Strona główna Eseje Joanna Surma – Zanik

Joanna Surma – Zanik

0
87
Maria Wollenberg-Kluza

Joanna Surma

ZANIK

To, że można coś poddać opisowi oznacza także, że można to oswoić.”

Celem tego tekstu jest namysł nad znaczeniem pojęcia choroby. Czynić to będę na podstawie tekstów wybitnego pisarza austriackiego, Thomasa Bernharda. Swoje rozważania opierać będę na podstawie „Autobiografii”, po trochu także na podstawie lektury wywiadów z pisarzem (przeprowadzonych przez Kristę Fleischmann). Wspominam także o debiutanckim „Mrozie” Bernharda.

Dziadek Thomasa Bernharda, Johannes Freumbichler był pisarzem. Urodzony w 1881 roku, zmarł w 1949 roku. Jak podają źródła internetowe: „wywarł wielki wpływ na rozwój wnuka”. Osoby dziadka i wnuka spotykają się na przecięciu dwóch przestrzeni: choroby i pisarstwa. Jest to według mnie bardzo ciekawy temat (ciekawszy niż sama choroba) choć chorujących pisarzy również było już wielu… Pragnę jednak zauważyć, że przygotowując się do napisania tego tekstu przestałam pojmować „dziedziczność” tylko i wyłącznie jako wyraz bliskoznaczny „obciążeniu” (a zatem sytuujący je w dyskursie chorobowym) a zaczęłam rozumieć również jako zbiór talentów i predyspozycji przekazywanych następnemu pokoleniu do wykorzystania w razie potrzeby. Może łatwiej będzie mi zobrazować to radosne odkrycie, gdy wspomnę o tym, jak w psychologii mówi się o traumie; otóż w materiałach psychologicznych określenie „przekazywanie z pokolenia na pokolenie” używane jest zazwyczaj w kontekście negatywnym – psychologowie mówią o tym, że nieświadomie dzieci po rodzicach dziedziczą rozmaite traumy. Zauważam tu podejście pesymistyczne, które kładzie nacisk na ból i cierpienie, które dostajemy w spadku. W swoich tekstach Bernhard zdaje się rzucać światło na te elementy życiowej codzienności, na których można by coś zbudować. Czy właśnie w tym celu w Suterenie w „Autobiografiach” szczegółowo opisuje zwyczaje swojego dziadka oddanego sztuce słowa? Człowiek, bez względu na sytuację, w której się znajduje, jest skłonny do podjęcia działania. Nie ważne, czy jest to aktywność w sferze myśli (jak monolog malarza Straucha w „Mrozie”) czy w pisarstwie – za pomocą tego jednostka ratuje się przed utratą kontroli w swoim życiu. Austriacki autor w ten oto sposób przedstawia (chory) upór i konsekwencję, które prowadzą jednostkę:

Dziadek co dzień o trzeciej rano nabierał kolejnego rozpędu; „Dolina siedmiu dworów”, zaplanowany przez niego trzyczęściowy utwór, mający liczyć w rękopisie tysiąc pięćset stron, nakazywał mu już od wielu lat podejmować o trzeciej nad ranem walkę ze śmiercią;”1

W swoim monologu w „Autobiografiach” Bernhard zdaje się nieco dystansować wobec swojego dziadka, ukazując jego twórcze rytuały w kategorii „dziwactwa” czy pewnego oderwania od rzeczywistości – jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Pisał dziadek, robił to również wnuk.

*

Twórcze pisanie wydaje się być lekiem przeciw niszczącej sile rzeczywistości. Bo to przecież godziny spędzone nie tylko przy maszynie do pisania, ale także układanie stert notatek, czytanie książek potrzebnych w pracy, spacery spędzone na rozmyślaniach, rozmowy prowadzone z innymi. Codzienne kartkowanie brulionu w poszukiwaniu myśli utraconych…To, że można coś poddać opisowi oznacza także, że można to oswoić. Ciało,nie dające się opanować, staje się niczym w porównaniu z wypracowaną przez pisarza logiką zdarzeń i faktów przeniesionych na papier. Myślę, że Bernhard był świadomy procesu zanikania dotyczącego pisania w jego rodzinie i postanowił się temu przeciwstawić przy pomocy liter i znaków stawianych codziennie na kartce; nie podjęcie żadnego działania byłoby poddaniem się niszczącej sile… rzeczywistości? Remedium wobec choroby (wyrzuconej w odmęty nieświadomości) okazała się twórczość i pewnego rodzaju konsekwencja.

*

Literaci, twórcy pytani przez dziennikarzy o metody pracy, często odnoszą się w swych wnioskach do pojęcia uporządkowania. Jednocześnie zaprzeczają temu, że w pracy prowadzi ich osławiona „wena twórcza”. Pracę nad tekstem opisują raczej jako siedzenie nad notatkami, któremu towarzyszy analityczne myślenie. Wymienieni dziennikarze często proszą pisarzy o skomentowanie bieżących wydarzeń – czy to kulturalnych czy politycznych. Słowem, jest to praca intelektualna. Natomiast w „Autobiografiach” Thomasa Bernharda bycie literatem jest przedstawione w kategorii obłędu, ciągłego konfliktu ze światem, wedle narratora „niszczące zajęcie”. Spójrzmy na fragment tekstu:

dziadek sam jeden zajmował najmniejszy pokój, ale jego pokój był też tak mały, że ledwie mógł się w nim obrócić, wegetował tam, odtrącony przez otoczenie, pośród książek, ze swoimi nieurzeczywistnionymi ideami.”2

Po czym narrator dodaje jeszcze, że dziadek „groził wszystkim samobójstwem”.

Bernhard ukazuje tu anachroniczny model pisarza, który spala się na ołtarzu sztuki, nie otrzymując w zamian nic, prócz frustracji. Ciekawe – zauważyłam, że postać dziadka przypomina tu postać malarza Straucha z „Mrozu”.

Wydaje się, że Bernhard jako pisarz nie powiela już błędów swojego poprzednika ( m.in. dzięki temu, że sobie je uświadomił), a jego praca pisarska polega na tym, aby:

na odwiecznych gruzach bytu, pośród rozszalałej natury stworzyć swój własny świat, a przynajmniej spróbować go stworzyć, dopóki jest jeszcze taka możliwość.”3

Kończąc już tę część, dodam jeszcze, że Bernhard jako człowiek cechował się niezwykłym zdyscyplinowaniem, podczas wywiadu udzielonemu Kriście Fleischmann wyznał m.in. że drażni go zbyt długie „wylegiwanie się w łóżku” i że w życiu ważne są zasady. Wiele wskazuje na to, że to właśnie dzięki takiej postawie powstały „Autobiografie” czy „Wymazywanie”.

Drzewko szczęścia”

Pod koniec tego eseju chciałabym pozastanawiać się jeszcze, dlaczego ludzie w obliczu choroby nadzieję pokładają w (pseudo)duchowości i czy w życiu oraz twórczości Austriaka miała ona jakiekolwiek znaczenie?

Człowiek w obliczu poważnej choroby jest skłonny zawierzyć każdej rzeczy, która niesie nadzieję na pełne uleczenie. Ewentualnie w grę wchodzi wytłumaczenie jej przyczyny, które odnosiłoby się do zjawisk nadprzyrodzonych. Na rynku istniały od lat czasopisma tj. „Szaman” czy katowickie wydawnictwo „Sadhana”; w latach 80’ i 90’ ludzie masowo siadali przy telewizorach by poddać się terapii Kaszpirowskiego czy Zbyszka Nowaka. Stanowiło to jednak pewną niszę, myślę że nie zagrażającą zdrowemu rozsądkowi. Zdołałam jednak uchwycić pewien zwrot w kierunku wiary w siły nadprzyrodzone, który zaczął się dziesięć, piętnaście lat temu i trwa pomyślnie do dziś. Od wahadełek i drzewek szczęścia odeszliśmy na rzecz couchów i guru, którzy mówią nam nie tylko, jak mamy żyć, lecz także jak uleczyć się z chorób. Kierunek temu nadała publikacja książki „Sekret” Rhondy Byrne. Jej założeniem było twierdzenie, że to my sami przyciągamy do siebie nieszczęścia (w tym choroby). Rzecz jasna, takie twierdzenia nie mają żadnego sensu z naukowego punktu widzenia. Podobne poglądy reprezentują autorzy i mówcy tj. Bruce Lipton czy Anthony Robbins. Dowodem na to, że ta moda trwa do dziś, jest powodzenie, jakim cieszą się targi „Life Balance Congress” w Warszawie. Prezentują się na nim couche, uzdrawiacze, bioenergoterapeuci. Imprezę zdążył już zdemaskować dziennikarz, Krzysztof Stanowski. Zdaje się, że temat „podchwycił” Robert Tekieli, który opisane powyżej zjawiska przedstawia w krytyczny sposób. Tekieli przebył drogę od założyciela kontrkulturowego pisma „bruLion” do katolickiego dziennikarza, który ostrzega przed zgubnym wpływem magii.

Część tę oznaczyłam nagłówkiem o nazwie „drzewko szczęścia” nie tylko dlatego, że odnosi się do magicznego przedmiotu; wyraz „drzewo” można skojarzyć także z drzewem genealogicznym… W ten oto sposób zwykły przedmiot prowadzi nas do chętnie dotykanej przez Bernharda przestrzeni, jaką jest rodzina. Sądzę, że obraz rodziny, która jest przekleństwem dla bohatera, ustąpił obrazowi znacznie bardziej skomplikowanej relacji, której bohater zawdzięcza m.in. zapał i zdolności pisarskie. Thomas Bernhard wydawał się inteligentnym i silnym człowiekiem, zatem nie szukał wyjaśnienia swojej choroby w duchowości, nie opierał się na jakimś guru. Natomiast odnajduję w jego twórczości opisy chwil wskazujących na głębokie przeżycia bohatera:

z dziadkiem, śmiertelnie chorym człowiekiem, wchodziłem na Mniszą Górę.”4

W sztuce i literaturze od wieków góra symbolizuje metaforyczne odcięcie się od świata lub bycie przez moment ponad innymi. W religii mamy do czynienia z objawieniami na górach – mowa tu chociażby o objawieniu Chrystusa na górze Tabor. Dostrzegam zatem, że przestrzeń duchowa istnieje w świecie przedstawionym przez Bernharda, lecz nie służy ona wyjaśnieniom swojej sytuacji. Po prostu jest.

Często osoby dotknięte chorobą boją się, że zdominuje ona ich życie; że wszystko będą musieli dostosowywać do niej. W tekście tym chciałam pokazać, że załamanie zdrowotne może być cenną lekcją i pobudzać nas do zmiany. Bo życie to nie tylko choroba, ale także unikalne zdolności i predyspozycje, które przecież także otrzymujemy po przodkach…

Opis bibliograficzny:

Bernhard T., Autobiografie, Wołowiec 2011.

Polak M., Trauma bezkresu. Nietzsche, Lacan, Bernhard i inni, Kraków 2016.

1 T. Bernhard, Autobiografie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 149.

2 Tamże, s. 147.

3 M. Polak, Trauma bezkresu. Nietzsche, Lacan, Bernhard i inni, Universitas, Kraków 2016, s. 190.

4 Tamże, s. 148.

Poprzedni artykułFranciszek Czekierda – Gombrowicz i Rita
Następny artykułIzabella Teresa Kostka – Massimo Del Zio wiersze wybrane z antologii polsko-włoskiej „Panta Rei”