Marek Jastrząb – Miniatury

0
298

Marek Jastrząb


Miniatury




Upadek kultury…


Felix Randel

…jest nieuchronną częścią rozwoju człowieka. Ale z tym upadkiem nie jest różowo, gdyż do kiedy można upadać i gdzie jest ściana, granica, kres moralnej degradacji? Myślę, że jest ona w nas: do pewnego momentu akceptujemy rzeczywistość, bo jest ona zgodna z naszymi doświadczeniami i wyobrażeniami, lecz w miarę nieuchronnej ewolucji w obyczajach i zmian wynikających z naukowego postępu, świat w którym przebywamy, staje się niepojmowalny  i obcy, gdyż obce i niepojęty są dla niego  ideały i marzenia, które dla nas miały znaczenie.


Pisarz…


…powinien uzbroić się w większy zasób pokory wobec swojego adresata. Kres sztywnych konwencji jest bliski i nieuchronny. Wyjście poza obecny niedowład, to skromność, to mówienie za pomocą małej liczby słów treści stanowiących wstęp do inwencji czytelnika. Literaturę taką winno charakteryzować dynamiczne używanie skojarzeń, nadawanie, za ich pośrednictwem, impulsów umożliwiających czytelniczą aktywność.


Odbiorca literatury ma ją współtworzyć. Stąd musi podlegać zmianie dotychczasowa funkcja pisarza: przestaje być nieomylnym podpowiadaczem i wodzirejem wśród właściwych mniemań.


Autor jutra, zredukowany do bycia POŚREDNIKIEM, zmuszony jest do  wytyczania czytelnikowi – myślowej trasy;  czytelnikowi, który ma wyobraźnię o niebo od niego doskonalszą, bo wzbogaconą o własne przeżycia. I wtedy dopiero linia – DZIEŁO – AUTOR – CZYTELNIK – ma sens.

Ps.

Nie potrafię uwolnić się od nadmiaru słów, porównań, myśli. Nie chcę dokonywać szminkowania swojego stylu. Nie umiem pisać inaczej, bez posługiwania się odrębną składnią, bez budowania rozwlekłych zdań.


Zbyt późno zauważyłem, że powinienem inaczej; rozmyślna redukcja, zamierzona rezygnacja z rozmaitości wypadków, rejestr wybranych, kluczowych zdarzeń, casusów gwarantujących przejrzystą formę, buszowanie wśród myślowych odnóg, rozlewisk i zakoli, paradowanie wśród przędziwa mijającego czasu, oto wyjście dla mnie, oto akt świadomego wandalizmu, bo pisze się tak, jak się czuje:  zachwycająco źle, mętnie, mało pewnie, a często – nie najlepiej.


Poezja i proza


Między poezją a prozą różnice są dęte i sztuczne, podobnie zresztą, jak wszelkie klasyfikacje tworzone z myślą o porządkowaniu, regulowaniu, przykrawaniu pojęć do przyzwyczajeń. Poezja i proza stanowią szczelny blok. Poetą był Żeromski, prozaikiem – Leśmian. Treść napisana prozą – brzmi wierszem, a wiersz – prozą. Rzecz oczywista, mowa o artystycznym pisaniu


Mowotok zgwałconego marzyciela


Od dawna nurtuje mnie pytanie o to, jaka jest właściwa i niepodważalna cecha, skaza wyróżniająca prawdziwego człowieka od dzisiejszych imitacji?


Niektórzy z moich podręcznych przyjaciół mawiają, że taka, jak między poetą, a kulturalno-oświatowym. Zazwyczaj poeci myślą do smaku i przeważnie samodzielnie.  Ale, według mnie, autentyczni od namiastkowych różnią się w sposób mało szlachetny: zawartością pustki w głowie oraz nadaremnym, a odwiecznym szukaniem wyjaśnień na temat wiary w sens bycia gdziekolwiek.


Piętami do przodu.


Nauka doinwestowana i oświata opłacalna, byłoby to nader groźne  przedsięwzięcie. Bo na co wtedy byśmy narzekali? Gdzie by się podziało pokazywanie nas palcami, szydzenie z naszej ciasnoty umysłowej lub ksenofobii? Proceder pomocy studentom i, mówiąc generalnie, NAUCE, znany i z powodzeniem uprawiany jest we wszystkich cywilizowanych krajach. Narody zamożne, społeczeństwa Szwecji, Wielkiej Brytanii, Francji, Szwajcarii, wymieniając zaledwie kilka, doskonale zdają sobie sprawę z potęgi wiedzy. Wiedza sprzyja bogaceniu się. Natomiast kraje pochodzenia wynaturzonego, czyli takie, jak nasz, nauce mówią zdecydowane NIE.


Wolimy narzekać na swoje niepowodzenia, niż im się przeciwstawić. Gdyby zdarzył się cud i nagle zaczęlibyśmy inwestować w wykształcenie, nagle bylibyśmy narodem otwartym na zrozumienie innych ludzi, a więc narodem tolerancyjnym i mniej kwaśnym na międzynarodowych arenach, byłaby to tragedia; tragedia  dla wielu grup utrzymujących  stołki, bo czy przy rozgarniętych obywatelach możliwy byłby nieustająco zły scenariusz obdarzania ich zaufaniem?


Bajka


Na ogół, czyli przeważnie zawsze, tryumfuje draństwo; zło zostaje ukarane, a pan zbój otrzymuje pedagogiczny cios w buraczany nos. Przy czym przez całą bajkę ohydny pan zbój wkurza kogo się da, ma się fajowo, korzysta z dobrodziejstw swojego łajdactwa, jest na totalnym luziku, robi wszystkim szydercze pa pa i filuterne zyg zyg, pławi się w luksusach, nie mówiąc o basenie z szampanem, i odgrywa niewinnego faceta, a dopiero na dwie sekundy przed jej końcem, gdy ginie, wydobywa się z niego coś w rodzaju cierpienia.


I te dwie sekundy mają mnie przekonać że istnieje sprawiedliwość.


Proporcje są tu takie: centymetr kiełbasy na dwa metry gówna.


Morał: bajki są bajkami dlatego, że zwycięża w nich DOBRO. Odwrotnie, niż w rzeczywistości paradującej w nas  w bardzo nieseksownych gaciach.


Rodowód


 Należę do wściekłych optymistów kiedyś, a sceptyków obecnie, do ludzi krążących wokół minionego, opętanych wszechobecnością pamięci. Historia jest dla mnie udziałem w procesie niepowstrzymanego upadku na coraz mniej kulturalną twarz, a przeszłość jest barwniejsza od tego, co spotyka nas w tej chwili. Nie ma człowieka potrafiącego być bezosobowym, gdyż nie ma idealnej alienacji. Nawet średniowieczny asceta nie był sam; zawiadywał swoim psychologicznym lusterkiem: trzymał Boga w rękawie lub wierzył w Niego z trwożliwą świadomością współistnienia.


Miazmaty


Obecne gadanie po próżnicy pasuje do sytuacji polskiego społeczeństwa tak ostro przedstawionej w dramacie Wyspiańskiego – WESELE. Wtedy, a był to początek ubiegłego wieku, wtedy też nie potrafiliśmy ustalić, o jaką Polskę nam idzie. Co przedstawiciel jakiegoś środowiska, np., chłop lub sprzedajna figura zwana dziennikarzem, głosili prawdy objawione, jakby uwzięli się, by mieć rację choć przez chwilę. I żeby było bardziej groteskowo, każdy z tamtych wizjonerów uważał się za patriotę, a ich demagogiczne swary wyrażały narodową niemoc. Mistrz podsumował je chocholim tańcem. Tańcem, który miał być przestrogą. Ostrzeżeniem przed pustosłowiem. Ale falsyfikaty, wzniosłe i tandetne, triumfują do dziś. Do teraz dramat jest aktualny, a chocholi taniec nadal trwa, dalej więc nie potrafimy wyjść z zaklętego kręgu niemocy.


Wybawienie


Od lat nie czytam książek pisanych tradycyjnie. A nie czytam ich nie dlatego, że postanowiłem zostać analfabetą, lecz z tej przyczyny, że jest to dla mnie czynność  za bardzo skomplikowana i coraz mniej możliwa: o książkach z prawdziwymi kartkami, o inkunabułach z niepowtarzalnym zapachem pleśni; mogę sobie tylko powspominać o jedynej w swoim rodzaju woni świeżutkiej, drukarskiej farby, o zmysłowych doznaniach towarzyszących lekturze. 


W miarę upływu lat i metodycznego postępowania mojej choroby, powiększają się spustoszenia czynione przez nią. By nie nudzić opisywaniem innych objawów powiem tylko o słabnącym wzroku i o koordynacji ruchowej: widzę coraz mniej i coraz mniej panuję nad sprawnością swoich rąk. Palce są niczym grube kołki. Zanim odwrócę stronę, mija czas. A jeśli w końcu uda mi się ją przewrócić, to po jej przeczytaniu czeka mnie identyczny mozół z następną. Tak zatem jeśli książką tą jest wielotomowa encyklopedia pisana wątłą czcionką, drobnym maczkiem na cieniutkim papierze i w poszukiwaniu definicji jakiegoś słowa trzeba, odwracając posklejane kartki, zabawić się w benedyktyna, opuszcza mnie ochota do tradycyjnego pożerania ksiąg. Bo cóż mam zrobić, jeśli po wielu mordęgach z bezlitosną złośliwością kartek, zamiast wyjaśnień poszukiwanego hasła natykam się na informację, że jego wytłumaczenie znajduje się w innym tomie?


Dlatego wybawieniem jest Internet: zamiast zniechęcającego wertowania stron, mam do dyspozycji – wyszukiwarkę. Słabo widzę? Jest rada: powiększam czcionkę. Reasumując: dla ludzi sprawnych istnieje przyjemność obcowania z nieelektroniczną książką, dla ludzi takich jak ja, Internet stanowi dobrodziejstwo. 


Nie tu i nie teraz


Jak z kilku odległych przydawek, z  paru emocjonalnych uzupełnień ruchomego podmiotu, rodzi się nieuchwytny, nowy i niekłamany kształt zdania, a ich suma, stając się zbiorem doświadczeń zestrzelonych w obraz, który może być przeżyciem zdolnym do wzbudzenia uśpionych wzruszeń, ich końcowym  i skończonym wyrazem, tak i on, poniewczasie, ze wstrętem i daremnym żalem stwierdza, że jego wczorajszy świat runął w przepaść dzisiejszych  omówień, że nie opiera się na solidnych, niezmiennych podstawach, bo podstaw takich już nie ma.


Nie ma, gdyż zostały podważone i zamazane wieloznacznością, a w miejscu poprzednich, zagubionych i bezpowrotnie utraconych, dostrzega złudną pewność niejasnego celu, chwiejne rojenia, zaprzepaszczone majaki. Na pocieszenie powiada więc, że ma własną historię literackich dokonań, osobną hierarchię zachodzących w niej zdarzeń, że nie to go zachwyca, co powszechnie uznane, lecz to, co go wzrusza; choćby nie było przyjęte za masowe piękno.


Chałturnik


Wdeptany w nadmierne oczekiwania, za wszelką cenę stara się im sprostać. Wszak nie zawodzi go pamięć: na razie wie, o co warto zabiegać. Więc siedzi w domu i wybrzydza. To mu się nie widzi, tamto go odrzuca. Mierzi go postępująca degrengolada ludzi: mówi, że za jego jurnej młodości, nawet taka Wisła miała więcej dopływów.


Pochylony nad swoim zacietrzewieniem stwierdza, że bezpowrotnie, ostatecznie i radykalnie utracił swój moralny węch, i nie ma już rozeznania, co dobre, a co tylko w miarę paskudne, ponieważ to, co, zgodnie z grawitacją, uważa za kiepskie i nie do przyjęcia, zaczyna nad nim górować; jest wielkie, doniosłe i wprasowane w teraźniejszy aplauz, toteż nocami, owładnięty niepraktyczną irytacją, ślęczy nad zleceniem opisu bezalkoholowej nerki dla porąbanych.


Ofiara


Pojechałem do Redakcji, w której niegdyś byłem zatrudniony. Już od wejścia dostrzegłem, że nie tyle się rozwinęła, co rozrosła; dawniej mieściła się tylko na jednym piętrze, teraz obejmowała cały budynek. Na dole, jak przystało na porządną firmę, znajdował się sekretariat z korkowymi żaluzjami i pokój Naczelnego, przed którego marsowe oblicze nie można się było dostać inaczej, niż przechodząc przez  buduar sekretarki.


Gdy mnie zauważyła, jej uśmiech wynagrodził mi początkową wzgardę. Wesoły i w zasadzie szczery, ośmielił mnie do zamanifestowania swojej sympatii, do podkreślenia szacunku dla uczciwości placówki, którą musiałem pożegnać szybko i z własnej, nie przymuszonej głupoty. Pomyślałem wtedy, że są  chwile w życiu człowieka, iż niby wymiotne skrupuły, nachodzą go refleksje, falstartowe żale. I te zadry, te skruchy czy spóźnione pokuty sprawiają, że chce otrzymać rozgrzeszenie ze świństw, które popełnił w dobrej wierze, ma dotkliwą pewność, że poczucie winy za bezinteresowne wyrządzenie krzywdy jest jego pieprzonym dokumentem, legitymacyjnym emetykiem, potwierdzeniem faktu, iż nie potrafił zbłądzić z klasą. Toteż czuje się  lawirantem spisanym na straty i dlatego ze zdwojoną energią rzuca się naprawiać poprzednie pomyłki.


Tak i ja, wyprany i w zupełności odrestaurowany z poprzednich wzruszeń, idąc groźnym korytarzem w kierunku drzwi Naczelnego żywiłem nadzieję, że i on zmienił się w Człowieka. Lecz teraz tłumaczyłem sobie, że moja kara już się zakończyła, już zapomniano o tym, że przez moment byłem kanalią, że z czystym sercem i pustym kontem mogę wrócić do pracy,  na państwowe łono, z chwilowego wygnania.


Uległem jednak złudzeniom, ponieważ kiedy tak postanowiłem, stare kąty były kątami całkowicie nowymi, a w jego gabinecie zastałem amerykankę. Miała baldachim, a zamiast  kosza na podania, widniał klęcznik dla interesantów.


Przepraszał za bałagan i zachęcał, bym powiedział, co mi leży na sercu, zaproponował, bym wygodnie  rozpłaszczył się na  dywaniku w przyjazne ciapki. Nastąpiło więc ogólne zbratanie, puściły nam nerwy, staliśmy się rozlewni, połączyło nas wzajemne narzekanie, obopólne podnoszenie na niepewnym duchu.   


Tłumaczył mi, (sam się o to prosiłem!), że musiał mnie wylać, ale że były specyficzne czasy, no i ogólny klimat, szukanie kozłów, nagonka, presja, psychoza, przecież wiem, a przynajmniej powinienem wiedzieć, że nie miał wyjścia i gdyby nie on, to i tak  zwolniłby mnie zefirek historii. Sądził, że i tak ze mnie szczęściarz, ponieważ zachowałem coś w rodzaju twarzy. Przy czym przez cały czas wizyty ściskał i całował mnie głośno; tak mocno, by nawet w sekretariacie wiedziano o tym, że zostałem przywrócony do wynoszenia śmieci, a w stronę sekretarki krzyknął, by na jednej nodze przyniosła nam kawę i ze dwie lufy.


Szachy


Choć znaliśmy się od lat, jeszcze z budy, choć był moim rówieśnikiem, facetem wzrostu mniej więcej niesporego, uraźliwym ponad normę, subtelnym do granic wytrzymałości, to przecież mówił, myślał i zachowywał się, jak człowiek starej daty.


Przychodził do mnie co środę, pogrywał ze mną w szachy, wędrował po planszy misternymi figurkami ze słoniowej kości, rzeźbiarskimi robotami człowieka o zapomnianym zawodzie artysty, figurkami z czasu domu pełnego ludzi, narzekał na drożyznę i narowiste żylaki, podekscytowany czymkolwiek, sąsiadami za żywopłotem, napadowymi odwiedzinami rodzinki.


Jego przewrażliwienie było niebezpieczne. Nigdy się nie wiedziało, gdzie i czym się skończy, niedostrzegalnym westchnieniem, wzrokiem pełnym wyrzutu, czy namiętnym wybuchem prowokującym do rozmowy o nieokreślonych parametrach. Najniewinniejszy motyw mógł ulec rozwinięciu, mógł przerodzić się w atak.


Trzeba było trzymać się przy nim na szpic, nie trajkotać, gdy na głos rozważał następny, desperacki manewr, obronę konia i tak spisanego na konserwy, taktykę do przewidzenia przez początkującego, pilnować języka, by nie palnąć czegoś do żałowania, do wykreślania z pamięci, nie sprzeciwiać mu się, gdy pomylił pola, wieżę z gońcem lub hetmana z królikiem, co najwyżej powiedzieć mimochodem, patrząc na wierzchołki drzew, na drogę przed domem, suchą jak pieprz i pustą od lat, markując wycieranie nosa, że błądzenie jest rzeczą ludzką.


Należało, bez popędzania i daremnych komentarzy, poddać się losowi, płynąć z jego prądem, znosić przeciągłe chwile namysłu, wahliwe borykania się z kuszącymi ewentualnościami, jego śmieszne i denerwujące bębnienie cybuchem o blat w trakcie wykonywania ruchu, w momencie chwytania byka za rogi, w przełomowym „raz kozie śmierć”, w momencie zastanawiania się nad posunięciem, na którego wykonanie każdy dobry szachista, a nie grajek od święta, przeznaczyłby pół sekundy automatycznego myślenia, podczas gdy on przewlekał go, celebrował go przez minut pięć.


Wypadało cierpliwie znosić jego nerwowe wiercenie dodatkowej dziury w porciętach, manifestacyjne chwianie się to w przód, to do tyłu, zafrasowane drapanie po wypłowiałej czaszce, rozpraszające łomotanie byle czym o byle co i zacieranie wątrobianych rąk.


Powinienem też, ze skrzętną uwagą, słuchać jego łacińskich przysłów i udawać, że są odpowiednie do sytuacji na szachownicy. Ale choć irytował mnie powolnością najprostszych poruszeń, niezmiennie dwie, partia i rewanż, te nasze nawykowe pojedynki, były niepisanym, a rytualnym sposobem dawania świadectwa o tym, co przeszło, sentymentalnym, ckliwym być może, dawaniem jednak trwałym i należącym wyłącznie do nas.

*

Gdy byłem obok niego, wydawało mi się, że już bym nie potrafił się z nim nie spotykać, już nie mógłbym sam uporać się ze swoim opuszczeniem, ze swoją pustką w milczącym domu, ze swoim obsesyjnym, niemęskim patrzeniem na fotografie w albumie, już bym nie umiał obojętnie przejść z dużego pokoju do kuchni wiedząc, że w środę, rozmawiałem z nim, żartowałem, że wszystko jest na medal, a w piątek zawiozą mnie na jego pogrzeb.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko