Strona główna Rok 2025 Nr 600 Stanisław Srokowski – Wiersze Tygodnia

Stanisław Srokowski – Wiersze Tygodnia

0
96
Bogumiła Wrocławska
mal. Bogumiła Wrocławska

LWÓW ŚPIEWA

Lwów to nieuleczona rana,
urwany nagle gest, okaleczone usta,
wołanie placów i zamków, żywy ślad
historii, która po cichu śpiewa.

Dusza miasta żyje w pasażach,
w starych ruinach i fontannach,
w altanach, mostkach i pawilonach.

I w strofach umarłych poetów.


Idziemy po drogach wygnania,
jak szli przed nami
ojcowie i bracia,
ich głosy i cienie towarzyszą nam wiernie,
jak rzeki, strumyki, pola i lasy.

Granice ziemi przesuwają nas
z miejsca na miejsce.

Modlą się nasze ręce, kolana i stopy.

Niesiemy pismo i żagwie, moc truchleje,
a wieczność wyciąga szyję.

Lwów śpiewa w naszych oddechach.

A JEDNAK

Zostały za nami sady dzwony i tańce
Ślady stóp wciąż wyraźne i chóry
Wiszące na sznurach białe koszule
I kolorowe chusty matek i sióstr

Stamtąd wciąż patrzy czyjeś oko
Zerka rękaw brew i siwy włos
Szepczą płatki wiśni i snów
Wołają krzaki róży i łzy

Błyśnie jaskółka zatupie jeż
Odpowie sikorka i trzmiel

Wciąż pijemy światła tamtych poranków
I chłepczemy głosy śniących rzek i pól

Wzdychamy na widok sarny w zdaniu
I lamp płynących przez pieśń

O kraju z laską u nogi
Kuleją twoje serca i błąkają się dusze

A jednak płonie pod skórą kamień
Tuli się korzeń i woła góra

Nasłuchujemy jak twoi synowie
Budzą się w liściach traw i ślą sygnały

A nowe imię wstaje z kolan
I wznosi się poranek

I TULĄ SIĘ

przy naszej zeschłej krwi
zwłoki spojrzeń
smak octu z wodą
oddychają ognie
wiara jak plewa na wietrze
wołają przepaści
spala się ostatnia gwiazda
ciała odpływają oczy
w piaskach skóry
zasypia śmierć
i tulą się niesłyszalne
głosy

USTA CISZY

Na progu domu przysiadła
gromadka zielonych lamp
i oświetlała bladą twarz
dziadka Piotra zamienionego
w przydrożny kamień.
Pusta izba błyskała
martwymi oczami.
Umierały okaleczone zdania
i zaciskały się usta ciszy.
Ostatnie płomyki języka
świeciły z popiołów wsi.
Po spalonej gałęzi mowy
biegał czarny świt.

PUSTELNIK

Ja pustelnik ciszy
mamroczę w półśnie twoje imię
pusta klatka z której wyfrunął ptak
rosną kolce twojego milczenia i bolą
zaciągam się do armii mroków
której rytmiczny krok wybija noc
ślepe światło gwiazd gaśnie
a pyłek księżyca spada na powiekę
która zwisa jak odcięta ręka
i skradają się halucynacje
siostra śmierć przecieka
przez żyły do moich oczu
a u wezgłowia świtu staje zjawa
i otwiera usta
widma są moimi
braćmi

ODCHODZENIE

Gdy szpital śpi,
cisza tyka w ścianach,
a po długich korytarzach
kardiologii rozpina swoją sieć
nicość.

Powietrze unosi siną brew
i marszczy się w kącikach warg
umierającego starca.

Żółta łza światła spływa
w ciemność.

W moich żyłach rozkłada
namioty ostatni oddech
i zapalają się świece krwi,
których płomyki
dławią gardło.

Na łóżkach modlą się
blade prześcieradła.

Tylko suche usta ścierają
powietrze w popiół.

To życie wywiesza białe flagi,
to śmierć.

Noc naciąga kaptur i milczy.
I powoli opada powieka nieba.

OJCZYZNA

śnieg
topnieje, odsłania

kra
płynie, zapomina

światło
chmura i deszcz
ogłaszają, ogłaszają

a ty
goisz się,
goisz z zaciśniętymi
ustami

POLA RÓŻ

Gdzież te rozległe pola dzikich róż, strome przejścia
oddechu, gdzie spalone wzgórza Kissawos, którego
skały zanurzały się w płonącym błękicie chmur,
a z rozprutych żył nieba wyciekała krew słońca.


Gdzież ta sygnaturka południa, kiedy
opieczętowywałem twoje piersi i brzuch wargami,
a ogromny fioletowy ptak zawisł nad nami i okrył
swoim cieniem; płonące cierniste krzewy raniły ci
duszę druzgocącym pięknem.

Czy to była Makrinica, a może Kieramidi uchwycone w lasso
słońca, gdy oniemiałe z zachwytu plemię z północy
padało na twarz i cicho śpiewały żagle płynące
ku wyspie Skiathos.

Łowiliśmy kraby i jedli chłodne
dzadziki.

Gdzież, Mario, te wielkie pola dzikich róż, w których
syczały węże i zakorzeniała się nasza tęsknota,
a na dole, w tawernie, słychać było pieśń żeglarzy.


Nadchodziła noc pełna łowów
w błękitnych wodach zatoki, ze świecącą gwiazdą
ośmiornicy w głębi morza.

Niebieski księżyc tańczył
na twojej dłoni i targnął
mną nagły lęk, że czerwone wzgórza
są tylko zjawą.

UŚMIECH

twój uśmiech
zagląda mi w oczy
wyłuskuje kolce nocy
i gasi złe sny
oddycha
w moich ramionach
otwiera poranki
i świeci o zmroku
jak miłość

kiedy mijasz przedmioty
ścielą się u twoich nóg cienie
i śpiewa podłoga

zbawiasz mnie
od ciemności

moje lęki
na wygnaniu

WYGNAŃCY

we Lwowie Larysie i Wilnie
zgasły cmentarze

nie rozpoznaliśmy zmarłych

wyblakły imiona
poczerniały głosy
zamilkły ptaki

mrok pożerał nasze usta
wydawało się
że to już koniec
tamtego świata
kiedy z twoich rąk uniósł się
świecący motyl i zapalił
moje oczy

załopotały skrzydła anioła
i usłyszeliśmy
jak szepczą
groby

NASZE CIAŁA

mówiłaś że podróżują tam figi
daktyle i pomarańcze
śpiewają oliwki i winogrona
kwitną słowa dojrzewają oddechy
srebrne słońca podpalają
obłoki i płoną cienie
ogłaszają się suche korzenie
i muszle

a ty stałaś naga
na brzegu
ust

sny przecierały
oczy

W HOTELU

plac Omonia
Ateny

Olimp skąpany
w ogniu chmur
puste ulice
zamknięte okiennice
cisza

a my
w hotelowym pokoju

dwa płomienie
ze splątanymi oddechami
na oceanie łóżka

odpływaliśmy
w głąb siebie

POŁUDNIE

gorączka spalała oddechy
schły głosy
pękała ziemia
a ze słów sypał się popiół
tylko twój uśmiech tańczył
na zboczach Makrynicy
i kwitły w cieniu oliwek
twoje oczy

zbiegły się białe sny
nachylił horyzont
i odezwały się grudy ziemi

wsłuchiwałem się w twoje ciało
spieczonymi wargami

NAD ATHOS

zalewają cię kaskady południowych wysp
wzniesień i wołających rzek

świecą błękitne ostrza słów
docierają echa olimpijskich igrzysk
i blask nagich ciał

i już wpływa do zatoki języka
ławica cieni

gniew Antygony
lęk Ismeny
i śpiew Safony

i wyruszają na podbój wyobraźni
homeryckie hymny

nad górą Athos
powiewają białe
pytania

NA KOŃCU

Przepraszam za niepocałunek
przepraszam za nieuśmiech

przepraszam za niespojrzenie
przepraszam za niechcenie

Jeźdźcy nieistnienia okrążają
nasze życie
i cwałuje kawaleria niebytu
pośród naszych niedowidzeń
by ujawnić niepojętość świata
który się spełnia w niemożliwościach
i niedopowiedzeniach

A twoje niedotknięcie
parzy moje nieme usta


a twoja niepamięć
pogrąża mnie
w smutku

Jestem na końcu

niczego

Poprzedni artykułPiotr Wojciechowski – Człowiek z racą
Następny artykułGreta Drawska – Sekret terapeutki