunięto o kilka spacji.
Jerzy Szatkowski tak wspominał pierwsze próby graficzne Witka, pierwszą ich publikację i to, dlaczego poeta nagle zaczął rysować, co rysował i w jaki sposób.
I dlaczego powstała książka, którą trzymam w ręce: ... Któregoś dnia – tak ni stąd, ni zowąd powiedziałem do Witka: – Narysuj mi mojego Patrona – świętego Jerzego. Witek zrobił duże oczy. Znieruchomiał. Po chwili – niby obudzony ze snu (powiem inaczej: – Jakby się w nim coś obudziło) wyszeptał: – No… spróbuję. Ale… Jurku… nie od razu, jeszcze nie teraz. I tak: – Rzec można – ni stąd, ni zowąd – przysłowiowe ziarno zostało rzucone. Z biegiem czasu (z upływem lat) od „pierwszych kresek” (Rzeczka Wirynka, Źródełko) powstawały Witiaróżańskie rysunki. Jedynie moi najbliżsi i nieliczni dobrze znajomi wiedzieli o ich istnieniu. W 1998 roku ukazała się sponsorowana przeze mnie książka Witka pod tytułem „Ratujcie serca nasze”. Na książkę złożyła się część Witianów
z mojego prywatnego archiwum literacko – plastycznego. W tomie – obok wierszy
i rękopisów pomieściłem również blok Witkowych rysunków (portrety). Na promocji książki (połączonej z wieczorem autorskim Witka) ludzie (w większości „sami swoi”) oczy przecierali. Sic! Trudno im było uwierzyć, że Cudowny Witek jest autorem Portretów.
A Witek był przeszczęśliwy. Tak! – Duży Witek cieszył się jak małe dziecko. Wtedy to obiecałem mu, że nadejdzie dzień, w którym wszystkie jego rysunki (takoż i te, co dopiero powstaną) ujrzą światło dzienne. Od tej pory Witek niecierpliwił się, a nawet nalegał….
A ja… po serii „niebezpiecznych zakrętów” zaszyłem się z ukochanymi pieskami w mojej samotni w lesie. Wróciłem na stare śmieci … Alem i poprzysiągł sobie, że prędzej czy później „żeby nie wiem co” – spełnię com postanowił, a Witkowi obiecał….
… Wszystkie pomieszczone w albumie rysunki (podkreślam: wszystkie z wyjątkiem Autoportretu a’la Chopin) powstały w mojej obecności. Na moich oczach. A tak naprawdę to Witek rysował je dla mnie. „Dla ciebie Jurku”. Rysunek – każdy z osobna – ciepły jeszcze – darowywał mi z ręki do ręki. Każdy z osobna. Sic!
Witek rysował z pamięci, z natury albo na podstawie zdjęcia. Jest tam też jeden „Autoportret z lustra”. W czasie rysowania milczeliśmy. Ciszę przerywały tylko Witkowe płytkie, nierówne, szumiące oddechy, albo też głośne pociąganie nosem…
… Niektóre rysunki Witka sprawiają wrażenie jedynie zaczętych, niedokończonych – ale Witek oznajmiał: – „Tyle wystarczy”, „Niech tak zostanie”, „Kropka”. Te rozważania
o Witkowych plastycznych początkach zatytułował Jerzy Szatkowski „Glosa”.
Tadeusz Dziczkaniec – Żukowski, poeta i reżyser filmów dokumentalnych (widziałam przed kilkoma laty świetny film o Witku Różańskim, z udziałem zmarłego poety, reżyserowany przez Tadeusza, który pokazała mi jego żona Małgosia), w eseju „Nikifor
z Ostrobramskiej (albo apokaliptyczne sielanki)” opisuje pierwsze zetknięcie z poezją Różańskiego: Tom „Przed czerwonymi słońca drzwiami” Wincentego Różańskiego (wystawiony w witrynie Księgarni im. Adama Mickiewicza) był pierwszą książka poetycką, jaką kupiłem w Poznaniu po rozpoczęciu studiów na polonistyce UAM jesienią pamiętnego roku 1976 (strajki w Radomiu i Ursusie, powstanie „demokratycznej opozycji” i pierwsze „zawiązki” mojego literackiego „pokolenia indywidualistów 1976 – 1989”). Byłem wtedy początkującym poetą, m.in. pod wpływem Różewicza i Przybosia, i przyjechałem znad Regi u jej ujścia do Morza Bałtyckiego, gdzie tak intensywnie przeżywałem wschody
i zachody słońca. Pewnie też z tego (archetypicznego?) powodu, gdy stanąłem „przed czerwonymi słońca drzwiami”, tak intensywnie rozbłysła we mnie „róża poezji”: płomyk przed Płomieniem. To było jak wejście z „talizmanem kwiatu” do mistycznej „bramy Przemian”; wg legendarnego „Witka”, jak go nazywali najbliżsi przyjaciele.
Natomiast Dariusz Lebioda tak wspomina w zatytułowanym „Jasna kreska” posłowiu książki: Jakże wiele mam w pamięci spotkań z Wincentym Różańskim, który od zawsze był dla mnie „Witkiem”, najpierw tym z powieści Cała jaskrawość Edwarda Stachury, a potem przyjacielem na poetyckiej niwie. Najczęściej spotykałem go podczas Międzynarodowych Listopadów Poetyckich w Poznaniu, gdy przychodził na inauguracje, czytał nowe wiersze, a potem w kuluarach dzielił się ze mną ostatnimi wieściami. Najczęściej były to rozmowy zdawkowe, w stylu starych kumpli, którym wystarczy niewiele słów, by wszystko zrozumieć. Ale miała miejsce też wyprawa specjalna, grupy poetów
z Bydgoszczy, którzy wybrali się do stolicy Wielkopolski by go spotkać, by spojrzeć mu
w oczy i pobyć z nim na ulicy Ostrobramskiej. Nie był wtedy w dobrej formie i potrzebował co jakiś czas odpoczynku, a my byliśmy taktowni i staraliśmy się zapamiętać każdą chwilę, każdy jego gest i słowo. Pokazywał nam swoje tomiki, które dzięki zapobiegliwości i umiejętnościom lingwistycznym Stachury, ukazały się po hiszpańsku w Meksyku. Przedstawił nam też swoją trudną sytuację, żalił się na niezrozumienie i kłopoty codzienności. Piliśmy razem piwo i staraliśmy się wnieść jak najmniej chaosu do jego rozwibrowanego świata. Bo Witek – z pozoru spokojny i ułożony – nieustannie nosił
w sobie burze, toczył batalie, o których nie mieli pojęcia ci, którzy z nim się stykali. … Wiedziałem, że rysuje, bo czasami przysyłał mi w listach swoje wizualizacje, ale zbiór, który otrzymałem do wydania od Jerzego Szatkowskiego, wprawił mnie w wielkie zdumienie. Okazało się wszakże, że poeta z Ostrobramskiej pozostawił po sobie ogromny zestaw rysunków, przedstawiających naturę i miejsca dla niego ważne, dokumentujący literackie kontakty, a nade wszystko ukazujący pisarzy, poetów i innych zaprzyjaźnionych z nim ludzi. To ważny element życia kulturalnego w Wielkopolsce, nie mający precedensu w całym kraju., to czas utrwalony przy pomocy specyficznie kształtowanej kreski.
„Jasna kreska” nie jest więc zwyczajnym albumem z rysunkami, jakich wiele można spotkać na księgarskich półkach. To zamknięta w szkicach historia. Dowód przyjaźni, jaką mogą się nawzajem obdarzać artyści, twórcy, bez elementów zazdrości i zawiści,
z dbałością o kulturę i o siebie nawzajem. To rzeczywiście Złota Książka, której blask
z biegiem lat nie tylko nie przygaśnie, ale będzie lśnił coraz jaśniej…
Jak jasna kreska, rysowana ręką Witka Różańskiego.
—————————————————————
Wincenty Różański „Został pusta karta dań tego świata”, Wydawnictwo WERS, Poznań 1998, s 40
Wincenty Różański „Jasna kreska”, Wydawnictwo Biblioteka „Tematu”, Tom nr 63, Warszawa 2013, s.174
Fot. poety – tylna okładka książki „Jasna kreska”





