Strona główna Felietony Piotr Wojciechowski – Poeci jako oddział szturmowy

Piotr Wojciechowski – Poeci jako oddział szturmowy

0
105

Z miesiąca na miesiąc prognozy dla naszego kawałka Europy stają się coraz groźniejsze. Dlatego w moim biesiadnym pisaniu wykolejałem się ostatnio, nie nadążałem za standardami eleganckiej felietonistyki literackiej, staczałem się do okopu wojującej publicystyki polityczno-społecznej.

Prognozy znów się pogorszyły. Bez szyfrowania mówi się o tym, że nasz najlepszy sojusznik, dobroczyńca nasz i gwarant wolności, stał się lojalnym sprzymierzeńcem naszego głównego i zbrodniczego wroga. Nie jesteśmy gotowi do tego, aby obronić się samodzielnie, ani jako my, Polska, ani jako my, wschodnia flanka, ani jako my, Europa. Niełatwo w tej sytuacji militarnej i politycznej napisać cokolwiek krzepiącego w formacie biesiadnego felietonu. Na szczęście, po chwili namysłu, otwiera się sympatyczna oczywistość. Najmądrzejszym pisaniem ratunkowym jest skupienie się na sprawach kultury. Bywaliśmy już w kłopotach, pod żelaznym butem katastrof, z pętlą skazujących wyroków na szyi. Jeśli istniejemy, dzień po dniu mamy chleb i coś do chleba, to dlatego, że ocaliliśmy kulturę, wysoką, duchową kulturę. Mieliśmy tę kulturę, nasz szaniec i ona miała nas, obrońców. Mieliśmy ją w czasach mrocznych tyranii i w czasach pożogi. I ona nas przeprowadzała na drugi brzeg. Niedawno napisałem o tym powieść „Zły Wiatr”, a Bernard Nowak w Lublinie wydał mi ją, choć była wtedy pandemia i nikt nie dawał kasy na kulturę. Ba, ale to jest proza.

A czas jest taki, że trzeba innej deski ratunku, trzeba poezji. Przez ten skrócony miesiąc, jaki upłynął od ostatniej listopadowej biesiady, poezja dawała mi liczne sygnały, że czas, abym o niej napisał, a przed tym zrozumiał najgłębiej, że jeśli kultura ma nas uratować, to wszyscy ludzie kultury, od ministry po szatniarzy z prowincjonalnych teatrów, wszyscy, powiadam, muszą się rozstąpić z wołaniem – robimy drogę dla literatury, dla książek, dla literackich rozmów. A literaci też powinni odsunąć trochę na pobocze wołając do poetek i poetów – ratujcie, marsz do pierwszego szeregu, teraz to jest wasz czas. Ostatnia chwila, ciągłość została zerwania, alert purpurowy!

Muszę wymienić choć parę sygnałów, przez które poezja przekazywała mi imperatyw pisania o niej. Najpierw Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej wydało mój nowy zbiór wierszy pod tytułem „Są” – a prawie równocześnie trafiły na moje biurko trzy tomiki przyjaciół – poetów: Jana Barona „Wszyscy jesteśmy głupcy”, Jacka Marii Hohensee „Horoskop ciemnej gwiazdy” i Cezarego Gawrysia „Niepisane”. Utwierdziłem się w przekonaniu, ze rzeka poetyckiego słowa płynie nadal i to na poziomie stanów wysokich. A co więcej, poczułem się poetą wśród poetów – jakże różnych od siebie i przynoszących myślom jakże dużo inspiracji.

Wybierałem się do Zakopanego, aby w Galerii Dom Doktora promować nowy tom mojej prozy, esejowate silva rerum „Kartki holnym potargane”. Uprosiłem szefową galerii, malarkę Magdę Kraszewską, aby po piątkowym promowaniu prozy urządzić sobotni wieczór czytania wierszy i dysput o poezji. Chciałem publicznie narzekać i alarmować, że pozycja słowa poetyckiego w uniwersum społecznej komunikacji maleje, że humanistyka jest marginalizowana.

Nie zdążyłem się jeszcze wybrać do Zakopanego na te literackie potyczki, kiedym dostał list od poetki krakowskiej Jadwigi „Jawi” Nowak. Był w liście załącznik autorstwa Bogusława Doparta, prezesa krakowskiego Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza. Ten tekst wystąpienia prezesa Bogusława Doparta przedstawiony został podczas spotkania Oddziału Krakowskiego TLiAM 27 listopada 2025 roku, dzień po 170 rocznicy śmierci Adama Mickiewicza. Profesor Dopart dał mu tytuł „Poezja leczy rany”. Z humanistyczną swadą i czułością mówi o „tradycji mickiewiczowskiej, wielkiej polskiej tradycji poetyckiej, symbolicznej, humanistycznej, etycznej, O znaczeniu poezji i piękna, które jest też prawdą i dobrem. Prawdą i dobrem.” Aby podkreślić aktualność tego rozumienia poezji, Dopart posłużył się cytatami z „Ars poetica” Stanisława Grochowiaka:

Godziny przy piórze – one leczą rany.
Nawet śmierć jest daleka, jak była w dzieciństwie.
Zwierzęta domowe śpią ufnie przy twoich stopach.
A płomień świecy
Nieruchomieje jak miecz czuwający…”

Cytuje też Dopart Wisławę Szymborską – o tych, co lubią poezję:

Lubią –
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.”

Dalej sympatyczne i błyskotliwe wystąpienie wspomina o Kochanowskim i Miłoszu, a kończy całkiem już współcześnie wierszem Jadwigi „Jawi” Nowak.

Tekst Doparta, przez tę właśnie poetkę nadesłany, tak mi się spodobał, że zamierzałem włączyć go w program zakopiańskich rozmów o poezji, bo właśnie w tych rozmowach planowałem uświadomić poetom i poetkom, że nie czas usuwać się skromnie w cień, nie czas przeczekiwać na marginesie – bo teraz poeci powinni być kadrowym szturmowym oddziałem wysokiej kultury, powinni domagać się powszechnego czytelnictwa, nakładów, stypendiów, prasy literacko-krytycznej sławiącej poezję i przypominającej całemu społeczeństwu, że poetycka myśl jest równie sprawnym narzędziem poznania, jak myśl nauk ścisłych, a do tego poetycka myśl lepiej ludzi do ludzi wzajemnie przyciąga niż polityki i populizmy, i do tego jeszcze, poetycka myśl przetarła sobie własną ścieżkę w przestrzenie metafizyki, ścieżkę nie mniej piękną, niż religie.

Zwierzyłem się z tych zamiarów młodemu, a świetnemu poecie śląskiemu Michałowi Muszalikowi. Ten próbował ostudzić mój zapał. Napisał mi: „Poezja, jak wierzę, cały czas ma swoje miejsce, ale – jak Pan pisze – myślę, trzeba o nim stale przypominać. Problemem jest rozejście się wielu poetów współczesnych z czytelnikami, fałszywa elitaryzacja części współczesnej poezji, wymaganie od niej gry językowej na tyle nieczytelnej poza bardzo wąziutkim gronem, że czytelnik nie ma narzędzi poznawczych, by się nią zachwycić – bo nie rozumie jej nie tylko semantycznie, ale i syntaktycznie. Ubolewam nad wizerunkiem współczesnej poezji jako „dyscypliny pisania niezrozumiale” – a taki ogląd przecież ma wielu „niewprawnych” czytelników i nie wziął się znikąd. Trzeba bronić poezji, ale i jej „klasycznej nogi”. Pan i ja staramy się, tak sądzę, iść przeciw wskazanym prądom. Ale dziś klasyczna fraza grozi tak łatwym oskarżeniem o banał, powtarzalność, „brak odkrywczości” (czy wiersz musi być obiektywnie odkrywczy? powinien być odkrywczy dla konkretnego czytelnika). 

To tylko parę moich wieczornych myśli” – kończy Muszalik.

Śląski poeta nie rozładował akumulatorów mojej poetyckiej hardości. Ruszyłem do Zakopanego tak pewny siebie, jakbym się już umówił ze śpiącymi rycerzami spod Giewontu, że zrobią mi frekwencję. A tymczasem – klapa! Po udanym wieczorze promocyjnym w piątek, w sobotę było pusto. Nikt nie przyszedł do salonu Domu Doktora, aby czytać wiersze, nikt nie chciał rozmowy o kulturze, literaturze, poezji. Jeszcze jedna lekcja pokory.

Nic to, sytuacja wymaga mobilizacji poetów i poetek. Purpurowy alert, zerwana tradycja – w rodzinach nie czyta się głośno Mickiewicza ani Asnyka. Nie pisze się wierszowanych laurek, życzeń ślubnych i świątecznych, nie wpisuje się rymowanek do sztambucha. Pewnie w smartfonach nie ma takiej funkcji.

Cóż robić? Spotkamy się jeszcze, choćby po to, aby pochylić się nad mądrym przemówieniem krakowskiego profesora Bogusława Doparta. Poczytamy wiersze. Nie ma innego wyjścia. Tylko poezja może nas ocalić.

Poprzedni artykułPiotr Müldner-Nieckowski – Na kogo tubylec nie zagłosuje
Następny artykułAleksander Jasicki – Mych kobiet wielka nieobecność