Krzysztof Lubczyński-W starym kinie, w ciemnych okularach

0
461

Krzysztof Lubczyński


W starym kinie, w ciemnych okularach


Rozmowa z STANISŁAWEM JANICKIM, dziennikarzem filmowym, współtwórcą i wieloletnim prowadzącym programu telewizyjnego „W starym kinie”.


Co  w Pana ocenie oznacza dziś określenie „stare kino”?


– Metrykalnie – by tak rzec – ta granica stale się przesuwa. W latach sześćdziesiątych, gdy byłem młodym dziennikarzem filmowym, stare kino, to było kino przedwojenne. Już w latach siedemdziesiątych starym kinem były także filmy z lat 40-tych. No i tak się ta granica przesuwała.


Jednak dla mnie filmy Felliniego czy Wajdy sprzed trzydziestu-czterdziestu lat jakoś nie mogą stać się „starym kinem”, mimo że są już tak stare, jak dla Pana w 1965 roku były filmy z lat 30-tych…


 – Toteż kryterium czasowe, będąc najważniejszym, nie w każdym przypadku jest rozstrzygające. Granica między starym a nowym kinem jest płynna, względna. Zależy też od rytmu zmian w kinie. Dla jednych „starym kinem” są nadal filmy z Chaplinem, Busterem Keatonem czy Haroldem Lloydem. Dla bardzo młodych widzów „stare kino” to Kurosawa, Bunuel, Antonioni, Bergman czy westerny i filmy z gatunku „płaszcza i szpady”


Uderza różnica poziomów między przedwojennym kinem zachodnim, czy radzieckim, a polskim. Radykalnie na niekorzyść tego ostatniego…


– To prawda, że polskie kino Dwudziestolecia międzywojennego było na ogół na bardzo niskim poziomie artystycznym i profesjonalnym. O ile Amerykanie, Rosjanie czy Francuzi stworzyli wtedy takie arcydzieła, jak „Obywatel Kane”, „Pancernik Potiomkin” czy „Reguła gry”, to polskie kino nie wydało wtedy ani jednego takiego arcydzieła. Co nie znaczy, że w zalewie przeciętności nie było kilku wartościowych dzieł, takich jak przede wszystkim filmów Józefa Lejtesa, a także młodych – Eugeniusza Cękalskiego czy Aleksandra Forda.


Twórcy polskiego kina powojennego z Fordem i Wajdą na czele zarzekali się odcięcie się radykalne od kina przedwojennego. Wajda twierdził nawet, że nigdy nie angażował przedwojennych aktorów filmowych, co było nieprawdą, bo grali u niego m.in. Jerzy Pichelski, Tadeusz Białoszczyński, Zbyszko Sawan czy Andrzej Szalawski, którzy grali ważne role w filmach przedwojennych…


– Oczywiście, także Jadwiga Andrzejewska, Stanisław Milski, Jan Ciecierski czy Tadeusz Fijewski i paru innych.


W PRL okres międzywojenny był bardzo krytykowany, skąd więc w połowie lat 60. pomysł na taki program telewizyjny, jak w „Starym kinie”?


– W życiu bywa tak, że pewna konieczność realizuje się przez przypadek. Doświadczenie długoletnie mi mówi, że istnieje coś takiego, jak droga człowieka, że coś mu jest mu przeznaczone. Przy czym to nie następuje prostoliniowo. Że jeśli zrobimy tak, to efekt będzie taki, a jeśli tak, to inny. To się realizuje przez przypadki. Początki „Starego kina” są wzorcowym przykładem tego mechanizmu, Jesteśmy  w latach 60-tych. Pracowałem w tygodniku „Film” i byłem młodym, dobrze zapowiadającym się dziennikarzem. Dużo pisałem, byłem wysyłany na festiwale. Myślę, że redaktor naczelny Bolesław Michałek zorientował się, że ma do czynienia z młodym, odpowiedzialnym człowiekiem. Szedłem do przodu. Czy mnie interesował przedwojenny film? Ani trochę. Interesował mnie neorealizm włoski, Zavattini, Rossellini, de Sica itd., francuska nowa fala z Jean-Luc Godardem i Francois Truffaut, a także Fellini, Antonioni i inni wielcy mistrzowie współczesnego kina.

Jeszcze w czasie studiów profesor Jerzy Toeplitz, który prowadził specjalizację filmową na studiach dziennikarskich Uniwersytetu Warszawskiego aranżował nam pokazy z historii filmu i przy okazji pokazał nam też taki klasyczny, przekrojowy zestaw polskich filmów przedwojennych. Ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia… Jednak, jak to często bywa, zdecydował przypadek. Praca w czy dla telewizji, ale nawet sama telewizja mnie nie interesowała. Miałem co prawda odbiornik telewizyjny „Wisła”, ale niewiele z tego wynikało. Nawet jak już prowadziłem „W starym kinie”, to telewizji za wiele nie oglądałem. Sens telewizji widziałem jedynie we bezpośrednich transmisjach ważnych wydarzeń np. lądowanie człowieka na Księżycu. A nie emisje jakichś staroci, filmów czy przedwojennych kabaretów. Licho jednak nie spało. W telewizji pracowała wtedy, jako redaktor, moja koleżanka ze studiów, Hania Goszczyńska. Pewnego dnia, a był rok 1967, zadzwoniła do mnie z prośbą, żebym poprowadził rozmowy w ramach cyklu wywiadów z reżyserami. W trybie nagłym, bo zachorował dotychczasowy prowadzący. A proszę pamiętać, że to była telewizja w całości na żywo, z wyjątkiem emisji filmów. Nie było można kogoś nagrać z wyprzedzeniem i w stosownym momencie puścić. A to był cykl, była konkretna godzina i nie było przeproś. Koleżance nie odmawia się w potrzebie.


I jak poszło?


– Koszmar. Pot lał się ze mnie ciurkiem. Światła mnie oślepiały a miałem juz wtedy siedem dioptrii. To oślepiające światło zmusiło mnie  do założenia ciemnych okularów. Potem te okulary przylepiły się do mnie  stały się ikoną późniejszego programu „W starym kinie”. Ale najpierw przeprowadziłem cztery wywiady, m.in. ze Stanisławem Różewiczem i Jerzym Passendorferem i myślałem, że na tym koniec. Po kilku dniach Hania zadzwoniła powtórnie i powiedziała, że spodobałem się kierownictwu telewizji. I proponują nam  stały program. Własny, autorski. Na tyle byłem inteligentny, żeby zrozumieć, że to szansa , która nie często się zdarza. Chodziło o prezentowanie, opowiadanie o starych filmów, polskich i obcych. Wtedy telewizje mogły za bezcen kupować pakiety starych filmów z lat dwudziestych i trzydziestych. Przyjęliśmy dewizę programu. Byłą bajkowo prosta: „bawić ucząc, uczyć bawiąc”. Ta koncepcja przetrwała 32 lata. Z przerwami i przy wprowadzanych od czasu do czasu zmianach formuły.


Do kogo „W starym kinie” było adresowane?


– Praktycznie rzecz biorą do wszystkich, którzy interesowali się filmem i dawnymi czasami. A takich były miliony. Otrzymywaliśmy setki listów, które potwierdzały to przeświadczenie.  Uściślając – wynikało z nich, że odbiorcą było przede wszystkim to pokolenie, które oglądało filmy przed wojną. I miało sentyment do kina swojej młodości. Ale było też bardzo dużo młodych widzów, którzy byli ciekawi czasów przedwojennych, o których opowiadali z rozczuleniem  „starzy”.


Kto wymyślił legendarną czołówkę programu – animowaną postać pana w meloniku i z parasolem, idącego do kina, z melodią z przedwojennej piosenki „Stare kino” w tle?


– Nie ja. Nie chcę fantazjować – obrazek (bo nie melodię) chyba nasz scenograf Ryszard Radwański. Mnie się ta czołówka spodobała. Dopiero po latach zwróciłem uwagę, że ten pan z parasolem (to miałem być niby ja)  jest kulawy.


Jak wyglądała „kuchnia” programu, wyszukiwanie filmów i innych materiałów?


– Przy braku internetu było to trudniejsze niż dziś, ale bardziej fascynujące.  Penetrowaliśmy stare pisma filmowe, gazety, książki, afisze, programy, fotografie. Pomysłów na tematy poszczególnych programów miałem  tysiące… Oglądanie tych filmów podsuwało tematy…


Przez lata formuła „W starym kinie” była taka, że prowadził Pan programy tematyczne, poświęcone jakiemuś tematowi, reżyserowi, czy aktorowi, ilustrowane fragmentami filmów. W pewnym momencie zmieniono to na emisje całych filmów z Pana słowem wstępnym. Dlaczego?


– Bo uznano, że widzowie chcą w końcu oglądać całe filmy. Zaproponowałem dwuczłonową konstrukcję: najpierw omawiam jakiś temat a potem, przez kolejne dwa tygodnie idą całe filmy związane z tym tematem. Niestety ta koncepcja została odrzucona. Były też momenty, kiedy chciałem zrezygnować z robienia tego programu. Różne były powody. Ale pewnej niedzieli, kiedy uznałem, że składam rezygnację (z programu, bo  na etacie w telewizji nie pracowałem)  dostałem cały pakiet listów od widzów, którzy przebywali w szpitalach i domach „spokojnej starości”, od ludzi starych i samotnych, którzy dziękowali mi i pisali, jaką im ten program sprawia radość, często jedyną… I wtedy stuknąłem się w głowę i powiedziałem sobie: „Durniu, nie robisz tego programu dla siebie, ale dla innych. Ja się podjąłeś  to siedź i rób”. Póki więc było można, kontynuowałem pracę. I tak minęły aż 32 lata.


Od pewnego czasu pojawia się Pan jednak w telewizji Kino Polska w formule nawiązującej do „Starego Kina”…


– Tak. Z propozycją kontynuowania „W Starym Kinie” zwróciła się do mnie ta stacja, a konkretnie jej właściciele i szefowie, czyli pp. Molewscy. Z tym rzecz jasna, że z ograniczeniem do filmów rodzimych, zgodnie z formułą kanału. I kiedy już wszystko uzgodniliśmy i stałem w drzwiach, zapytałem, czy mam występować w zwykłych okularach czy w ciemnych, choć dziś technika oświetleniowa jest taka, że na dobrą sprawę nie ma takiej potrzeby. Okazało się, że tylko w ciemnych mam wystąpić. No cóż, przez te lata z czegoś co kiedyś było koniecznością, zrobiła się ikona…


Jest Pan tak bardzo kojarzony ze „Starym kinem” i ciemnymi okularami, że jest Pan prawie anonimowy jako osoba prywatna…


– Celebrytą nigdy nie byłem, nie jestem i – nawet gdyby ktoś bardzo chciał – nim nie będę. Ten rodzaj popularności jest mi całkowicie obcy. Nie jestem gwiazdą, nie interesuje mnie blichtr i sława, mówiąc górnolotnie – na swoją popularność (ale nie taką, jaka w dzisiejszym świecie jest modna) zapracowałem chyba uczciwie. Kontynuują tę „działalność” zresztą, robiąc cykliczne programy w „KINO POLSKA” (do tej pory „W Iluzjonie”, a od września nowy, obejmujący i dawne filmy powojenne „Kalejdoskop Filmu Polskiego”) czy kontynuując (dzięki życzliwości Stacji i Słuchaczy) już ósmy rok cykl „Odeon” w RMF Classic. Raz tylko zachowałem się „awansem” jak celebryta, kiedy jako szczeniak zapytany – w pierwszym roku po wojnie, kiedy z dokumentami było kiepsko – gdzie się urodziłem bezczelnie oświadczyłem, że w Vacuum. Najpierw zapytano jak się to pisze a potem gdzie to jest. Spokojnie odpowiedziałem, że w Teksasie…     


Domyślam się, że to jakiś żart mistyfikacyjny rodem z przedwojennych qui pro quo…


– Niezupełnie. Moją Małą Ojczyzną jest Śląsk, bliżej – Śląsk Cieszyński, jestem więc cieszyńskim Ślązakiem i – dla jasności – jestem z tego dumny! Urodziłem się w Czechowicach, w służbowym mieszkaniu rodziców na terenie rafinerii ropy naftowej, w której pracował jako księgowy mój ojciec. Nazywała się ona (przystanek kolejowy również) Vacuum Oil Company. Niedługo przed wybuchem wojny ojciec został przeniesiony służbowo jako dyrektor handlowy do Warszawy do biura Standard Oil, który to koncern kupił zakłady czechowickie. A że centrala koncernu znajdowała się w USA, w Texasie, więc w moim bluffie, że urodziłem się tamże, było ziarno prawdy. W Warszawie mieszkaliśmy w służbowej willi z ogrodem pełnym bzów na Pelcowiźnie, obok gigantycznego składu paliw, olejów napędowych, itd. Gdyby tam wtedy we wrześniu 1939 roku spadła najmniejsza bomba, to pół Pragi wyleciało by w powietrze i nie było by mnie tu dziś.  Po wojnie ojciec zamienił ropę naftową na piwo i uzdrawiał kolejne browary, w Bielsku Białej, w Raciborzu, w Zabrzu. Powojenne dzieciństwo spędziłem w Bielsku, tam zdałem maturę i stamtąd pojechałem do Warszawy na studia dziennikarskie. Miałem tam wielu wspaniałych wykładowców, wśród  nich Panią  Profesor logiki Zofię Kotarbińską (żonę prof. Tadeusza Kotarbińskiego). Na III roku podjąłem pracę dziennikarską w „Żołnierzu Wolności”. Po studiach dostałem pracę w tygodniku „Film”. A na początku lat 70-ych zmieniłem front, przeszedłem na drugą stron ę barykady, czyli zacząłem robić filmy. Mam ich na koncie ponad czterdziestu. Ale to już temat na inne opowiadanie…


Dziękuję za rozmowę.


Stanisław Janicki – ur. 11 listopada 1933 w Czechowicach-Dziedzicachdziennikarz, scenarzysta, reżyser filmowy, historyk kina. Autor cyklicznego programu TVPW starym kinie (od 1967 do 1999). Był to najdłużej nadawany program filmowy w historii polskiej telewizji. Obecnie jest autorem audycji „Odeon Stanisława Janickiego” nadawanych w radiu RMF Classic oraz autorem programu „Seans w Iluzjonie”, w którym tworzy obszerne wprowadzenia do filmów z lat 20., 30. i 40. XX wieku emitowanych na antenie stacji. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa (specjalizacja filmowa) Uniwersytetu Warszawskiego (1955). Doktor nauk humanistycznych na UAM w Poznaniu (1998). W latach 1954-59 był dziennikarzem „Żołnierza Wolności”. W latach 19591970 redaktor miesięcznika “Film“, w latach 1970-1974 miesięcznika „Kino”. Często zapraszany na członka jury festiwali filmowych. Od 1972 roku związany z Wytwórnią Filmów Oświatowych w Łodzi, najpierw jako współpracownik, zaś od 1982 jako etatowy reżyser. Przez kilka lat (do zwolnienia w 1982 roku)  reżyser Wytwórni Filmów Poltel.

Od 1983 do 2005 wykładowca Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od 1996 kierował  Szkołą Mediów Bielskiej Wyższej Szkoły Biznesu i Informatyki im. J.Tyszkiewicza.

Reżyser filmów dokumentalnych, często inscenizowanych (debiut „Sen o Kurozwękach, 1974), „Jak cudne są wspomnienia” (serial 1977) „Ach, ta chata rozśpiewana” (1978), „Bracia Polscy” (1980), „Domy życia” (1980), „Konterfekty Króla Jegomości” (1983), „Sąd nad Braćmi Polskimi” (1983), „Bem” (1985), „Za winy niepopełnione – Eugeniusz Bodo” (1997). Kochany i nienawidzony” „Film jest bajką”, „Brat Papieża”(2007), „Scena pełna muzyki i tańca” (2013)   

Autor książek m.in.”Polscy twórcy filmowi” (1962), „Film polski od A do Z” (1972), „Aleksander Ford” (1967), „Film japoński” (1982), „W starym polskim kinie” (1985),”Polskie filmy fabularne 1902-1988” (1990), „Odeon Stanisława Janickiego” (2013).

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko