Strona główna Felietony Piotr Wojciechowski – Człowiek z racą

Piotr Wojciechowski – Człowiek z racą

0
70

 

ŻAGIEW RACJONALIZMU

Zajmę się dziś czymś aktualnym z punktu widzenia antropologii kulturowej i psychologii tłumu. Od czasu zawieszenia działalności Laboratorium Reportażu Laboratorium Reportażu przy Uniwersytecie Warszawskim, na żadnej z polskich uczelni nie są prowadzone studia z zakresu mitotroniki. Mitotroniką zajmują się w Podhalańskiej Akademii Wiedzy niektórzy uczeni i gazdowie, ale przecież nie mamy tu do czynienia z wyższą uczelnią w pełnym znaczeniu tych słów. Agniforyka jest nauką pomocniczą mitotroniki. Nie trzeba głębokiej znajomości języków klasycznych, aby wiedzieć, że chodzi o race. Dokładniej, agniforyka zajmuje się symboliką racy, jej znaczeniem w konstrukcjach motywacyjnych świadomości i podświadomości. Nie ukrywam, że do skupienia się nad tym tematem skłoniły mnie wiadomości z mediów i niektóre obrazy pokazywane w mediach. Czyż nie jest zagadką to, że wykształcony Europejczyk odczuwa potrzebę pokazania się płonącą racą w ręku – w trakcie udziału w wydarzeniu o charakterze tłumnym. Co więcej, autorytety naukowe przekazały wyniki badań, według nich około 60% uczestników tych tłumnych wystąpień ma wyższe wykształcenie.

Iść w tłumie, dumnie iść z racą – skąd taka potrzeba? A co więcej – chcieć, aby to było legalne, aby obywatel miał zawsze i wszędzie swoje prawo człowieka – prawo do ognia z racy. Takie prawo byłoby swoistym fenomenem legislacyjnym, jeśli się zważy, że strażacy wszystkich szczebli służbowych są przeciw racy, a od lat cały naród potwierdza w badaniach, że strażacy są tą kategorią zawodową, która zasługuje na najwyższe zaufanie.

Ja sam uznaję potrzebę racy. Raca potwierdziła swój sens i użyteczność w takich dziedzinach jak ratownictwo morskie i ratownictwo górskie. Tam raca ma określone znaczenie – ona jest wołaniem – kieruj się tutaj, bo tutaj jest ktoś potrzebujący pomocy.

Rozumiem też racę, jako narzędzie artystycznej wypowiedzi w pirotechnice filmowej i pokrewnych sytuacjach popularnego spektaklu. Tu artysta pirotechnik odwołuje się do wspólnej człowiekowi i zwierzętom wrażliwości – lęku przed potęgą ognia. Z lat dziecięcych pamiętamy momenty, kiedy rozsadzała nas radość zmieszana z drżeniem lęku. Na choince wieszaliśmy sypiące iskierkami sztuczne ognie, a podświadomość szeptała nam – to jest piękne, bo nie jest pożarem. Swoją drogą, pożary były i my, dorośli, już ich nie chcemy więcej.

Dlatego, gdy mamy wśród nas wykształconych obywateli z sezonową potrzebą racy, możemy ryzykować hipotezę o tym, że takie władanie ogniem ma podłoże ludyczno-infantylne łagodne w swojej istocie. Nie jest tak słodko. Jest raczej groźnie i smutno. Czym była raca, kiedy jeszcze nie było racy? Przypomnijmy sobie klasykę polskiej literatury. Henryk Sienkiewicz w powieści „Potop” opisał scenę ze środowiska dowódców. Najpierw jeden pułkownik przypieka drugiemu bok stosując „maźnicę ze smołą” zwaną też „kwaczem”, potem następuje zmiana ról i przypiekającym jest sam bohaterski Kmicic, a przypiekanym zdrajca Kuklinowski. Nie są to wzorowe relacje międz Mamy też w polszczyźnie takie stare słowa jak pochodnia – raczej dająca światło i jak żagiew, pierwsza z odcieniem pozytywnym, druga groźna, żagiew to raczej broń podpalaczy. Żagiew występuje w zwrocie „nieść żagiew buntu”. W podobne związki frazeologiczne wchodzą słowa głownia, zarzewie. Można podejrzewać, że ktoś z dumą niosący racę, widzi siebie jako postać wojownika wymachującego głownią, żagwią, kwaczem. Sięgam po tom piąty Słownika Języka Polskiego Samuela Bogumiła Lindego, dzieła wydanego we Lwowie przez Ossolineum w roku 1859. O racy pisze Linde tak: „w krotofilnych ogniach rurka zrobiona z papieru wielokrotnie obwinionego, nabita mieszaniną złożoną z siarki, z saletry i węgli nazywa się raca. Temu objaśnieniu towarzyszy cytat z Poezji Kniaźnina: Raca do góry wyniosła się pięknie, A jakiż koniec? Zabłyśnie i pęknie.

To wszystko powyżej pokazuje, że chcieć racy, to znaczy dążyć do sytuacji, w której jest się groźnym, dominującym przez strach. To cofać się do epoki walki o ogień. Władać ogniem, jak Gromowładny Zeus. Można przypuszczać, że, nasi bracia – obywatele, którzy występowali dzierżąc w rękach narodowo przybrane kosy na sztorc, ciż sami od „świętego zabijania”, o których pisałem niedawno, teraz, podczas kolejnego zdarzenia ulicznego, szli z racami – w ten sposób ponownie pokazując swój patriotyzm. Tym dobitniej, że towarzyszył im wysokiej rangi urzędnik z biało-czerwoną chorągiewką.

Dla mnie uderzające jest spotkanie racy niosącej emocjonalne przesłanie, irracjonalną groźbę, z wołaniem o racjonalizację takich gestów przez ich prawną, a więc racjonalną legalizację.

Czy nie jest to spotkanie przejawem zjawiska o bardzo rozległym zasięgu? Technologia cyfrowa powstała dzięki racjonalności nauk – informatyki i elektrotechniki. Nowoczesny Europejczyk musi wykazać się kompatybilnością w kontakcie z narzędziami swojej pracy, elektro sprzętami domowymi i gadżetami, jakie wcisnął mu rynek. Polityka pokazana w mediach chce zyskać autorytet posługując się racjonalnym opisem rzeczywistości i racjonalnym argumentami w negocjacjach i sporach. Brak racjonalności to zarzut. Jednocześnie media chcą być gorącym towarem, chcą się sprzedawać budząc emocje, epatując okropnościami, zaskakując skandalami, odwołując się przy tym do religii i ideologii. Żyjemy nawiedzani strachem, że technologia nie potrafi ocalić naszego świata, a także żyjemy wobec lęku – jak za krzywdy i zbrodnie świata osądzi nas jakaś Niepojęta Obecność. Komputer nie potrzebuje Boga, aby działać, ale ten i ów człowiek siedzący przy komputerze nieraz czuje, że czas podnieść ręce znad klawiatury i złożyć je do modlitwy.

Wczytuję się właśnie w wielką książkę, która wychodzi na spotkanie takim lękom epoki, jej wątpliwościom i nadziejom – chociaż przyznam, nadziei w niej skąpo. Wiele natomiast gorzkiej refleksji wspartej na zachwycającej erudycji i bystrości, na precyzji języka. Piszę tu o nowym dziele Jerzego Surdykowskiego „Bóg, człowiek, wszechświat” wydanym przez Copernicus Center Press w Krakowie. Surdykowski, od dziesięcioleci kunsztownie, dowcipnie i precyzyjnie pisze o poszukiwaniu sensu w cywilizacji i kulturze, w historii i antropologii. Tym razem mój rówieśnik wyraźnie określa się jako osoba wierząca, ale chrześcijaństwo pokazuje jako przygodę – ożywczą, ale karkołomną. To przygoda przedzierania się przez paradoksy i wiraże religijności, agnostycyzmu i ateizmu. Można porównać go z księdzem profesorem Michałem Hellerem – autorem krótkiego wstępu do nowej książki Surdykowskiego. Oczywiście nasuwają się porównania z czeskim teologiem Tomaszem Halikiem, z francuską filozofką Chantal Del Sol, z modnym izraelskim publicystą Yuvalem Noahem Hararim.

Wystarczy jednak godzina nad książką Surdykowskiego, aby stwierdzić, że Polak ma szersze niż tamci pole widzenia, jest odważniejszy w sądzeniu świata, a jego język niezawodnie trafia w sedno spraw. Surdykowski wielokrotnie cytuje proroka z pustyni Negew, Harariego. Prezentuje jego przewidywanie, że religię zastąpią technoreligie bez Boga uwielbiające przepływ danych przez globalne sieci komputerow.

Chantal Delsol, która porzuciła postmodernizm dla katolicyzmu głosi teraz koniec chrześcijaństwa. W swojej książce „Koniec świata chrześcijańskiego” zapowiada, że nadchodzi epoka neopogaństwa łączącego zabobon ekologiczny z kultem komfortu i przyjemności.

Dla mnie bardziej przekonywający jest Surdykowski. Oto jak kończy on jeden z rozdziałów swojej książki: „Dlatego – przy wszystkich swych słabościach – rozum powinien nie tylko poznawać świat, ale kontrolować także religię. Nie wiarę, bo ona nie jest z tego świata. Nie da się powiedzieć wszystkiego o Bogu językiem jednej epoki i zamknąć to w dogmatach na zawsze danych. Jego obraz musi rosnąć wraz z nami. Ale też stąd potrzeba braterskiej tolerancji dla innych zawierzeń.

Aby zamknąć temat dodam, że płomień racy nie jest dobrym przewodnikiem na drodze ku przyszłości. Raca nie nadaje się na symbol braterskiej tolerancji.

 

Poprzedni artykułPiotr Müldner-Nieckowski – Kłopotów z myśleniem ciągi dalsze
Następny artykułStanisław Srokowski – Wiersze Tygodnia