LWÓW ŚPIEWA
Lwów to nieuleczona rana,
urwany nagle gest, okaleczone usta,
wołanie placów i zamków, żywy ślad
historii, która po cichu śpiewa.
Dusza miasta żyje w pasażach,
w starych ruinach i fontannach,
w altanach, mostkach i pawilonach.
I w strofach umarłych poetów.
Idziemy po drogach wygnania,
jak szli przed nami
ojcowie i bracia,
ich głosy i cienie towarzyszą nam wiernie,
jak rzeki, strumyki, pola i lasy.
Granice ziemi przesuwają nas
z miejsca na miejsce.
Modlą się nasze ręce, kolana i stopy.
Niesiemy pismo i żagwie, moc truchleje,
a wieczność wyciąga szyję.
Lwów śpiewa w naszych oddechach.
A JEDNAK
Zostały za nami sady dzwony i tańce
Ślady stóp wciąż wyraźne i chóry
Wiszące na sznurach białe koszule
I kolorowe chusty matek i sióstr
Stamtąd wciąż patrzy czyjeś oko
Zerka rękaw brew i siwy włos
Szepczą płatki wiśni i snów
Wołają krzaki róży i łzy
Błyśnie jaskółka zatupie jeż
Odpowie sikorka i trzmiel
Wciąż pijemy światła tamtych poranków
I chłepczemy głosy śniących rzek i pól
Wzdychamy na widok sarny w zdaniu
I lamp płynących przez pieśń
O kraju z laską u nogi
Kuleją twoje serca i błąkają się dusze
A jednak płonie pod skórą kamień
Tuli się korzeń i woła góra
Nasłuchujemy jak twoi synowie
Budzą się w liściach traw i ślą sygnały
A nowe imię wstaje z kolan
I wznosi się poranek
I TULĄ SIĘ
przy naszej zeschłej krwi
zwłoki spojrzeń
smak octu z wodą
oddychają ognie
wiara jak plewa na wietrze
wołają przepaści
spala się ostatnia gwiazda
ciała odpływają oczy
w piaskach skóry
zasypia śmierć
i tulą się niesłyszalne
głosy
USTA CISZY
Na progu domu przysiadła
gromadka zielonych lamp
i oświetlała bladą twarz
dziadka Piotra zamienionego
w przydrożny kamień.
Pusta izba błyskała
martwymi oczami.
Umierały okaleczone zdania
i zaciskały się usta ciszy.
Ostatnie płomyki języka
świeciły z popiołów wsi.
Po spalonej gałęzi mowy
biegał czarny świt.
PUSTELNIK
Ja pustelnik ciszy
mamroczę w półśnie twoje imię
pusta klatka z której wyfrunął ptak
rosną kolce twojego milczenia i bolą
zaciągam się do armii mroków
której rytmiczny krok wybija noc
ślepe światło gwiazd gaśnie
a pyłek księżyca spada na powiekę
która zwisa jak odcięta ręka
i skradają się halucynacje
siostra śmierć przecieka
przez żyły do moich oczu
a u wezgłowia świtu staje zjawa
i otwiera usta
widma są moimi
braćmi
ODCHODZENIE
Gdy szpital śpi,
cisza tyka w ścianach,
a po długich korytarzach
kardiologii rozpina swoją sieć
nicość.
Powietrze unosi siną brew
i marszczy się w kącikach warg
umierającego starca.
Żółta łza światła spływa
w ciemność.
W moich żyłach rozkłada
namioty ostatni oddech
i zapalają się świece krwi,
których płomyki
dławią gardło.
Na łóżkach modlą się
blade prześcieradła.
Tylko suche usta ścierają
powietrze w popiół.
To życie wywiesza białe flagi,
to śmierć.
Noc naciąga kaptur i milczy.
I powoli opada powieka nieba.
OJCZYZNA
śnieg
topnieje, odsłania
kra
płynie, zapomina
światło
chmura i deszcz
ogłaszają, ogłaszają
a ty
goisz się,
goisz z zaciśniętymi
ustami
POLA RÓŻ
Gdzież te rozległe pola dzikich róż, strome przejścia
oddechu, gdzie spalone wzgórza Kissawos, którego
skały zanurzały się w płonącym błękicie chmur,
a z rozprutych żył nieba wyciekała krew słońca.
Gdzież ta sygnaturka południa, kiedy
opieczętowywałem twoje piersi i brzuch wargami,
a ogromny fioletowy ptak zawisł nad nami i okrył
swoim cieniem; płonące cierniste krzewy raniły ci
duszę druzgocącym pięknem.
Czy to była Makrinica, a może Kieramidi uchwycone w lasso
słońca, gdy oniemiałe z zachwytu plemię z północy
padało na twarz i cicho śpiewały żagle płynące
ku wyspie Skiathos.
Łowiliśmy kraby i jedli chłodne
dzadziki.
Gdzież, Mario, te wielkie pola dzikich róż, w których
syczały węże i zakorzeniała się nasza tęsknota,
a na dole, w tawernie, słychać było pieśń żeglarzy.
Nadchodziła noc pełna łowów
w błękitnych wodach zatoki, ze świecącą gwiazdą
ośmiornicy w głębi morza.
Niebieski księżyc tańczył
na twojej dłoni i targnął
mną nagły lęk, że czerwone wzgórza
są tylko zjawą.
UŚMIECH
twój uśmiech
zagląda mi w oczy
wyłuskuje kolce nocy
i gasi złe sny
oddycha
w moich ramionach
otwiera poranki
i świeci o zmroku
jak miłość
kiedy mijasz przedmioty
ścielą się u twoich nóg cienie
i śpiewa podłoga
zbawiasz mnie
od ciemności
moje lęki
na wygnaniu
WYGNAŃCY
we Lwowie Larysie i Wilnie
zgasły cmentarze
nie rozpoznaliśmy zmarłych
wyblakły imiona
poczerniały głosy
zamilkły ptaki
mrok pożerał nasze usta
wydawało się
że to już koniec
tamtego świata
kiedy z twoich rąk uniósł się
świecący motyl i zapalił
moje oczy
załopotały skrzydła anioła
i usłyszeliśmy
jak szepczą
groby
NASZE CIAŁA
mówiłaś że podróżują tam figi
daktyle i pomarańcze
śpiewają oliwki i winogrona
kwitną słowa dojrzewają oddechy
srebrne słońca podpalają
obłoki i płoną cienie
ogłaszają się suche korzenie
i muszle
a ty stałaś naga
na brzegu
ust
sny przecierały
oczy
W HOTELU
plac Omonia
Ateny
Olimp skąpany
w ogniu chmur
puste ulice
zamknięte okiennice
cisza
a my
w hotelowym pokoju
dwa płomienie
ze splątanymi oddechami
na oceanie łóżka
odpływaliśmy
w głąb siebie
POŁUDNIE
gorączka spalała oddechy
schły głosy
pękała ziemia
a ze słów sypał się popiół
tylko twój uśmiech tańczył
na zboczach Makrynicy
i kwitły w cieniu oliwek
twoje oczy
zbiegły się białe sny
nachylił horyzont
i odezwały się grudy ziemi
wsłuchiwałem się w twoje ciało
spieczonymi wargami
NAD ATHOS
zalewają cię kaskady południowych wysp
wzniesień i wołających rzek
świecą błękitne ostrza słów
docierają echa olimpijskich igrzysk
i blask nagich ciał
i już wpływa do zatoki języka
ławica cieni
gniew Antygony
lęk Ismeny
i śpiew Safony
i wyruszają na podbój wyobraźni
homeryckie hymny
nad górą Athos
powiewają białe
pytania
NA KOŃCU
Przepraszam za niepocałunek
przepraszam za nieuśmiech
przepraszam za niespojrzenie
przepraszam za niechcenie
Jeźdźcy nieistnienia okrążają
nasze życie
i cwałuje kawaleria niebytu
pośród naszych niedowidzeń
by ujawnić niepojętość świata
który się spełnia w niemożliwościach
i niedopowiedzeniach
A twoje niedotknięcie
parzy moje nieme usta
a twoja niepamięć
pogrąża mnie
w smutku
Jestem na końcu
niczego





