Nie przyszedł dziennikarz, który dzwonił, że chce ze mną porozmawiać na temat prawdy w sztuce. Szkoda, bo właśnie chciałem go zawiadomić, że nie ma takiego problemu. Nie powinno się oczekiwać od sztuki, aby skutecznie, prawdziwie, przekazywała informację o faktach. To nie jest jej zadanie. Sztuka nie ma prawa kłamać, ale też sztuka czyni się wielką przez uwalnianie się od komunikowania prawdy, a w szczególności przez unikanie prawd błahych i prawd agresywnych.
Kiedy sztuka opowiada o faktach, staje się informacją, opowiadając zaś o relacjach staje się nauką. Jeśli wzrusza, unikając jednego i drugiego, wtedy rośnie i dojrzewa. Wtedy może stać się mitem, a może też stać się osobistym wyznaniem. Oceniajmy więc sztukę pytając, czy twórcze działanie artysty przyniosło ludziom piękno, wzruszenie, zadumę nad tajemnicą. Jeśli nie – nie ma sztuki, jest biznes, agitacja polityczna, psychoterapia, kokieteria, lub inne działania pozorujące twórczość artystyczną.
Pewnie odnosicie państwo wrażenie, że trochę mi tu trudno uzyskać precyzję, dać użyteczną dla pisarza receptę? Tak jest. Trochę mnie ten wstęp nudzi teoretyczną jałowością. A do tego zaprzecza nieco mojej pisarskiej praktyce. Otóż od trzydziestu lat pisuję felietony ekologiczne dla niszowego miesięcznika dla kobiet. Mam wykształcenie przyrodnicze, czytuję na bieżąco literaturę ekologiczną. Ten temat zmienia się burzliwie, dziś nie ta ekologia co parę lat temu. I właśnie dlatego musze w moich felietonach walczyć o prawdę, demaskować bzdurę. Już wiemy, że nie ratujemy planety. Jest jedna planeta Ziemia z jedną atmosferą. Prawdziwe ratowanie byłoby możliwe, gdyby udało się uchwalić wspólne dla całej Ziemi prawo ekologiczne, zbudować wspólny mechanizm kontroli i represji wobec opornych. W obecnym układzie to niemożliwe. Muszę więc pisać o prawdzie w moich felietonach. A prawda jest taka, że systemy lokalnych ograniczeń mogą poprawić lokalne warunki życia, nie mogą jednak powstrzymać katastrofy o planetarnym wymiarze. To, o co się upominam, to cierpliwe budowanie systemu wspomagania ludzi i społeczności, których trwająca już katastrofa krzywdzi, zmusza do migracji i głodowania.
Tyle na wstępie, o złudnym, ale szlachetnym marzeniu wyzwolenia literatury od usługowego przypominania prawd ważnych, czasem oczywistych.
Potrzebny mi był ten wstęp, aby zbliżyć się do pytania o kody kulturowe. Przypominam sobie komentatorów Konkursu Chopinowskiego, którzy tak celnie i potrzebnie stawiali pytanie o kody kulturowe. Czy pianistom z Dalekiego Wschodu udawało się odczytywać kody kulturowe wpisane w mazurki, polonezy, nokturny, barkarole. Czy im to pomagało w tworzeniu wielkiej sztuki?
Ja sam stawiałem sobie ostatnio pytanie o kody kulturowe po obejrzeniu w telewizji sceny przedstawiającej wkroczenie na imprezę zbiorową grupy osób niosących manifestacyjnie kosy przekute „na sztorc”. Drzewca kos były od góry do dołu owinięte biało-czerwonymi wstążkami, co zapewne miało ułatwić odczytanie przesłania całej akcji. A to odczytanie nie jest takie proste. Nie wiemy, jakim kodem kulturowym mamy się posłużyć.
Kosa na sztorc istnieje jako znak zarówno w przestrzeni wiedzy historycznej, jak i w sferze sztuk plastycznych, są interpretacje tego tematu u takich twórców jak Matejko i Chełmoński. Grottger pokazuje kucie kos na jednym z obrazów cyklu Polonia. Z reguły obrazy mają wyraźne przesłanie mobilizujące, są patetyczne lub mieszające patos z nutą tragizmu. Kosa to była broń bezbronnych, iść z kosą w bój, to raczej iść na śmierć, niż po zwycięstwo. „Kosynierzy modlący się przez bitwą” Chełmońskiego, to pewnie najpełniejsze wcielenie takiej wizji.
To, co widziałem w telewizji, nie było jednoznaczne. Ten żywy obraz mógł na część kulturowo zaniedbanych widzów działać jak plakat mobilizujący do krwawej rozprawy z tymi, co są przeciw Biało-czerwonej, przeciw Polsce. Kosa z barwą narodową ukazała się im jako znak, który mówi: – przyszedł czas świętego zabijania!
Dla innych wymachiwanie kosami mogło być odczytane kodem groteski, mogło stanowić karykaturę, piętnujący komentarz, skierowany przeciw politycznej naiwności tych, którzy wierzą w pełną skuteczność spontanicznej przemocy.
Dla innej grupy widzów mogła to być zabawa w pastisz, drwina z patriotycznych wątków w kulturze, z postaw ostentacyjnego patriotyzmu w ogólności.
To nie koniec możliwości interpretacyjnych. Żywy obraz z kosami narodowymi mógł być odczytany jako możliwość uczciwej manifestacji politycznej. Tłumnego wołania o gruntowną przebudowę polityki społecznej i ekonomicznej wobec rolników, wsi, produkcji żywności, całego kraju za miastem. I tu moje wywody zataczają pętlę, bo oto wołam o sztukę mówiącą o prawdzie, upominającą się o prawdziwe działanie. A jednak – prawda w sztuce.
Program zmian powinien być wsparty argumentacją, stwierdzeniem, że to właśnie kraj za miastem jest miejscem, w którym najgęściej występują rodziny synergiczne, należałoby z antropologiczną ścisłością wydobyć wątek rodzin synergicznych, tej kategorii rodzin, dzięki którym może trwać tożsamość pewnej wspólnoty.
Rodziny takie charakteryzuje zakorzenienie w krajobrazie, lokalnej przyrodzie i lokalnej kulturze, to rodziny wielopokoleniowych związków, zachowujące ciągłość, przekazujące sobie jakąś duchową spuściznę, ale też siedziby, archiwa, biblioteki, kolekcje, pamiątki, notatki kulinarne. Najczęściej takie rodziny charakteryzuje otwartość, przyciąganie grona przyjaciół, wiązanie siatki. Taka rodzina ma się czym dzielić, promieniuje. Wśród tak charakteryzowanych rodzin trafiają się także rodziny patchworkowe.
Jeśli więc powie się, że dzięki rodzinom synergicznym wspólnota zachowuje tożsamość, to trzeba by oczekiwać, że wspólnota powinna zadbać o warunki ekonomiczne i prawne dające takim rodzinom lepsze szanse trwania. Wspomóc gospodarzenie na ziemi, poprawić standard życia w małych miejscowościach, w rozproszeniu, I dalej – jeśli brak tej dbałości prawnej i ekonomicznej – warto się o nią upomnieć.
Czy jednak potrząsanie narzędziem świętego zabijania jest tu właściwą formą?
Wiele z tych myśli zawdzięczam moim podróżom w krainy poza wielkimi miastami, kontaktom z mieszkającym tam, gdzieś tam, rodzinami, które nie wiedzą wprawdzie , że są synergiczne, ale uczestniczą w misterium wspólnotowego trwania. Z moich spotkań wynika, że różnorodność form i treści w tej rzece przekazu jest zadziwiająco różnorodna i zaskakująco bogata. Właśnie wróciłem z Żywca, nie miałem tam czasu na pogłębione studia, ale byłem dość długo, aby się zachwycić lokalnością – w tamtejszych domach rodzinnych, ale także szkołach, kościołach, muzeach, nawet w języku szyldów, reklam, ogłoszeń. Kończę więc czymś, co zaskoczyło mnie tuż za progiem domu goszczących mnie przyjaciół. Żywiec, ulica Sienkiewicza, jednopiętowy domek. Stare mury, odnowione okna i drzwi. A na drzwiach dziwne ogłoszenie: Punkt Wymiany Poezji. Przynieś wiersz/ weź wiersz www.punktwymianypoezji.pl .Facebook: Punkt Wymiany Poezji.
Do tego ogłoszenia przyczepiono tasiemeczki w kwiatki, a na nich zwisają zatrzaski, do których można przyczepić utwory. Chwilowo nie było nic do wzięcia, a ja też nie miałem ze sobą żadnego wiersza. Wierzę jednak, że ten lokalny żywczański wynalazek zapoczątkuje wspólnotę pięknych spotkań.





