Mam psa, dla którego żaden płot nie stanowi przeszkody. Przechodzi jak kot górą, przeciska się dołem, wymyka przez dziurę, wszystko mu jedno. Nie lubi brudzić u siebie, uwielbia wolność, a to skrupia się na mnie, bo goni rowerzystów i mundurowych. Ze względu na sexual correctness nie powiem jakiej jest płci, ale nie będę ukrywał, że jako suka szybko wraca do domu i przynosi wieści. Na spacerach zaś prowadzi do ciekawych miejsc.
Przyszło mi mieszkać w małym, leśnym miasteczku koło Warszawy, które wciąż jeszcze przypomina bardziej wieś niż metropolię. Niestety niedługo może się zamienić w dzielnicę willową z pojedynczymi krzaczkami i straci cały urok. Mieszkający tu od dziesięcioleci ludzie biadają, że na tak zwanych nowych nie ma bata. Kupują leśne place za olbrzymie pieniądze, a skoro ich na to stać, to również załatwiają sobie zniesienie ochrony lasu, pozwolenie na wycinkę i budują domy w stylu disneylandu. To nowa generacja przybyszów w czarnych mercedesach, głównie politycy w okresie chwilowej odstawki.
Miejscowi intelektualiści, ci z nazwiskami że ho-ho, z rozpaczą przyglądają się tej imigracji i rozkładają ręce. Prawo i rada miejska stoją po stronie nowych. Choć panią burmistrz mamy znakomitą (i piękną!), o lesie decydują jakieś mityczne postaci ze stolicy, bo drzewa są własnością prywatną, mimo że o ich losach w wypadku na przykład wycinki, najwięcej do powiedzenia ma leśniczy. Sąsiedzi wolą się ukłonić niż naskarżyć. Przybysz może spokojnie zaprosić drwala i usunąć stuletnie dęby, które przeszkadzają antenie satelitarnej. Ciekawostką jest to, że niejednego nowego przyłapano na wynoszeniu śmieci z własnej posesji do pojemnika na tyłach sklepu albo wręcz wyrzucaniu w parku i rezerwacie leśnym. Nowym przeszkadzają też liście. Liść dębowy jest bowiem wrogiem angielskiej trawy, dlatego już w lutym, kiedy tylko mróz zelży, zaczyna się palenie ognisk. Ruch powietrza, dzięki pozostałym przy życiu drzewom, jest słaby, dlatego w weekendy lepiej się wynieść z lasu, na przykład do Warszawy, gdzie jeszcze jest czym oddychać.
Do najbliższych sąsiadów mam szczęście. Można ich poznać po tym, że mają płoty niskie albo przejrzyste, z siatki lub krzewów. Ale dalej już jest gorzej. Jeśli płot jest murowany, o, to najlepiej omijać. Na ogół masz wtedy do czynienia z sobotnio-niedzielną rezydencją. Zawsze patrzę, co robi pies. Jeśli zwiesza głowę i idzie przy nodze, to znaczy, że zza płotu może paść strzał, ktoś na ciebie napluje albo w oczy buchnie jaskrawe światło jak na przesłuchaniu. A wiadomo, że przepisy zakazują umieszczania kamer, które fotografują ulicę. Jeżeli w czasie spaceru pies zaczyna gwałtownie ujadać, to znak, że za murem dodatkowo znajduje się owczarek kaukaski. Na takiej posesji nie ma mowy o tym, żeby uchował się jeż czy konik polny. Przez betonowe ogrodzenie ani nie przejdzie, ani nie przeskoczy. Wszystko, prócz trawnika, zalane betonem. Naklejka na bramie „Obiekt chroniony”.
Przy takim domu pies nie macha ogonem. Jeśli jednak tak się zachowuje, to czuję, że tu nie mieszka żaden polityk. I rzeczywiście. Pewnego dnia zobaczyłem, że najświeższy właściciel jednej z rezydencji rozbiera mur, a na jego miejsce sadzi żywopłot. Wyjaśnił, że nie po to wyniósł się z bloku, żeby po wyjściu w domu nadal siedzieć w zamknięciu. Liczy na to, że będzie mógł przez siatkę porozmawiać z sąsiadem podczas sadzenia tulipanów, a nie odwracać się tyłem jak na klatce schodowej. Po tygodniu pobytu w nowym domu doszedł do wniosku, że potencjalni napastnicy, złodzieje i mafia mają ułatwione zadanie, jeśli z ulicy nie widać domu przez ogrodzenie. Bandyci przeskoczą, rozłożą narzędzia i nie niepokojeni przez przechodniów wyłamią najtęższe kraty w oknach. Słowem ceglany płot uwierał go jak za ciasny kołnierzyk.
Pierwsze prawo teorii płotów mówi, że murowane i nieprzejrzyste powstają jako symbol władzy. Jesteś nikim, więc robisz w pracy huczne przyjęcie imieninowe, bo to jedyna okazja, żeby zaistnieć. To samo z betonowymi płotami. Gość na terenie tak ogrodzonym odruchowo tuli głowę w ramiona, czuje się przydeptany, a o to chodzi właścicielowi. Pies zostaje na zewnątrz, nie pcha się, widocznie zapachy nie te.
Drugie prawo powiada, że przez pięćdziesiąt lat komuny byliśmy odrapywani z intymności, i teraz, na zasadzie odrzutu karabinu, kto może, ten sobie dawny brak prywatności rekompensuje w dwójnasób. Odgradza się i nareszcie czuje się sam na tym świecie. Ale złudny to typ wolności. Nic tak nie interesuje mieszkańców małego miasteczka, jak to, co się dzieje za murem. Wiedzą wszystko, a nawet więcej. W ogrodzie bez płotu możesz się przechadzać na golasa i pies z kulawą nogą nie zwróci uwagi. Natomiast im wyższy płot, tym widok za nim ciekawszy.
Wreszcie trzecie prawo, najważniejsze. Płoty działają na wyobraźnię społeczną. Kiedy w czasie gołoledzi ciężarówka nie utrzymała się na skrzyżowaniu i rozbiła jedno z takich ogrodzeń, zeszło się pół miasteczka. Sensacyjny nie był wcale wypadek, ale pytanie, co w tej sytuacji zrobi gospodarz. Po tygodniu mój pies już wiedział.
Naprowadził mnie na transport betonu z Austrii i cegieł z Niemiec.
A po miesiącu jego płot zregenerował się jak głowa smoka. Właściciel, poseł albo radny, powinien być świadom, że w najbliższych wyborach nikt z tubylców już na niego nie zagłosuje.
Piotr Müldner-Nieckowski





