ZBIGNIEW KRESOWATY – „IKONA ZAWSZE SPADA Z NIEBA”

0
351


ZBIGNIEW  KRESOWATY

„IKONA  ZAWSZE  SPADA  Z  NIEBA”

 

 

                                                                       „Maluj, w tym jest zbawienie”.

                                                                     ( Paul Cezanne w liście do Emila Bernarda, 1904)

 

 


portret J. Nowosielskiego wykonał Zbyszek Kresowaty           Mówią krytycy i znawcy sztuki prawdziwej naukowcy, że Nowosielski został jakby stworzony od razu do tworzenia niezwykłych obiektów, choćby z racji swego miejsca pochodzenia. Później jako artysta już tylko z upływem czasu się oczyszczał, wyzbywał się w malarstwie przerysowań – w istocie rzeczy tak jest! – Dziś kiedy odszedł ów prorok współczesnego świata malarstwa konnego chrześcijaństwa, który przywołał niezwykłe wyobrażenia na światło dzienne, rozgorzała dyskusja nad Jego światopoglądem, stylem malowania i całym zapleczem oraz badania nad pochodzeniem…A żeby osiągnąć swoją formę graniczącą z mistyką artysta przebył bardzo żmudną drogę. Iście wyszedł z ubogiego domu, jako czwarte, ostatnie dziecko dla swoich ponad czterdziestoletnich rodziców. Nie wiemy co myślał kilkunasto – letni Jurko – tak nazywał go ojciec – czytając ostatnie słowa braci na rodzinnym grobowcu. Podczas wizyt z ojcem na Rakowcach nie mógł jednak ominąć tego miejsca: kwatery z kurhanem ku czci internowanych Ukraińców, zmarłych w obozie w Dąbiu – tej „wiecznej hańby odrodzonej Polski” – Dochodził później, czy to w sztuce i w akcie, jak i później już tylko w ikonie, i nie wiedział, że będzie uczestniczył w czymś bardzo wysoce mistycznym. A wychował się w domu skromnym ale inteligenckim, z dużą biblioteką, ojciec śpiewał w chórze cerkwi unickiej, chodzili do niej również prawosławni studenci, słuchał i pochłaniał czar śpiewów chóralnych, i tak był wychował się na pieśniach cerkiewnych. Przeszedł jakby typową inicjację religijno – estetyczną, jak mówił; „Odczuwałem wyższość kultu wschodniego nad zachodnim – byłem dość przemądrzałym dzieckiem i bardziej uświadomionym religijnie od swoich rzymsko – katolickich kolegów” – Zatem nic dziwnego, że Nowosielski znalazł się w Gimnazjum oo. Pijarów, przypominali mu greko – katolickich świętych, mówiono mu: „Pamiętaj idź do cerkwi, do szkoły nie przychodź – niestety czułem się Ukraińcem” – przyznał po latach. Już wtedy nosił w sercu przekonanie, że najbardziej twórcza jest sytuacja Pogranicza: konieczność ciągłego definiowania własnej tożsamości. Nowosielski poszukiwał tej tożsamości od samego początku w swoich oryginalnych dziełach i działaniach [plastycznych, bratając się także z katolicyzmem, gdyż jak wiemy malował później freski w kościołach katolickich! – Stał się po latach wytężonej pracy mistrzem osiągania prostoty, magiem… ponieważ wyzbywał się ciągłej linii w malarstwie, żeby osiągnąć czystość i blask swej formy eksperymentował. Najogólniej mówiąc można go nazwać malarzem tysiąclecia i postawić w szeregu wielkich twórców ikon np. obok Rublowa, choć diametralnie się oni różnią. Nowosielski pokazał prostotę modlitwy tego świata współczesnego, któremu to światu chrześcijańskiemu I Sobór watykański pozwolił na więcej, dał przecież prawo malowania ikon także osobom świeckim, lub osobom klasztornym przeszkolonym do ikonopisarstwa. Nowosielski zaczął już przy klasztorze ojców Pijarów, kilka lat służył… A dopiero po latach zaangażowania, po przeróżnych przejściach pożogi wojennej i mordów na narodach polski i Ukrainy, jakby nakierował się na własną głębię, uchwycił sens obrazu ikonnego wykonywanego nie tylko na płótnach, ale na deskach, później jako freski na ścianach. Tadeusz Różewicz, przyjaciel Nowosielskiego, mówił zawsze: „Malarstwo Nowosielskiego, to rozpięte ramiona miłości niebiańskiej i miłości ziemskiej. Rozdarty przez te dwie miłości, malarz przypomina czasem anioła, a czasem nietoperza wiszącego w podziemiach opuszczonej świątyni. Nowosielski jest rozdzierany nie na powierzchni płótna, deski czy muru, ale w podświadomości, poza ramami obrazu” – Zaiste to bardzo pojemna poetycka metaforyka, dotycząca wielkiego malarza, ale i równie prosta jak Jego twórczość, snująca się z ust kogoś kto dobrze znał malarza, dyskutował z nim i czasem pił nawet wódkę. Jest pewnym, że Nowosielski powiązał swoje malarstwo z czasami, w których przyszło mu żyć i oglądać okrucieństwo, patrzeć na rozlewiska krwi, na całym pasie pogranicza polsko – ukraińskiego i białoruskiego. Prawdziwym odreagowaniem stawała się ta twórczość, przeżyciem bardzo osobistym nie tylko samej okupacji,. Były te przeżycia później  poszukiwaniem strategii malarskich Nowosielskiego – wystarczy porównać „Rozstrzelania” Wróblewskiego z „Egzekucjami Nowosielskiego”: gdzie na jednym z płócien wykadrowany, widnieje bezgłowy akt, zawierający stygmaty tamtych czasów: obok na deskach podłogi stoi tyłem odcięta głowa, jak fryzjerski manekin na perukę. Powstało wiele takich odreagowań u różnych malarzy. Jednakże Nowosielski nadawał swoim obrazom klimaty surowości czasem grozy, żaden artysta nigdy nie może przemilczeć czasu, okoliczności, zapachu krwi i dymu… Musi metafizycznie zarejestrować ów przykry bolesny sen „mord na mordzie stojący”. Malował, choć ciężko później taki obraz wieszać gdzieś na ścianie mieszkania. Dopiero później powstawały wyciszenia w Jego twórczości idące aż do ikon. Ikony Nowosielskiego także zawierają ów klimat wręcz modlącego się widza, zawierają przenikliwe ostre kolory, choć one chwilami i tylko miejscami świecą wychodzą z ciemności z mroków i na namalowanym ciele są punktami zbawczymi, bijącymi od osobowości przywołanego wyobrażenia każdej świętej postaci. A jawi się nam ona jakby widmo, zjawa? –A może część prawdy, do której trzeba wciąż dociekać kontemplacją twórczą, podchodzić bardzo blisko i dotykać – bardzo wierzyć – nie wierzyć – pytać kto to jest?! – co to za święty – Ci święci testamentowi, choć dawno uznani za świętych, to dziś namalowani ręką Nowosielskiego już inni święci, to zjawy dwudziestego wieku, które przez lata, zwłaszcza przez ostatnie stulecie, były mordowane i katowane po wielokroć różnymi prymitywnymi sposobami.

Dlatego usta świętych Nowosielskiego bywają mocno czerwone, lekko rozwarte, podpowieki podsiniaczone, płaczliwe z naciekami na wychudłe twarze. To postaci wyzbyte piękności, postacie nierealne jednocześnie, noszące ciężar pokory i bólu, a jednocześnie przenikliwe. Jego grubą dłoń i rękę, wydaje się, prowadzi jakaś modlitwa – Anioł, a może i sam Najwyższy – On przecież widział i widzi wszystko dokładnie! – po przez naszą fizyczność doświadcza nasze dusze. Dlatego wszystkie postaci na obrazach artysty są proste, wyzbyte finezji, wydłużone, stojące na jaskrawej drodze, czasem wysoko prowadzącej poza horyzonty, bo to postaci baczące wokół na ziemię szarą, skrwawioną, jakby ostrożne i monstrualnie wyniosłe jakby na szczudłach skrzydeł, pochylone w pokorze, uchodzące jak prawda, to postaci czasem zwinięte jak zastygłe stygmaty… Obrazują one przecież naszą epokę i nasze kondycje z końca drugiej połowy XIX wieku. … Cała sztuka Nowosielskiego łączy artyzm najwyższy z głęboką myślą teologiczną i oboma Testamentami, czy prowadzi do Boga? – czy spełnia raczej zapełnia nasz stan duchowy? – czy intryguje i zapytuje? – jak to zawsze czyniła wielka sztuka sakralna z tłem godności. Tak tutaj wraca i zostaje obrana przez artystę ojczyzną, stała się później obecna nie tylko w miejscach sakralnych. Wspomnieć trzeba, że Nowosielski szedł do tej swojej Małej – Wielkiej Ojczyzny powojennie, jak wielu innych, jakby w tłumie od kiedy tylko pokazał się Jego erotyczno – męczeński akt, gdzie człowiek nagi zawieszony jest na linie do góry nogami, w kucki skrępowany, oczekuje na finał swego losu lub oczekuje na tortury. Nowosielski podążał do wizji przemienienia uświęconego – Jego akty zawierają bolesne napięcie, tajemny zapis niespełnionej tęsknoty za cielesnością zbawiona, za androgeniczną pełnią. Jednakże za prostotą artysty nie stało tylko ubóstwo, lecz intuicja, a zwłaszcza tamto bogactwo doświadczenia duchowo – fizycznego. Dziś już naukowo stwierdzono, że znaczącą cechą tej twórczości jest przejęta z prawosławnej liturgii: surowa,  głęboko utrwalona polifoniczność – Przypomnieć należy także, że Nowosielski wychował się na książkach, ale przede wszystkim na muzyce, na pieśni. Na skrzypcach grał Jego stryj, ojciec i ten sam ojciec śpiewał w chórze, W dużej mierze właśnie po przez chóry cerkiewne, bardzo melodyjne wielogłosowe, mocno surowe i srogie, za pomocą tych jednoczeń i bardzo wielką ogromną głębię pamięci artysta osiągał stopniowe inicjowanie, wyczyszczanie się z różnych nadinterpretacji, co było widać dopiero po jakimś czasie w Jego malarstwie. Harmonia świata od średniowiecza ujawnia się w szukaniu analogi między muzyką a malarstwem. Dlaczego np. malarze, piszący również poezję posługując się obrazami krajobrazów, opisami wnętrza, wchodzą jakby nieświadomie do metaforycznych kanonów?… Sztuka rodzi się z przeżycia, z własnego odbioru, z nabytej tradycji w dzieciństwie, z zapachu otoczenia, z wszystkiego co tylko tkwi przede wszystkim w otoczności. Prawdziwi artyści są powoływani do duchowego spełnienia do innego życia, jakby stwarzani latami, ujawniający się jako magowie ukierunkowani podświadomie doświadczeniem…  „… Nie należy bać się piorunów, które rzuca chrześcijański artysta, ponieważ jest on naszym prorokiem. Naszymi prorokami są dziś nasi artyści”- to wypowiedź Ryszarda Przybylskiego (1979) – Natomiast gdyby Jerzy Nowosielski nie namalował ani jednego obrazu, i nie napisał jednej ikony – samo to, co mówił i pisał, było wstrząsająco intrygujące i bardzo niezwykłe. Ta erudycja teologiczna, którą świadczył wszem i wobec – olśniewała! – Artysta ten zawsze znachodził – wybierał sobie swoich partnerów i adwersarzy do rozmowy i riposty. Trzeba było nieco wiedzy, żeby podjąć z panem Jerzym prawdziwą rozmowę. Kiedyś zainicjowałem taką „rozmowę” do mej książki pt. „Między Logos a mythos” wręczając swoje pytania okazją mistrzowi, w których świadczyłem pewnego rodzaju wiedzę o ikonie, gdyż sam piszę ikony, ale przy całej złożoności tej twórczości Jego rozwieszonych ikon i płócien w wielu salach wystawowych oraz ikonostasów w cerkwiach greko-katolickich, czy freskach w kościołach katolickich, interesowała mnie zawsze bardziej przeszłość, czyli życie artysty i duchowość oraz służba duchowa…Długo artysta się zastanawiał i nie odpowiedział – On tego nie potrzebował – zwłaszcza tej całej mowy o twórczości – owszem! – wielka to strata dla mnie skromnego. Jego interesowała mistyka i to jak nadać obrazowi boskość, a jednocześnie jak nie pożałować tego nagłego piękna i czystości wypowiedzi samego obrazu, bo przecież rozmowa z Jerzym Nowosielskim to błogie patrzenie na Jego obrazy – jakby w okna, które są ikonami…tego spojrzenia też uczył przyjaciół i ludzi piszących, a nawet teologów, księży, służebników i poetów. W „krakowskim wierszu dla Zosi i Jerzego Nowosielskich”, zatytułowanym „patyczek”, przyjaciel poeta Tadeusz Różewicz wspomina słowa malarza:

 

Napisz grafomański wierszyk

To ci sprawi radość

Uwolni Cię

Wyzwoli

Otworzy drzwi

Do niestworzonych rzeczy

Mówi do mnie Jerzy.

 

A kiedy artysta wykładał na ASP w Krakowie, współpracownicy i studenci mawiali, że: połączył ikonę z żurnalem. To prawda, że nie zawsze potrafił, lub chciał zachowywać styl wysokiej klasy, malował też „wypoczynkowo” – ekspresyjnie pejzaże, zwłaszcza widać to z lat siedemdziesiątych, to chwilami prawie niedzielne malowanie. Wspomina o artyście i potwierdza to mój dobry znajomy prof. Marian Makarski, który oznajmia: „wielcy malują u Boga” – dodaję – mówi z rozkoszą jak to Nowosielski był przyjaźnił się z nim, często razem bywali z sobą zwłaszcza na Plenerach w Kazimierzu Dolnym, a bywali tam także – dodaje inni „znani wówczas artyści niepokorni awangardziści, jak: Jacek Sienicki, Zygmunt Czyż, Jalu Kurek, Tadzio Cieślewicz, i kilku innych wśród nich bywał Jurek Nowosielski inni…” Nawet razem z Jerzym dzieliłem pokój i to nie raz nie dwa!” – Widać Jerzy Nowosielski pragnął także tych plenerowych kontaktów i rozluźnienia, potrzebował jak każdy żywy i czujny artysta chwilki na szklaneczkę wina, czy też dyskusji o podszewce malarstwa tak zwanego awangardowego, które uchodziło za występek przeciw panującemu w Polsce komunizmowi. Zatem bywając na Plenerach także kontynuował swój czyściec w sztuce. Dziś, patrząc z wielkiej perspektywy na tę imponującą twórczość, trzeba zwrócić uwagę, że w Jego malarstwie, zanim oddał się ikonnemu twórstwu, że są w Jego obrazach, zwłaszcza tych wcześniejszych, żarty i kryptocytaty… „Kto w życiu będzie się bał, że namaluje zły obraz, nigdy nie namaluje naprawdę dobrego” – komentował estetycznie wszystkie skrupuły kolorystów i nie tylko.  A wśród wyżej wymienionych malarzy, później uznanych, byli właśnie tacy.  Nowosielski mawiał, że „poprzez malarstwo zmartwychwstaje się, nie obchodzi mnie jak ten świat będzie urządzony, mam misję do spełnienia i już!” – Gdzieś przeczytałem, a właściwie chyba widziałem to w okienku szklanym, jak żona artysty, pani Zofia, wspominała swego męża nieco dramatycznie w jakiejś dyskusji, choć z dyskrecją mówiła zawsze o Jego chorobie i odchodzeniu tak: „Jurek postanowił umrzeć. Odłożył wszystko. Koniec. Przestał malować.” – Budziło to zdziwienie u najbliższej osoby i przyjaciół – Uznał, że nadszedł kres, że jak gdyby zakończył już życie malarza, uznał się za zużyty pas transmisyjny, pewnie w Duchu myślał: już czas zmartwychwstania, przejścia do wieczności. To była gwałtowana zmiana w Jego przepięknej duchowej drodze – Ale przed podjęciem tej decyzji wykonał jeszcze krzyż dla Dominikanów – To Jego ostatnia praca na Służewie. Jednakże zdaniem wielu tropicieli Jego dzieł to nieskończona praca – „krzyż niedokończony”- dla nas dokończony – mówią Dominikanie, na Golgotę wystarczy…Dziś Nowosielski to hasło, nie trzeba wymawiać imienia – to magia, wystarczy usiąść przed obrazem zwłaszcza konnym. A przecież nie podpisał żadnego obrazu od lat siedemdziesiątych. Podpisem jest Jego wyjątkowy styl, czystość i  maniera świecąca światełkami znakami, oznajmia miejsce gdzie mieszka dusza człowieka, w których kacikach śpi, czeka, nawołuje… Malarstwo to jest stygmatem wieczności. Wszystko się kończy krzyżem. „Spotkałem na swojej drodze Jerzego Nowosielskiego. Ten żyjący święty, artysta, najprawdopodobniej nie namaluje już nigdy żadnego obrazu. To jakby dopełnienie pokory, którą nosił w sobie przez całe życie niezrozumiany przez nikogo: katolików i prawosławnych, intelektualistów i wiernych, artystów i krytyków – cierpliwie, pokornie i konsekwentnie malował ikony, mając świadomość, że wbrew powszechnemu mniemaniu nie ma czegoś takiego, jak kanon ikony. Jerzy Nowosielski to współczesny Andrzej Rublow” – oznajmił z dumą inny – młodszy artysta malarz, zamieszkujący na Podlasiu, Leon Tarasewicz (2005 r.) W roku 1994 Jerzy Nowosielski powiedział tak: „Jest pewien typ radości zawarty w wizji właściwej malarstwu staroegipskiemu i ikonie średniowiecznej. Wszystkie moje tęsknoty artystyczne nastawione są właściwie na tego rodzaju radość”… innym razem dopowiadał: „ To malarstwo jest moją ojczyzną. Nie żadna narodowość, nie jakaś tam ortodoksja chrześcijańska, lecz malarstwo. Ojczyzną, z której wyrastam, i w której jestem osadzony”.

 – Przytaczam ten cytat artysty – mistrza dlatego, że jest to klucz ku tej twórczości – nadzwyczajna uporczywa szczerość wobec siebie. To odwaga powołanie i oczyszczanie nie tylko tego co się robi, ale ku temu co niesie rytm serca i trzecie oko twórcy urodzonego w swoim czasie i miejscu. Reasumując trzeba dodać – To malarstwo naprawdę spadło nam z nieba. Jerzy Nowosielski powiedział sam te słowa już w 1984 roku: „ Ikona rzeczywiście spada z nieba. Jeśli nie jest nam to dane z góry, w ogóle nie powstanie”.

 

 

Zbigniew Kresowaty

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko