Andrzej Walter – Obfitość czarnej dziury

0
100

Andrzej Walter

 

 

Obfitość czarnej dziury

 

 

Tadeusz Makowski   Czas jest rzeczywistością okrutną. Oswajamy się z jego biegiem, z jego meandrami czy z wyrokami, ale jego istota wciąż pozostanie dla nas pojęciem ukrytym. Żyjemy w czasie, który nie ma początku ani końca. Rodzimy się, umieramy, a od kiedy człowiek zaczął wszystko liczyć, mierzyć i kategoryzować brutalnym narzędziem – zegarem – domknął pewien aspekt naszej wolności. Wiemy kto zegary nakręca. Właśnie człowiek. Reguluje je, ustawia, konserwuje – jedynie po to, aby z chaosu uczynić jakiś porządek, albo aby ująć nasz byt w jakieś dające się ogarnąć ramy egzystencji.

 

   W świetle tej nie dającej spokoju refleksji zastanawiam się – kto nakręca poetów? Bądź też, z innej perspektywy pytając, co ich, w dzisiejszym świecie, nakręca? Poeci bowiem czas usiłują przechytrzyć, obłaskawić, ogarnąć … Jednak istnieją tu i teraz. Muszą – jak inni – żyć i uporać się z codziennością.

 

   Uczestniczyłem ostatnio w jury pewnego ogólnopolskiego konkursu literackiego. Liczył ponad trzysta zestawów. Wiersze, bardzo różne, wiele – znakomitych. Nie mieliśmy większego problemu z wyłonieniem laureatów, czy też z doborem publikacji do tradycyjnego almanachu. Możemy do tego dołożyć ogromną liczbę pism literackich, spotkań autorskich, imprez, festiwali, wydarzeń. Słowem – bogactwo, Polska pisze, Polska tworzy, stawia temu stechnicyzowanemu, dziwnemu światu poezję na przekór trendom i tendencjom. Życie literackie kwitnie w najlepsze, stanowi zwierciadło pewnej – socjologicznie ujętej – grupy ludzi zainteresowanych słowem i jego pięknem. To grupa nader liczna, a w naszym kraju, na tle krajów innych, bardzo znacząca.

 

   Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Z pewnością w tym świecie poetów nakręca nieodparta potrzeba życia wewnętrznego, spełniania się, ekspresji ducha ponad ekspresję ciała, natłok przeżyć, miłości do słów i jakiś tajemny zew oryginalnego ich wyrażania. Z pewnością dzieje się też tak z powodów naszej skomplikowanej historii jako narodu, z przyczyn (że się tak wyrażę) nasiąknięcia wieszczami i ich epokowym znaczeniem dla kultury, dziedzictwa i tradycji. Z przyczyn, że większość nas, Polaków, ma głęboko zakodowaną wyjątkowość, która wprost wypływa z zaznanych losów, gdzie było nam zawsze „pod górkę” … Do tej wyliczanki przyczyn możemy zapewne jeszcze dołożyć to i owo, jednak wszystko to razem powoduje właśnie taki, a nie inny obrazek. Mnogość środowisk twórczych, ogrom organizowanych konkursów, recytacji, spotkań. Polska poezją stoi. I świetnie. Nasza dusza z poezji ulepiona …

 

   Cóż z tego skoro na widowni … mizeria. Dosłownie, nie w przenośni! Pustynia i susza. Publika siedzi przed telewizorem. Uprawia sporty. Smaży ciałka w solariach, bądź krzepi je na siłowniach. Tańczy, albo śpiewa, gdyż śpiewać i tańczyć każdy może, czasem jeden lepiej, często drugi gorzej… Jeździ po sklepach, kupuje, i wypłukuje swój mózg z czytania, książek i słowa – tak przecież trudnego w wyrafinowanym odbiorze, tak nudnym i nieefektownym przecież, że aż zredukować należy edukację następnych pokoleń i nie mordować ich tymi Norwidami, Mickiewiczami, Sienkiewiczami i całą tą zgrają starych i jakże zbędnych ramoli. Nudnych, niezrozumiałych, śmiesznych.

 

   To obraz oboczny, jakby z innej planety, obraz drastycznie i dojmująco prawdziwy w soczewce analiz stanu społecznego ducha, acz obraz dojmująco bolesny. Jakże powszechny. Napierający na owych, przywołanych wcześniej poetów – zapaleńców falą szyderstwa, niezrozumienia, a najłagodniej – zdziwienia – (by nie powiedzieć zdziczenia) – o co tym ludziom tak naprawdę chodzi? Do licha, cóż oni do nas mówią? Nic nie rozumiemy. Nieszkodliwi wariaci? Klatka stop. Kontrast dziejów toczy się nieubłaganie. Poeci swoje, lud swoje. Tyle, że lud ma teraz gigantyczną tubę. Globalną i masową, jak ujął to jeden z moich poetów – przyjaciół – totalną mediokrację.

 

   I prawdą jest – tak było zawsze od strony potrzeb. Lud domagał się chleba i igrzysk, poeci zaś, wyruszali szlakiem Ikara, czasem Odysa, ku swoim wysublimowanym krainom. Ku swoim prawdom, jakże odmiennym od prawd ludu. Szkoda tylko, że kiedyś te światy potrafiły się nałożyć, interferować, wzajemnie cenić, czerpać z siebie i szukać natchnienia, czy po prostu – wiedzieć, jaka jest rola Mickiewicza, a jaka wójta, pana czy plebana. O parobku nie wspomnę. A w chwilach granicznych, traumatycznych, ostatecznych, w chwilach ciężkich przełomów, w chwilach prób i wyzwań – ów lud wiedział, ile znaczą i jaką wagę mają słowa dodające otuchy, słowa pozwalające przetrwać, niosące natchnienie, wytchnienie, czy też wreszcie ocalenie przed grabieżą ducha przez Obcego. Te różne światy były choćby cząstkowo – komplementarne.

A dziś?

 

   Dziś te światy uległy rozwarstwieniu. Dziś (niby) nie ma obcych. Wzrósł kontrast. Światy się rozdzieliły, albo rozpadły. Wszystko jest relatywne, uniwersalne, wymierne towarowo, albo wartościowo i materialnie. Obrazowo przemówił do mnie pewien argument odnośnie porównań sytuacyjnych tego, co działo się na świecie przed wojnami wieku XX, do tego co się dzieje dziś, na przykład w Rosji czy gdziekolwiek indziej. Brzmi on tak – wtedy ludzie mieli jakieś idee (lepsze bądź gorsze), jakąś wiarę w coś, jakieś szczytne cele … dziś – światem rządzi pieniądz i tylko pieniądz. Nie ma idei, nie ma wiary, brak ducha. W stopniu nigdy wcześniej nie spotykanym. W stopniu totalnym. Globalnym. Liczy się czysty pragmatyzm, materia, władza przełożona na liczbę dóbr, przywilejów, które umożliwiają nabycie dóbr kolejnych i koło się zamyka, dba się o ciało, mega hedonizm oraz redukcję ducha do bajek dla dzieci. Choć i te bajki się już modyfikuje … Po cóż zatem książki, a przynajmniej książki trudne. Dziś wszystko ma być łatwe, albo perwersyjne, albo pikantne, mięsiste. Po co piękne? Piękno – dla idiotów. Zróbmy Golgota Picnic, albo zawieśmy kogoś na krzyżu – tak dla hecy.

 

   Kto i co – nakręca poetów?

 

   Wiersz Szymborskiej „Wieczór autorski” nabrał dziś innego, jakże przewrotnego znaczenia. Może też się przewartościował. Przeczytajmy go:

 

Muzo, nie być bokserem to nie być w cale.
Ryczącej publiczności poskąpiłaś nam.
Dwanaście osób jest na sali,
już czas, żebyśmy zaczynali.
Połowa przyszła, bo deszcz pada,
reszta to krewni. Muzo.

Kobiety rade zemdleć w ten jesienny wieczór,
zrobią to, ale tylko na bokserskim meczu.
Dantejskie sceny tylko tam.
I wniebobranie. Muzo.

Nie być bokserem, być poetą,
mieć wyrok skazujący na ciężkie norwidy,
z braku muskulatury demonstrować światu
przyszłą lekturę szkolną – w najszczęśliwszym razie –
o Muzo. O Pegazie,
aniele koński.

W pierwszym rządku staruszek słodko sobie śni,
że mu żona nieboszczka z grobu wstała i
upiecze staruszkowi placek ze śliwkami.
Z ogniem, ale niewielkim, bo placek sie spali,
zaczynamy czytanie. Muzo.

   Oj, Muzo, Muzo!!! … Muza ma się chyba dobrze. Nie ma za to na Sali już ani nawet dwunastu osób. Nie ma po prostu nikogo (spoza piszących). Jak pada deszcz znajdzie się tysiące innych rozrywek. Krewni również znaleźli ciekawsze zajęcia. Bokserskie mecze już większość nudzą, no, chyba że to gala w Nowym Jorku transmitowana na cały świat. (choć wtedy smakują ją pasjonaci przed ekranem) – tyle, że nikt nie mdleje. Hasło – Norwid, wkrótce nowo edukowanym pokoleniom mało co powie. Będzie pojęciową pustką, a właściwie wśród obecnych nastolatków już jest. A z braku muskulatury z pewnością nie zademonstrujemy światu (my, poeci) przyszłej lektury szkolnej. Co najwyżej stosy makulatury do szkolnych zbiórek. Toć to nie Harry Potter. Z plackiem też może być powoli problem, gdyż wszystko zaczyna być co raz bardziej plastikowe i sztuczne. Natychmiastowe czy błyskawiczne. Cyk i … mamy. Na enter. Gotowe. Po co się mordować jakimś tam pieczeniem.

 

   Pozostał jednak, z wiersza Szymborskiej – Ogień. Większy niż niewielki. Poetów coraz więcej. Zastępy, rzesze, enklawy, hordy. Rozmnożyli się. To chyba ogień po ciężkich szymborskich – w najszczęśliwszym razie – bo obawiam się, że nie po ciężkich herbertach czy miłoszach – za trudne. Innych nazwisk przez litość nie wymienię … nie kalajmy świętości. Choć dziś nie ma żadnych świętości. Co i kto nakręca poetów? Duch? Materia? Sława? Zabawa? Czy model spędzania czasu?…

 

   Z pewnością własne towarzystwo. Wzajemnie nawzajemne. Zakonserwowane. Odosobnione. Jak mawiają – niszowe. Skazane na siebie nieodparcie, aby to pożal się Boże, tak zwane literackie życie, mogło się komuś na coś nadać. Otóż nadaje się nam samym sobie. Ja ci przeczytam mój wiersz, posłucham Twojego i to bardzo pięknie. Poklaszczemy sobie wzajemnie. Im kto więcej może załatwić, tym oklaski bywają hojniejsze – aż po burze oklasków, aplauz kompletny. Bardzo ładnie. Nawet podziwiamy i nienawidzimy się nawzajem, solidarnie, jak ostatni Mohikanie … ratując jeszcze to, co się da. Jeżeli uważacie, że jest w tym kpina jesteście w ogromnym błędzie. Nic podobnego. To również mój los. Tą samą łodzią płynę. W tej samej – z wami – utonę. Nasze wzajemne spotkania – wbrew pozorom – stanowią wielką wartość. Dzięki nim jeszcze żyjemy. Naszego entuzjazmu co prawda nie podziela ten i ów minister, dzielący skąpymi środkami, czy inny sponsor bądź … mecenas. Ach, mecenas … jakie szlachetne słowo. Cóż, może zostańmy przy sponsorze. A kiedy go nie ma, siedzimy w jakiejś nieogrzewanej salce, do której nie zajrzy „pies z kulawą nogą”, a z zewnątrz dochodzą odgłosy niepohamowanej konsumpcji. Oj, przeżyłem to nie raz, nie dwa. Choć często bywa lepiej. Ktoś postawi herbatkę, nawet ciasteczko. Bywa, że i winko. Wtedy więcej poetów się zbiera. Syndrom czasów. Fora zatem od sponsora… choć częściej „fora ze Dwora”…

 

   Muza też z pewnością nakręca poetów. Ta odwieczna, tajemna, spoza nieskończoności, z potrzeby, z serca i z wiary, nadziei i miłości. Tak. Muza poważnie i mocno nas nakręca i jako taka, jest wiarygodnym uzasadnieniem dalszego trwania wbrew temu zdziczałemu światu. Cóż jednak Muza. Chimerą jest. Kaprysem. Jątrzy świadomość, spycha nas w niszę dziejów (mój Boże, znów ta nisza), podszeptuje słowa, metafory i każe dalej pisać. Z bolesnym poczuciem, że słowa już coraz mniej znaczą, nie zmieniają świata, lecz lecą sobie gdzieś w eter, kołują, aż upadną na mokry, zimny, zapaskudzony bruk… spopielone przeznaczeniem i losem. Tak bywa … lecz nie grożą nam zbiorowe mogiły. Jest teraz sterylnie i higienicznie.

 

   Znajdują się też tacy, którzy zaprzeczają współczesnym prawom fizyki i udowadniają, że te obfite czarne dziury wcale nie są nicością, a jedynie pokłosiem etapu, procesu ciągłego, odwracalnego, sinusoidalnego, i że tak zawsze było. Jest i będzie. I wróci jeszcze poezji potęga, która poruszy miliony, jeśli tylko będzie dobra. Jeśli tylko spełni wyzwania współczesności, umocnione legendą czy mitem i zawsze ludzie zachłysną się Nią – cudowną Damą, gdyż taka już ich odwieczna natura. Może to i prawda. Tyle, że niesprawdzalna. Nie udowadnialna. Widzę tu, owszem, pewną iskrę nadziei, tylko że nie widzę ognia. Tego Ognia. Nie widzę żaru kolejnych pokoleń, które się przed poezją systemowo, ministerialnie i państwowo „chroni”, dając w zamian elementarzowo-edukacyjny kicz. Unicestwiając potrzebę czytania czegokolwiek poza internetowym skrótem, czy instrukcją obsługi telefonu komórkowego. Syndrom czasów? Czy hiper-piramidalna głupota?

 

   Czy jest to wszystko zatrważające? I tak i nie. Jak zwykle. Jak zawsze. Trudno przewidzieć przyszłość. Człowiek, w swej naturze, faktycznie – zawsze (przynajmniej wielu) szukać będzie czegoś więcej, czegoś poza, czegoś wzniosłego, pięknego i wielkiego. Pytanie tylko – jaki człowiek? Czy tak „wyedukowany” człowiek, będzie szukać potrafił … Doprawdy, nie wiem. Oby mu się to udało. I oby odszukał Nowe. Póki co powróćmy do poetów. Na kolejną Jesień. Spotkania, festiwale, wieczory, publikacje. Świat niechaj idzie swoją własną, postępową drogą, poeci swoją. Obawiam się, że te drogi nigdy się już ze sobą nie zejdą. Nie złączą. Rozeszły się od siebie bardzo daleko. W zasadzie różni je niemal wszystko. Pomóc może tylko cud, bądź jakiś nieoczekiwany impuls. Impuls młodości, buntu, niezgody na ten marazm, na czerń cieni, na wyrachowanie materii wplecionej we wrzeciona Czasu. Odwiecznego sprzymierzeńca poezji i poetów. Tylko jego niepokojący, tajemny wymiar pozwala wierzyć, że słowo przetrwa poza niespójną i hałaśliwą mentalność epoki. Poza ludzi małych duchem i wnętrzem. Poza ten cały jarmark współczesności. Skupiony na jednostce i jej fałszywym pojęciu szczęścia.

 

   Poeci szukają (ponoć) prawdy. I choćby znaleźli jej tysiące odmian ich strofa zawsze złagodzi przemijalność. Jest panaceum na śmierć. Dotykiem wieczności. Świat takie pojęcia jak wieczność czy śmierć kasuje dziś w publiczny niebyt, z Elementarza wykreśla Boże Narodzenie zastępując je Gwiazdką (kto wie jaką – znam różne) – z poetami mu się nie uda. To jedno jest pewne. Co do reszty … co do całej tej międzypoetyckiej przepychanki, układanki, codzienności i aktywności. Nie ma w tym większego sensu. Prócz sensu walki z bezsensem. Prócz bicia piany tysięcy ego, którym być może to potrzebne, by żyć. Rozumiem to na pewien sposób, ale chyba warto to głośno powiedzieć. Jeśli tylko spowoduje to, że wciąż będą pisać, że nie porzucą stanu, misji, weny i potrzeby – to dobrze, niech się bawią. Ja też będę. Może tylko jedna rada, nieśmiała sugestia – niech ze swego grona pozbędą się ludzi skompromitowanych, dobrze zakamuflowanych, ludzi fałszywych, sztucznych – słowem pozerów (no niestety, tacy też tam są). Mnie powoli przestaje bawić walka z wiatrakami. Walenie głową w mur. Obserwowanie jak pewni poeci, autorzy nawet niezłych wierszy, roztrwaniają swój dorobek swoją żałosną i niskich pobudek postawą w atmosferze dojmującego braku środków na wszystko. Stają się żałośni i śmieszni w tym swoim wieszczym napuszeniu. Nie czas, nie miejsce – panowie. Odwagi. Odejść też można z klasą … (co nie znaczy, że nie można dalej pisać – jak mawiał Stachura – jednak warto)

 

   Sądzę, że należy znać, poznać i zrozumieć perspektywę. Jest ona rok po roku coraz węższa. Oddal nas od jądra poezji. Zamyka się w czarnej dziurze. Pełną podłości i obfitości. Coraz mocniej egzotyczną. Niezbadaną. Ale i niebanalną. Poza nią chyba nie ma już nic.

 

Andrzej Walter


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko