Strona główna Rok 2026 Nr 614 Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
3

mundus.pl, artmundus.pl

Gęstość doskonała

Drugi tom biograficznego dzieła Reinera Stacha wydaje mi się podobnie gęsty w swojej konsystencji jak proza Franza Kafki. Brzmi to może przesadnie, ale w moim głębokim przekonaniu tak jest. Mam świadomość, że nie przeczytałem i nie przeczytam wszystkich biografii jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek zostały napisane, ale jeśli mogę oprzeć się na tym, co wiem, to biografia Franza Kafki autorstwa Reinera Stach jest największym dziełem biograficznym, jakie znam. To jest po prostu absolutnie imponujące arcydzieło biografistyki. Kolosalna erudycja, imponująca przenikliwość badacza, analityka, syntetyka, dar narratorski, benedyktyńska pracowitość i miłość do swojego bohatera. Stach jest biografem genialnym, gdy pisze o „zdolności Kafki do do uchwycenia jakiejś sytuacji jednym spojrzeniem, a mimo to w największej rozdzielczości, wyodrębnienia ukrytych szczegółów, wytropienia ukrytych zależności utrzymania tego wszystkiego w języku nasyconym precyzyjnymi obrazami, unikającymi wszelkiej nieostrości – to jest umiejętność, która graniczy z cudownością i wymyka się jakimkolwiek wyobrażalnym wyjaśnieniom natury społecznej czy psychologicznej”. Jest też wspaniały, gdy zwraca uwagę na to, o czym chyba nigdy nikt jeszcze nie napisał, o początkowej percepcji prozy Kafki po jej odkryciu: na to, ze czytano ją wtedy dosłownie i że czytano ja wtedy z dziecięcą dosłownością, że „kret”, „latający pies”, „małpa”, że człowiek – robak oznacza to tylko co oznacza dosłownie, literalnie. Czytano wtedy Kafkę jak dzieci albo jak „straszni mieszczanie” od Tuwima, wszystko widzący osobno. Dlatego biografia Stach to także rzecz o ewolucji tego segmentu literatury, jakim jest jej percepcja. Kto wie, czy ewolucja percepcji czytelniczej nie była zjawiskiem głębszym niż ewolucja samej literatury. Wielkie dzieło biografistyki, wspaniała lektura.

Reiner Stach – „Kafka. Lata decyzji 1910-1915”, przełożyła Sława Lisiecka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024, str. 679, ISBN 978-838196677-1

Maj 1926. Jak w romantycznym westernie

Maj 1926 roku w Warszawie budził zawsze ponadprzeciętne zainteresowanie historyków i publiczności. Nie tylko dlatego, że były to wydarzenia, które wywarły ogromny wpływ na losy polski przedwrześniowej. Także z uwagi na nieco romantyczno-westernowy ich koloryt. Skorumpowanym władzom Miasteczka jakim była ówczesna Polska stawił czoło sławny szeryf-idealista, dawny (w dosłownym znaczeniu tego słowa) rewolwerowiec, który brawurowo wkroczył do Miasteczka Warszawy, niczym Clint Eastwood w filmie „Niesamowity jeździec” i pogonił przestępczą bandę. Nie tylko ten zresztą western przychodzi na myśl. Stąd o zamachu powstał nawet film (choć aż dziw, że tylko jeden), „Zamach stanu” Ryszarda Filipskiego z 1980 roku. Literaturą o maju 1926 także obrodziło, choć nie od razu. Do 1939 roku nie powstała (najprawdopodobniej) na ten temat ani jednak książka. Być może dystans do wydarzeń był za krótki, być może dość ostra wtedy cenzura prewencyjna uniemożliwiała wydanie uczciwej publikacji w czasach gdy władze sprawował najpierw sam wódz zamachu, Józef Piłsudski, a potem jego spadkobiercy. W PRL w 1960 roku, w popularnej kieszonkowej serii „Sensacje XX wieku” ukazała się niewielka książeczka autorstwa Wiesława Górnickiego (wydana pod pseudonimem Fryderyk Wierzbiński), „Warszawa nie odpowiada”. W roku 1961 ukazała się książka Stefana Arskiego „My pierwsza brygada”, w którym znalazł się rozdział poświęcony wydarzeniom majowym 1926. Ukazało się też kilka zbiorów-antologii tekstów dokumentalnych poświęconych majowi 1926, m.in. pod redakcją Eugeniusza Kozłowskiego i Arkadiusza Adamczyka. W 1978 roku ukazała się pierwsza naukowa monografia „Przewrót majowy” Andrzeja Garlickiego, a w 1989 również naukowa monografia Antoniego Czubińskiego „Przewrót majowy 1926 roku”. Ukazały się także interesujące wspomnienia Mariana Romeyko „Przed i po maju”, a obszerną relację reporterską pomieścił w swojej książce wspomnieniowej „Byłem przy tym…”, dziennikarz Leopold Marschak. Z zaciekawieniem odnotowałem we „Wspomnieniach” Włodzimierza Sokorskiego, firmowego komunisty z okresu stalinowskiego, współtwórcy socrealizmu, dwuzdaniową wzmiankę o tym, że jako 18-letni maturzysta ook.comuczestniczył, w mundurze „strzelca” w zajęciu koszar wojskowych w Łomży, ale w tym przypadku trzeba pamiętać, że Sokorski miał skłonności do fantazjowania i konfabulacji. W 2003 ukazał się pod redakcją Marka Siomy tom szkiców naukowych poświęconych różnym aspektom tamtych wydarzeń. W 1965 roku nakładem paryskiej „Kultury” ukazały się wspomnienia Januarego Grzędzińskiego „Maj 1926”.

Setna rocznica przewrotu majowego 1926 obrodziła, jakżeby inaczej, publikacjami. Ledwo zapoznałem się z popularnonaukowym „Majem 1926. Zamach, którego miało nie być” Andrzeja Chwalby, a już nieocenione wydawnictwo „Karta” przysłało mi „Przewrót. Rok 1926 w relacjach uczestników i świadków” przygotowany przez Agnieszkę Knyt i Aleksieja Rogozina. W trzech rozdziałach: „Wrzenie”, „Starcie” i „Pokłosie” zebrali oni liczne relacje wspomnieniowe i komentarze polityków,wojskowych, działaczy społecznych, dziennikarzy, literatów, dyplomatów etc. Ze starannie zestawionych fragmentów źródeł pisanych wyłania się interesujący obraz tych pięciu burzliwych, gorących majowych dni (tamtego maja sprzed stu lat nawet dni „ogrodników” były bardzo ciepłe wbrew tradycji). Do szczególnie interesujących świadectw należą te pochodzące nnie od polityków czy publicystów, ale osób nie będących protagonistami zdarzeń, jak n.p. pisarki Maria Dąbrowska i Zofia Nałkowska. Zacytuję jedno z ciekawszych. Osoba zupełnie z punktu widzenia postronna, Zofia Kirkor-Kiedroniowa wspominała: „Popatrzyłam na twarze mych przygodnych towarzyszy. Spokojne, obojętne. Rozmawiają, dowcipkują nawet niektórzy. A przecież to urzędnicy! Jedyna tylko osoba prócz mego syna czuła podobnie jak ja. Była to stróżka. Ja milczałam w przygnębieniu, zaś ona załamywała ręce i lamentowała: „Polacy strzelają do Polaków. Jezu, Jezu. Polacy strzelają do Polaków…”. Barwnie o majowych wydarzeniach wypowiedział się na łamach „Kuriera Poznańskiego” Roman Dmowski, który nazwał je „stylowym przewrotem typu środkowoamerykańskiego”.I dodał: „I Polska wygląda dziś jak Nikaragua”. Ja uzupełniłbym ją krótką treścią jednostronicowego dodatku PPS-owskiego „Robotnika” z 13 maja, który w nagłówku wzywa do powołania „rządu robotniczo-włościańskiego”. I takie były wtedy iluzje i nastroje! Pasjonująca lektura, którą bez wahania rekomenduję.

„Przewrót. Rok 1926 w relacjach uczestników i świadków”, wybór i opracowanie: Agnieszka Knyt i Aleksiej Rogozin, Wydawnictwo Fudacji Ośrodka Karta, Warszawa 2026, str. 158, ISBN 978-8367820-61-5

Jerzy Andrzejewski fascynujący nieobecny

Ten obszerny tom, którego wnikliwa lektura zajęła mi sporo czasu, może za dużo, za co Wydawnictwo (Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka) przepraszam, ale czułbym się niekomfortowo pisząc coś nazbyt zdawkowego o dziele tak wybitnym i wielowarstwowym, jak „Dziennik. Zapiski prywatne 1943-1982” w opracowaniu profesor Anny Synoradzkiej. To jej właśnie, znawczyni twórczości Jerzego Andrzejewskiego, która pracowała nad dziennikiem przez lat ponad trzydzieści (sic!) my czytelnicy i pasjonaci literatury tom ten zawdzięczamy. I to, że zdecydowała się skierować je do wydania bez zastosowania cenzury. Wcześniej, dzięki Annie Synoradzkiej ukazało się w edycji krytycznej Biblioteki Narodowej Ossolineum wydanie „Miazgi” oraz dwie biografie Andrzejewskiego jej autorstwa.

Niegasnąca pasja badawcza Anny Synoradzkiej, pasja badania biografii i twórczości Jerzego Andrzejewskiego jest tym bardziej godna podziwu, że na standardowym (cokolwiek by to oznaczało) rynku edytorskim twórczość tego pisarza od lat jest nieobecna, przy czym nie bez znaczenia jest to, że jego najgłośniejsza powieść, „Popiół i diament” już od kilku dziesięcioleci nie znajduje się na na liście lektur szkolnych (która to lista zawsze praktycznie stymuluje wydawców). Co znamienne, z listy lektur „Popiół i diament” usunięto już (a jakże, nie tylko tzw. „komuniści” parali się cenzurą, oj nie tylko) w Polsce po przełomie 1989 roku, a nie w PRL, gdy we wrześniu 1976 roku Andrzejewski podjął się trudnej roli współinicjatora i jednego z moralno-intelektualnych autorytetów Komitetu Obrony Robotników, opozycyjnej organizacji założonej w rezultacie Nawiasem mówiąc, ani propaganda tamtego okresu nie eksploatowała (przynajmniej w głównym, oficjalnym nurcie) wątku homoseksualizmu i alkoholizmu pisarza, a naczelny redaktor tygodnika „Literatura”, emblematyczny i wpływowy człowiek PZPR Jerzy Putrament nie zamknął Andrzejewskiemu jego publikowanych co tydzień zapisków. Rzecz jasna, polityczna decyzja Andrzejewskiego nie pozostała bez reperkusji. Pamiętam, że gdy jako maturzysta a zarazem jeden z laureatów ogólnopolskiego finału olimpiady i języka polskiego 1977 znalazłem się w studiu Radia Lublin i w rozmowie z dziennikarzem wymieniłem nazwisko pisarza, dziennikarz już po zakończeniu nagrania ( nie była to emisja na żywo) powiedział mi półgłosem i z wymownym, porozumiewawczym spojrzeniem, że przed emisją nagrania nazwisko to zostanie „wycięte”. I dziś także Andrzejewski jest na cenzurowanym (poza wspomnianą edycją „Miazgi” w serii Biblioteki Narodowej oraz wzmiankami w tekstach o tematyce literackiej bądź historycznej), a też i nikt (choćby redakcja gazety zaprzyjaźnionego z Andrzejewskim Adama Michnika) nie zdobył się na wmurowanie poświęconej mu tablicy pamiątkowej w fasadę kamienicy przy dawnej, warszawskiej Alei Karola Świerczewskiego (obecnie, i ponownie, Leszno), w której przez wiele lat (do śmierci) mieszkał.

„Monumentalne dzieło – czytamy o „Dzienniku” w jednej z ich prezentacji – zostało skompletowane z różnych, osobno prowadzonych form dziennika prywatnego powstałych na przestrzeni podanego datowania, które nigdy dotąd nie były wydane w postaci scalonej. Niektóre jego partie były publikowane na łamach prasy literackiej (…) lub jako integralny tekst albo aneks do poszczególnych publikacji książkowych („Miazga”, „Apelacja”), lecz znaczna część prezentowana jest po raz pierwszy. Dzięki niezwykle sumiennej i wytężonej pracy badaczki twórczości Andrzejewskiego, Anny Synoradzkiej, otrzymujemy całość ich rozproszonych części w układzie chronologicznym, która dopełnia cykl dziennikowych zapisków publikowanych w osobnych książkach za życia autora („Z dnia na dzień”, „Gra z cieniem”, będących wszak zbiorami form dziennikowo – felietonowych), co pozwala na zapoznanie się z różnymi fazami aktywności literackiej, życiowej i towarzyskiej. Ogrom poruszanych wątków, wyjawianych stanów psychicznych, obserwacji czy refleksji pokazuje niezwykle złożoną osobowość Andrzejewskiego, czyniąc z „Dziennika” niemal materiał źródłowy fenomenu literackiego i egzystencjalnego, jakim bez wątpienia było jego dzieło, ale także samo jego życie, przy jednoczesnym ukazaniu skomplikowanych kontekstów rzeczywistości PRL-u, wikłających pisarza w rozliczne mechanizmy jego funkcjonowania. To wreszcie rozległa panorama bliskich i dalszych postaci towarzyszących autorowi na przestrzeni lat, intensywnie zabarwiona odautorskimi konstatacjami i opiniami”.

W edycji tej nieocenione są też: wstęp Anny Synoradzkiej, która przybliżyła „kulisy” pracy nad edycją i posłowie Piotra Sobolczyka, który wyjaśnił wiele szczegółowych, a często zawiłych zagadnień związanych z tekstem dziennika i biografią Andrzejewskiego

Edytor „Dziennika”, Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka formuje się od pewnego czasu w bardzo cenną i prestiżową oficynę, która zaczyna przybliżać czytelnikom ważne zjawiska polskiego życia literackiego i intelektualnego. Czekamy na kolejne jego edycje.

Jerzy Andrzejewski – „Dziennik. Zapiski prywatne 1943-1983”, opracowanie i wstęp Anna Synoradzka, posłowie Piotr Sobolczyk, Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka 2024, str. 827, ISBN 978-83-65250–90-2

Coraz bliżej krawędzi

„Opowieść o lwowskim dzieciństwie, wojennej młodości, początkach pisarskiej drogi i pierwszych podróżach Stanisława Lema, zilustrowana fotografiami z archiwum rodzinnego, przechodzi niepostrzeżenie w refleksję o świecie schyłku minionego wieku, o szansach i zagrożeniach, o błędnych drogach kultury, o problemach Polski i przyszłości całego naszego globu. W bezpośredniej, skrzącej się dowcipem, ale też momentami „ostrej” rozmowie Stanisława Lema z Tomaszem Fiałkowskim znalazły odbicie współczesne lęki i nadzieje, etyczne i polityczne spory. Wszystko to postrzegamy przez pryzmat biografii pisarza, myśliciela i wizjonera…” – czytamy w nocie wydawniczej o tym wywiadzie-rzece ze zmarłym 20 lat temu wielkim pisarzu i myślicielu. A ja, czytając to, myślałem jednocześnie o tym, jak bardzo brak Go (Stanisława Lema) dziś, jak brak jego refleksji i oceny, gdy świat jest nieporównywalnie bliżej owej tytułowej „krawędzi” niż dwie dekady temu i bliżej niż osiem lat temu, gdy tom ten się ukazał. Jakże brakuje jego światłej i uczonej myśli!

„Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, str. 318, ISBN 978-83-08-04023-2

Napoleon wiecznie żywy

Pasja autorów polskich do Napoleona (mowa rzecz jasna o Napoleonie I Wielkim, 1767-1821) przewyższa chyba namiętność autorów francuskich. Najpierw był cały szereg biografii i studiów w XIX i XX wieku wieku w wydaniu wielkich historyków, z dziełem Szymona Askenazego „Napoleon a Polska”. W naszych już czasach ukazały się biografie: naukowa autorstwa Andrzeja Zahorskiego, popularna Roberta Bieleckiego, do tego Andrzeja Nieuważnego „My z Napoleonem”. Ukazała się też książeczka Zahorskiego o obrazie Napoleona w polskim kinie (m.in. „Popioły”Andrzeja Wajdy wg eposu Stefana Żeromskiego czy „Marysia i Napoleon” Leonarda Buczkowskiego wg powieści Wacława Gąsiorowskiego). Nie sposób też nie wspomnieć o szeregu napoleońskich opowieści Waldemara Łysiaka (m.in. „Cesarskim pokerze”) czy o cyklu Mariana Brandysa z „Kozietulskim i innymi”, „Końcem świata szwoleżerów” czy „Kłopotami z panią Walewską”). W latach 60-tych Jerzy Krasowski napisał i wyreżyserował sztukę o Napoleonie „Układy. 1806”. Do tego grona dołącza kolejny autor, Sławomir Leśniewski. Próbuje on odpowiedzieć na pytania, które w nocie wydawniczej brzmią tak: „Kim naprawdę był Napoleon: wybitnym i uwielbianym wodzem czy bezwzględnym dyktatorem?Czy u jego boku Polacy mogli zdobyć trwałą niepodległość? Chciał hojnie wynagrodzić ich „wierność do końca”, czy tylko cynicznie wykorzystać? Czy bez „swoich Polaków” odniósłby podobne sukcesy? Sławomir Leśniewski, autor bestsellerowych książek historycznych z właściwą sobie lekkością i bezbłędnym wyczuciem charakteru epoki opisuje tworzenie polskich oddziałów zbrojnych oraz ich burzliwe losy u boku francuskiego wodza. Opierając się m.in. na wspomnieniach i pamiętnikach z lat 1796–1815, zabiera czytelnika na pola najważniejszych bitew podczas kampanii w Prusach, Hiszpanii, Rosji i Francji, kreśli barwne sylwetki dowódców i wojskowych. Pomimo nieukrywanej sympatii do Napoleona, autor nie boi się podkreślać również negatywnych skutków wzajemnej współpracy, błędów w kampaniach, niechęci i nieufności, jaką w niektórych kręgach budził przywódca. Brawurowo napisana książka, przybliżająca klimat jednej z najbardziej fascynujących epok w historii”. To prawda.

Sławomir Leśniewski – „Napoleoński amok Polaków”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026, str. 472, ISBN 9788308084847

Wanda Lwowna

W PRL ukazały się dwie biografie Wandy Wasilewskiej (1905-1964), autorstwa Heleny Zatorskiej i Eleonory Syzdek, obie umiarkowanie hagiograficzne. W ostatnich latach opisywały jej postać Joanna Szczęsna, Marci Shore i Agnieszka Mrozik, zupełnie już inaczej. To postać nader interesująca i nieco tasjemnicza. „Dla jednych renegatka, kolaborantka i zdrajczyni. Dla drugich – bohaterka, wybawicielka, dzielna przywódczyni Polaków w ZSRR – czytamy wnocie wydawniczej Opinie o Wandzie Wasilewskiej zawsze były skrajne, a jej zwolennikom i krytykom nigdy nie udało się dojść do porozumienia czytamy w nocie wydawniczej. Aleksander Wat opowiadał o niej: „Niezbadana jest dusza kobiet fanatycznych, świętych Teres komunizmu. To są mistyczki, które nie widzą rzeczywistość, raczej widzą inną rzeczywistość, której my nie widzimy”. Droga Wasilewskiej do komunizmu, ale do dajmy) komunizmu radzieckiego, była nieszablonowa. Pochodziła z inteligenckiego domu wywodzącego się z kresowej podupadłej szlachty. Jej rodzina nienawidziła Rosji, a Wandę i jej siostry wychowano w kulcie Józefa Piłsudskiego. Na przekór ojcu zafascynował ją jednak Związek Radziecki. Z postępowej przedwojennej socjalistki i emancypantki, działaczki Związku Nauczycielstwa Polskiego uformowała się w końcu twarda komunistka sowiecka. Dzięki wytrwałości, zaciekłości, dyscyplinie i ślepemu oddaniu idei sowieckiej znalazła się w gronie najbardziej zaufanych ludzi Stalina, który zwracał się do niej familiarnie per „Wando Lwowna”. Wasilewska była założycielką Związku Patriotów Polskich, negowała fakt popełnienia zbrodni w Katyniu przez Stalina i NKWD, nienawidziła wszystkiego, co wiązało się z przedwojenną Polską, z AK-owskim podziemiem i emigracyjnym rządem wWładysława Sikorskiego. Z jej wizerunkiem i rolą wydawała się być naturalną kandydatką na pierwszą przywódczynię powojennej Polski zdominowanej przez ZSRR. Jednak Stalin zdecydował się jednak na Bieruta i Gomułkę (początkowo). Po pierwsze, w tamtych czasach kobietę, poza sukcesyjną monarchinią, trudno było sobie wyobrazić w roli przywódczyni państwa. Po drugie, paradoksalnie, przeszkodą dla Stalina mogła być jej fanatyczna ideowość i swoista bezkompromisowość, która mogła stwarzać niepotrzebne dodatkowe fronty walki politycznej, a po drugie być może obawiał się, że może okazać się ona, mniej sterowna niż właśnie Bierut. „Sowietką” pozostała jednak konsekwentnie do końca dość krótkiego, 59-letniego życia. Nie wróciła do Polski. Zamieszkała w Kijowie i tam zmarła w 1964 roku.

Piotr Lipiński – „Wasilewska”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, str. 328, ISBN 978-83-8191-731-5-3

Kobieta jako postać malarstwa

„Kim była najbardziej grzeszna Madonna średniowiecza? Kto malował lubieżne służące? Czyje oczy hipnotyzowały Wiedeń?” – to tylko mała próbka tematów tej fascynującej książki. Kobieta jest niewątpliwie jednym z najbardziej fascynujących tematów w sztuce, nie tylko oczywiście malarskiej. Znamienne, że gdy bohaterem powieści, wiersza, dramatu, obrazu, rzeźby jest mężczyzna, nikt tego faktu nie akcentuje, ot po prostu – postać, człowiek. Nie akcentuje się faktu, że Agamemnon, Hamlet czy Faust byli mężczyznami. Gdy jednak dotyczy to postaci kobiecej, jest to już akcentowane. Elektra, Fedra, Helena Trojańska, Kleopatra, Joanna d’Arc, Ofelia, lady Makbet, Celimena, Eugenia Grandet czy Anna Karenina są sławnymi postaciami jako kobiety właśnie, a ich kobiecość jest ważnym aspektem ich losu. Fascynujący obraz holenderskiego malarza Jana Steena z XVII wieku, „Kobieta w swojej toalecie” przedstawia konserwatywnie i szczelnie odzianą mieszczkę siedzącą na łóżku i zdejmującą pończochę ze stopy. Ten pozornie chłodno realistyczny obraz zawiera niejako podskórnie potężny ładunek erotyzmu, który można by nazwać kryptoerotyzmem, bez krztyny nagości, czyli takim, który jest najbardziej fascynujący. Podobnie silną wymowę ma sławny obraz van Dycka „Małżeństwo Arnolfinich”, przedstawiający zamożną parę małżonków i dyskretnie zaznaczoną ciążę kobiety pod zieloną powłóczystą suknią.

„Kolejna książka z bestsellerowej serii biografii historycznych Wydawnictwa Lira zabiera czytelników w krainę światowego malarstwa – wracam do noty wydawniczej – Dlaczego artysta zdecydował się uwiecznić rysy tej a nie innej damy? Czy były to przypadkowe modelki? A może portretowane były żony, córki lub kochanki bogatych sponsorów zamawiających owe obrazy? Tożsamość niektórych portretowanych wciąż pozostaje zagadką, ale dzięki nim możemy dowiedzieć się, jak kształtował się niegdyś ideał urody, co nosiły i jak czesały się ówczesne elegantki. Iwona Kienzler w swojej kolejnej świetnej książce zdradza tajemnice kobiet, które patrzą na nas od stuleci z płócien wielkich mistrzów: Vermeera, Rubensa, Leonarda da Vinci, Boticellego, Rembrandta, Picassa i dziesiątków innych”. W polskim malarstwie kobieta także jest wielkim tematem. Był nawet malarz, Władysław Czachórski (1850-1911), urodzony w Lublinie, a zmarły w Monachium, ogromnie utalentowany akademik, którego nazwano „malarzem pięknych kobiet w pięknych wnętrzach” Kobieta w malarstwie to epopeja kształtów, barw i losów ich płci. Ogromnie cenna książka.

Iwona Kienzler – „Kobiety ze słynnych obrazów. Muzy, modelki, kochanki”, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2019, str. 336, ISBN 978-83-6583-841-4

Putinada nieco po gogolowsku

Był czas, kiedy Rosja kojarzyła mi się (poza tym, że ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich) ze wspaniałą literaturą, głównie XIX-wieczną. Bardzo wcześnie, już w końcówce szkoły podstawowej ogromnie w niej zagustowałem. Zaczęło się to od lektury cudownych opowiadań Gogola i Czechowa, potem przyszły gogolowskie „Martwe dusze” tego pierwszego, jeszcze później fascynacja Dostojewskim, Turgieniewa, lektura „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja, jeszcze później prozy Bułhakowa i podobnie rozkosznego Zoszczenki. I nadal kocham starą literaturę rosyjską, przedkładając ją nawet nad literaturę francuską, choć historia i kultura Francji jest mi bliższa. Ale co ja tu o literaturze francuskiej, dziś zamiast wznowień literatury rosyjskiej (zdarzają się, ale nieliczne) ukazują się głównie książki reporterskie i publicystyczne o Rosji Władimira Putina i jej zbrodniach. Ukazało się ich już całkiem sporo, a należy do nich także „Imperium gniewu. Paradoksy putinowskiej Rosji” Alice Lugen. To rzecz o Rosji jako kraju przemocy, ucisku, nadzoru, bezprawia i zbrodni. To niby w Rosji nic nowego, także owa gogolowsko-czechowowska groteskowość wielu objawów tamtejszego życia, o czym Alice Lugen traktuje gęsto, jak choćby o zamiarach kanonizacji Putina przez cerkiew patriarchy Cyryla. Lugen twierdzi, że totalitaryzm w Rosji trudno nawet porównywać z innymi totalitaryzmami. Byłem trzy razy w państwie, które najpierw nazywało się Rosją, a potem ZSRR. W latach 1972 i 1976 przejeżdżałem przez terytorium Ukraińskiej SSR (Lwów, Tarnopol, Czerniowce), a w 2006 roku spędziłem pięć dni w Petersburgu. Za pierwszym razem zaszokowała mnie nędza i poziom zniewolenia społeczeństwa. Nędza i kontrola były tam tak okropne, że PRL 1972 roku wydawała się krajem dobrobytu i wolności. Petersburg uderzył mnie monumentalizmem architektury, jakimś wręcz elefantiasis urbanistycznym (wszędzie ogrom gmachów), którego nie ma nawet w Londynie czy Paryżu ( podobnie pod tym względem bywa w USA, ale tam nie byłem). Lekturę książki Alice Lugen polecam gorąco, bo jest znakomicie i barwnie (o ile to dobre określenie w stosunku do Rosji) napisana, mnie pachnie w narracji nieco gogolowskim nastrojem, co w moim przypadku jest najwyższym komplementem. Jak ktoś powiedział, historia Rosji jest nieruchoma i nie zmienia się od Iwana Groźnego. Znakomita książka Alice Lugen to potwierdza.

Alice Lugen „Imperium gniewu. Paradoksy putinowskiej Rosji”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, str. 303, ISBN 978-83-8396-284-9

Wspomnienia wschodniopruskiego arystokraty

Wiele już wyjaśnia sam powyższy tytuł. Hans von Lehndorf (rocznik 1910) opisał swoje życie rzetelnie, choć bez specjalnej brawury, z nieco niemieckim brakiem polotu narracyjnego, ale to nie zmienia faktu, że są one bardzo interesujące. Wspomnienia obejmują okres od Wielkiej Wojny 1914 -1918 do połowy lat trzydziestych i stanowią panoramę życia niemieckiego w tych czasach i w tym regionie. Znakiem rozpoznawczym życia rodu Lehndorfów były konie, ich hodowla i wszystkie wynikające stąd składniki stylu życia. Lehnodorf nie był jednak zawodowym literatem, nie był intelektualistą, lecz koniarzem i lekarzem, więc jego wspomnienia nie zawierają składnika w postaci backgroundu socjologicznego, historycznego i antropologicznego, nie są naświetlone wnioskami uogólniającymi, wykraczającymi poza bezpośrednią narrację. Tę lukę wypełnia w swoim posłowiu specjalista od problematyki niemieckiej przeszłości, profesor nauk społecznych i historyk, profesor Robert Traba, który wspomnienia Lehndorfa oświetla obszernym wykładem osadzającym jest w kontekście historii i społeczeństwa.

Hans von Lehndorff – „Wspomnienia z Prus Wschodnich”, przełożyła Magdalena Lobert, posłowie Robert Traba, Fundacja Ośrodka Karta, Warszawa 2025, str. 341, ISBN 978-83-67820-49-3

Tyrmand w Darłówku

Kto z bywających nad polskim Bałtykiem nie zna Darłówka, ikony polskiego plażowiska? Otóż w tym Darłówku akcję mistrzowsko skonstruowanej powieści, „Siedem dalekich rejsów” pomieścił Leopold Tyrmand, najbardziej jednak, nie tylko przez „Złego”, kojarzony z Warszawą. „Wartka, choć kameralna akcja, błyskotliwe dialogi, barwne, niejednoznaczne postacie – oto cechy tej powieści. A wszystko rozgrywa się na tle malowniczego portowego miasteczka zanurzonego w powojennej, po 1945 roku, atmosferze niepewności i strachu, w obliczu nowego ustroju i nowej władzy, likwidującej krok po kroku prywatną własność. Osnową fabularną akcji jest działanie pary bohaterów, przypadkowo zainteresowanych tym samym zaginionym dziełem sztuki: tryptykiem Eryka Pomorskiego, tego samego, którego grobowiec znajduje się w tamtejszym kościele. Bardzo zajmująca lektura. Jak to w przypadku Tyrmanda.

Leopold Tyrmand – „Siedem dalekich rejsów”, Wydawnictwo MG, Warszawa 2026, str. 192,ISBN 978-83-8241-383-0

To jest rzeczywiście podejrzane

W naturze swojej nie mam nadmiarowej podejrzliwości. Tak zwana „teoria spiskowa” w historii i polityce zazwyczaj do mnie nie przemawiała jako realność, aczkolwiek jako dla czytelnika była nie dla mnie jednego rzecz jasna atrakcyjna. Spośród niezliczonych wydarzeń „podciąganych” pod ową teorię, wymienię spośród znanych mi tzw. wydarzenia grudniowe 1970 roku, głównie w Gdańsku i Gdyni, których skutkiem była dokonana przez Milicję Obywatelską i Ludowe Wojsko Polskie masakra stoczniowców. Wiązały się z tym pogłoski, że wroga Władysławowi Gomułce frakcja w PZPR sprowokowała te wypadki podwyżką cen żywności przed świętami, aby odsunąć „towarzysza Wiesława” od władzy sprawowanej od 1956 roku Motyw ten podchwycił i wykorzystał Stefan Kisielewski w swojej sensacyjno-politycznej powieści „Śledztwo”, osnutej wokół tych wydarzeń. Jako się rzekło, nie jestem szczególnie podatny na teorie spiskowe, a jednak… Po pandemii 2020-2021 roku mój sceptycyzm w tym względzie uległ pewnemu nadkruszeniu. W trybie ogłoszenia, przebiegu działań, w treściach propagandowych etc. zapachniało mi jakimś jakby fałszem. Coś mi się nie zgadzało, coś mi tu nie grało. Sprawiało na mnie wrażenie czegoś zorganizowanego. Telewizyjne migawki z Italii, z szeregami ciężarówek pod osłoną nocy przewożącymi umarłych na covid 19 pachną mi jakąś kiepską inscenizacją, mistyfikacją mającą zaszokować zbiorową wyobraźnię. Może się mylę, biorę to pod uwagę, ale nic nie poradzę na moje wrażenia. Takich dziwnych sygnałów odczytałem w tamtym okresie więcej. Poza obserwacją użyłem elementów dedukcji i wnioskowania przez analogię. Myśl, że sprowokowanie takiej pandemii mogło służyć wielorakim i wielkim interesom międzynarodowym nasuwa się wręcz sama przez się. Ile biznesów można było wzmocnić (choćby przez produkcję wszelakich medykamentów i masek), ile biznesów zniszczyć! Odzywa się tu z offu zasada „qui bono?”. Warto też wziąć pod uwagę następujący aspekt. O ile w dawnych wiekach, a nawet jeszcze w XX wieku, praktyczna realizacja spiskowych planów była z przyczyn technologicznych i praktycznych jeśli nie niemożliwa, to na pewno trudna, o tyle nowoczesne technologie cyfrowe na pewno mogłyby to ułatwić. Może zatem stało się tak, że o ile przez minione wieki teorie spiskowe były fantazją, o tyle w naszej epoce pojawiły się warunki i być może po prostu „słowo stało się ciałem”. Przecież zanim powstały samoloty czy statki podwodne, ich ideę wynalazł już w XV wieku Leonardo da Vinci. Może warto pójść tym tropem, by zrozumieć, że pytanie o to, kto naprawdę kształtuje świat, nie jest wcale paranoidalne? No właśnie. Kto? Rządy, globalne sieci wpływu, jak np. Big Pharma, Big Tech, fundacje takie jak Billa i Melindy Gatesów, instytucje takie jak WHO, ONZ czy World Economic Forum? Dlaczego niewygodne dla nich treści często znikają nagle z internetu? Jak przebiega proces wykluczania ludzi i treści, jak działa cyfrowa inwigilacja? Kto zarabia na tym olbrzymie pieniądze, za którymi idzie wielka władza? Zanim zaczniemy głębiej nad tym rozmyślać, warto zapoznać się z książką pisarki austriackiej, Guduli Walterskirchen. Autorka przybliża mechanizmy prowadzące do powstawania globalnego państwa totalitarnego w XXI wieku, a jego źródła dostrzega w wielu wcześniejszych wydarzeniach historycznych. To nie jest totalizm starego typu, na starą modłę, typu Hitlera czy Stalina. „Zniewalają – twierdzi Walterskirchen – wykorzystując pandemię i kolejne kryzysy”. Próbuje się ograniczyć krok po kroku nasze prawa, naszą wolność i samodzielność myślenia, a jednocześnie skierować nasze potrzeby na profilowane przez innych jakości. Autorka opisuje także degenerację wymiaru sprawiedliwości, presję ideologiczną na uniwersytetach oraz szokujące przykłady postępów marsizmu w Europie Zachodniej. Akcentuje też rozkład trójpodziału władzy. Gudula Walterskirchen od lat obserwuje i opisuje śmiertelnie groźny dla wolności i demokracji proces islamizacji zachodnich miast. Ukazuje także powiązania zachodniej, głównie niemieckiej, polityki z biznesem – od czasów Hitlera po współczesność. Dostrzega niebezpieczne zbliżenie Niemiec z Chinami. Tłumaczy, czym jest „Wielki Reset”, jaką potężną władzą dysponuje Big Data, Black Rock, Microsoft, Google i kilku im podobnych. Zwraca uwagę na to, że na nasze umysły skierowana jest każdego dnia lawina manipulacji. Dziś służy do tego głównie cyfryzacja, która oczywiście ma swoje plusy, ale opanowana przez ludzi bez moralności i chciwych prowadzi do zjawiska menticydu, czyli zabójstwa umysłu. Ta cenna publikacja uzupełniona została 150 frapującymi ilustracjami.

Gudula Walterskirchen – „Tak nas zniewalają. Droga do państwa totalitarnego”, Wydawnictwo Biały Kruk, Kraków 2026, str. 312, ISBN 978-83-7553-456-6

Poprzedni artykułAnna Łyczewska – Subiektywne kalendarium artystyczne 12.06-25.06
Następny artykułRoman Soroczyński – Średniowiecze – nie tylko ciemnogród

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko