Od końca maja 1964 roku Witold Gombrowicz, za namową Konstantego Jeleńskiego i Maurice’a Nadeau, przebywał trzy miesiące w Centrum Kultury w byłym opactwie Royaumont (w pobliżu Paryża). Prezesem i założycielem ośrodka był Henryk Goüin, który prowadził go wspólnie z żoną Isabelą. Przebywali tam intelektualiści, studenci i doktoranci zajmujący się kulturą i sztuką, w tym literaturą. Wśród nich była dwudziestodziewięcioletnia Rita Labrosse, doktorantka, absolwentka Uniwersytetu w Montrealu, zbierająca materiały o pisarce Sidonie-Gabrielle Colette do dysertacji, którą zamierzała obronić na Sorboni
– Dzisiaj przybędzie do nas Witold Gombrowicz, polski pisarz – zwrócił się do studentów i doktorantów Henryk Goüin. – Zapewne słyszeliście o nim.
Na ich twarzach zarysowało się zakłopotanie. Nikt się nie odzywał.
– Obecnie jest jednym z najciekawszych współczesnych pisarzy, co mogą potwierdzić starsi od was goście – pan Henryk wskazał dyskretnie wzrokiem na stolik w kącie sali, przy którym siedzieli francuscy lewicowi intelektualiści, nobliwie wyglądający sinolog podobny do Anatola France’a i tłumacz.
– Przyjaciel wspominał mi o nim. To jakiś szacowny staruszek, który będzie nas śmiertelnie zanudzał – Rita Labrosse szepnęła do swojej koleżanki.
– Może nie będzie aż tak źle. Uchodźcy zza żelaznej kurtyny, choć są prawicowi, zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia – odrzekła.
Po południu Isabela Goüin przedstawiła zebranym Gombrowicza. Miał na sobie kremowy lniany garnitur, był opalony, dość przystojny i wyglądał zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażała panna Labrosse.
Rozpoczęła się dyskusja. Ktoś zadał mu pytanie o ulubionych ludzi pióra.
– Jean-Paul Sartre – odpowiedział bez wahania. – To fascynujący pisarz-filozof i filozof-pisarz. Jego twórczość, choć pełna sprzeczności, doskonale łączy sceptycyzm Kartezjusza z nieustannym tworzeniem siebie i przekraczaniem własnych ograniczeń w wolności. Mimo, że Kartezjusz wyznawał ideę doskonałości Boga, zaś filozofia Sartre’a opiera się na założeniach ateizmu. Ale nie wielbię go bałwochwalczo, jestem sceptyczny wobec jego psychoanalizy i marksizmu.
Po jego wywodzie rozpoczęła się ożywiona dyskusja. Lewicowi intelektualiści, którzy byli bezkrytyczni wobec kolebki komunizmu, czyli Związku Radzieckiego i jego przywódców, dziwili się sympatii Gombrowicza dla komunizującego Sartre’a. Byli przekonani, że jest skrajnym prawicowcem niechętnym wobec panującego w swoim kraju i w Europie wschodniej ustroju.
Rita usłyszała o polskim pisarzu po raz pierwszy na początku 1964 roku, przed przyjazdem do Royaumont, od pisarza Rocha Carrriera, jej kanadyjskiego przyjaciela. Mówił jej o Gombrowiczu z zachwytem. Przeczytał powieść Pornografia i namawiał ją na wspólne obejrzenie sztuki Ślub granej w reżyserii Jorge Lavalliego. Choć Rita mieszkała tuż przy teatrze przy ulicy Recamier, nie poszła na spektakl. I książki też nie przeczytała.
Teraz żałowała swego lenistwa. Chciała przeczytać wszystko, co napisał, żeby wyrobić sobie o nim jakieś pojęcie, lecz w bibliotece nie było jego książek, znalazła tylko gazetę z jego wywiadem. Dowiedziała się od bibliotekarza, Bernarda Guiery, że jest to interesujący, późno odkryty awangardowy pisarz-intelektualista. (Dopiero w Vence Rita przeczytała jego książki: Ferdydurke, Transatlantyk, zbiór opowiadań Bakakaj, Pornografię, dwa tomy Dzienników i Kosmos. Była pod ich wrażeniem, choć Kosmosu do końca nie rozumiała). Przez dwa tygodnie widywała go, jak innych gości, podczas oficjalnych spotkań, dyskusji i posiłków. Jednak pewnego dnia przy śniadaniu coś się zmieniło.
Przy stole siedzieli Witold, Rita i cztery inne osoby.
– Czy chciałaby pani pojechać ze mną na wycieczkę do Hiszpanii albo do Włoch? – pisarz zapytał pannę Labrosse, nie zważając na obecność pozostałych osób. – Barcelona bardzo mnie pociąga, a Rzym dla kulturalnego człowieka to niemal obowiązek.
Młoda doktorantka lekko się spłoniła, poczuła się wyróżniona i jednocześnie zawstydzona.
– To interesująca propozycja – odrzekła ogólnikowo. – Uwielbiam ciepłe miejsca, bo w Kanadzie, skąd pochodzę, wiadomo jaki jest klimat.
Pozostała czwórka, zajęta jedzeniem, starała się nie okazywać zaciekawienia ich konwersacją.
– Niestety w Hiszpanii może być trochę za gorąco – pisarz miał wątpliwości.
– Italia też jest gorąca, ale jest tam większa wilgotność. I z każdego miejsca jest blisko do morza.
– Jednak zdarzają się tam trzęsienia ziemi – rzekł zaniepokojony.
– Bardzo rzadko.
– Powietrze w dużych miastach jest zanieczyszczone spalinami – Gombrowicz zrzędził.
Ktoś z jedzących śniadanie uśmiechnął się pod nosem.
– To może lepiej nie ruszać się z miejsca – Rita rzekła z przekąsem.
Pisarz zamilkł. „Chyba się obraził?” – zmartwiła się.
Po skończonym posiłku oboje przypadkowo wstali razem od stołu. Gombrowicz zasugerował, aby przeszli do salonu. Usłuchała go.
„Czy to wyróżnienie mam potraktować, jako flirt? Nie wiem. Podjąć grę? – wahała się. – Dość stary, ale nie starzec, rześki, interesujący. No i ta jego nieprzeciętna inteligencja… Swoją drogą dziwny człowiek. Chce podróżować, a wszystko mu przeszkadza, jakby się czegoś obawiał. Może ma jakieś fobie?” – zastanawiała się.
– Podróżuje pani z dużą ilością bagaży?
– Biorę tylko rzeczy niezbędne – zdumiała się pytaniem.
– Świetnie – ucieszył się. – Minimalizm ułatwia poruszanie się.
– Jeszcze nie podjęłam decyzji…
– Jest pani punktualna, zorganizowana? – nie zważał na jej wątpliwości.
– Ale ja…
– I czy porządna? – wszedł jej w słowo, dociskając mało delikatnie.
Rita nie wiedziała, jak się zachować. Jego pytania świadczyły, jakby już zadecydował za nią.
– Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem. Po co te pytania?
– Jestem zwolennikiem konkretu. Konkret ruguje sentyment – stwierdził mentorskim tonem.
– Czyli ma to być podróż nie sentymentalna. To dobrze. Tylko czy jest pan pewien, że pojadę?
– W duchu już pani podjęła decyzję. Bodaj najtrudniejszą rzeczą jest przełożenie jej na słowa.
– Raczej nie mam z tym kłopotu – odrzekła arogancko.
– Czyżby? To jeden z najbardziej skomplikowanych procesów w ewolucji homo sapiens. Z chaosu w głowie rodzi się nieokreślone kłębowisko, z którego wyłania się mgiełka idei, pomysłu. Z mgiełki skrapla się myśl, ale jeszcze bezkształtna, przybierając po pewnym czasie formę konkretu. Widzimy ją, a raczej czujemy, lecz jeszcze nie potrafimy jej nazwać. Cała sztuka polega na tym, żeby przecisnąć ową myśl przez transformator, który nada jej formę mowy, wypowiedzianego słowa. Forma jest arcyważna, jest potężną siłą kształtującą ludzkie życie. Forma, proszę pani, stwarza stereotypowe role społeczne, zamiast autentycznej indywidualności, stwarza maski, ja to nazywam gęby. Ludzie są zmuszeni do poddawania się formie; jedni z nią walczą, inni uciekają, jednak ucieczka prowadzi do przyjęcia innej, sztucznej formy. I teraz tę mowę w formie odpowiednich słów niektórzy zapisują na papierze. Ale to już inny proces…
Rita była zachwycona jego wywodem.
– Czyli pisarstwo, literatura… – powiedziała niepewnie.
– Nadała pani ogólną formę temu procesowi – pochwalił ją, co mu się zdarzało rzadko. – Więc rozumiem, że jedziemy na południe Francji – uśmiechnął się.
– Widzę, że z kolei pan nadał moim myślom własną formę.
Gombrowicz spojrzał na nią przenikliwie, przekonując się, że ma do czynienia z inteligentną dziewczyną.
– Każdy wyjazd traktuję, jako rodzaj organizacji życia codziennego. I realizacji określonych potrzeb. Wspólny wyjazd to jedno przedsięwzięcie organizacyjne, więc pod względem społecznym będzie to duże ułatwienie. Jednak podczas podróży każde z nas zrealizuje indywidualne potrzeby, a może nawet cząstkę marzeń.
– Brzmi to trochę zbyt naukowo – czuła się przytłoczona jego argumentacją. – Ja po prostu chciałabym mieszkać nadal we Francji, a najchętniej w mieście uniwersyteckim.
– Ja wolę małe spokojne miasto. Po co w mieście uniwersyteckim?
– Żebym mogła dokończyć pracę doktorską o Colette.
– Niech pani zmieni temat – rzucił rozkazująco.
– Jak to? – zdziwiła się.
– Niech pani zrobi doktorat o mnie, a napiszę go pani, gdziekolwiek będziemy, w dwa tygodnie – mówił z pasją.
„Wariat! Oryginał. Fantastyczny gość. Uwielbiam takich – Rita gapiła się na niego niemal zauroczona. – On naprawdę ze mną flirtuje. Mam wielką ochotę rzucić się z nim w przygodę. Różnica wieku? Nie ma znaczenia. Najważniejsza jest osobowość, indywidualność” – była bliska podjęcia decyzji.
W ośrodku w Royaumont Gombrowicz znany był nie tyle ze swej twórczości, co z agresywności. Często krytykował francuskich intelektualistów, prowokował współrozmówców, wykazując przy tym świetną znajomość omawianej materii. Rita słuchała jego nosowo wypowiadanych wywodów z zainteresowaniem. „Podobają mi się jego bezlitosne ataki i błyskotliwość z jaką to robi. Czasem mówi, jak profesor filozofii, a czasem znów jak obrażone dziecko. Urzeka czarem prowokacji. Jego logiczne wywody i uszczypliwości wobec adwersarzy to retoryczna mieszanka głębokiej wiedzy i szkolnej psychologii. Swoim intelektem utwierdza mnie w przekonaniu, że jest nieprzeciętny” – myślała zachwycona.
Któregoś popołudnia Gombrowicz spacerował po parku. Zmęczony usiadł na ławce przy stawie. Rita również była na spacerze w innej części parku, wracając zauważyła go i się przysiadła.
– Jak dobrze, że znowu panią widzę – przywitał ją z radością.
– Siedzi pan sam, więc pomyślałam sobie…
– I dobrze pani pomyślała – wszedł jej w słowo. – We dwoje zawsze raźniej.
– Proszę wybaczyć, ale często jest pan smutny.
– To mało powiedziane. Teraz rozmyślałem o Berlinie, który był dla mnie, jak śmierć. Cierpienie, choroby, dwumiesięczny pobyt w szpitalu, fatalny klimat. Zacząłem się już przyzwyczajać do myśli o samobójstwie – zaśmiał się sarkastycznie.
– Niemożliwe! – powiedziała tonem, jakby chciała mu pomóc. – Pana literacka gwiazda zaczyna jaśnieć.
– We mnie i wokoło mnie… same paradoksy – nie zważał na jej pochlebstwo. – Chciałem wyrwać się z Ameryki Łacińskiej. Kiedy mi się to udało, to w Berlinie dopadły mnie najgorsze myśli. Inaczej mówiąc po wieloletnim poście w Argentynie dorwałem się do wysokiej europejskiej cywilizacji, do wspaniałych pejzażów, do wykwintnych przysmaków… Ale musiałem wstąpić do klasztoru.
– Właśnie w nim jesteśmy. Choć nikt tu nie wiedzie mnisiego życia.
– Z jednym wyjątkiem – pomyślał o sobie.
– Nie bardzo pojmuję.
– W tej cywilizacji wszystko jest dla mnie dostępne, ale jest Siła, która nie zezwala, bym zanadto łapczywie zabrał się do spożywania sukcesu. Myśli wciąż jędrne – dotknął palcem skroni – lecz ciało więdnie… Do tego dochodzi jeszcze dojmująca samotność. Nie tyle twórcy, co człowieka.
– Proszę tak nie mówić. Jest pan energetyczny, a w dyskusjach z oponentami pełen młodzieńczej fantazji – rzekła nieco przesadnie.
– Gorzej z wchodzeniem po schodach – oczy mu się zaśmiały. Wspomniałem o hamującej mnie Sile. Ona już dawno mi powiedziała, że prawdziwa sztuka nie może przynosić osobistych korzyści, że jest imprezą tragiczną.
– Nie może pan korzystać z przysmaków, ze wspaniałych pejzaży, a planuje pan udać się w dość daleką podróż.
– To moje paradoksy. Oczywiście przysmaki i pejzaże mają wymiar metaforyczny, choć na dalekim końcu dosłowny.
„Wciąż nie mogę się mu nadziwić. Mówi o smutnych sprawach w sposób niezwykle żywy, o ważnych bez patosu, o słabościach organizmu i samotności zupełnie neutralnie. Miał samobójcze myśli, a jest ciekawy świata i zabawny. Tak, to są jego paradoksy, jest więc logiczny. Najważniejsze, że jest młody duchem” – Rita rozmyślała.
– Wyruszamy więc na południe – rzekł oznajmująco z subtelnym pytajnikiem.
– Do Nicei? Może do Marsylii? – zgadywała.
„Zgodziła się na wspólną podróż! Sukces” – Witold ucieszył się w sercu.
– Do rezydencji Messuguière, blisko Cabris, pół godziny drogi do morza. Od lat trzydziestych jest schronieniem dla artystów, zwłaszcza literatów. Mówią o niej „wioska pisarzy”. Mieszkali w niej André Gide, Albert Camus, czy Roger du Gard.
– Zamierza pan tam pozostać?
– Moja miła pani Rito – ucałował jej dłoń. – Rezydencję potraktuję jako bazę, z której będę robić wypady, bo muszę znaleźć mieszkanie. Pomoże mi pani?
– Jeśli pan bardzo chce… – rzekła kokieteryjnie.
– Ale najpierw skorzystam z zaproszenia malarki, Eli Orel, mojej przyjaciółki z Argentyny, mieszkającej na obrzeżach Paryża w Neuilly-sur-Seine.
Po zakończonym pobycie w Royaumont Gombrowicz zamieszkał na początku września 1964 roku u wspomnianej Elżbiety Orel, która od dwóch lat przebywała we Francji. Osiemnastego września odleciał samolotem do Nicei. Po krótkim pobycie w Cabri wprowadził się do centrum kultury w La Messuguière. Pod koniec września przyjechała do niego Rita. Witold przebywał w „wiosce pisarzy” prawie półtora miesiąca. W tym czasie Rita jeździła po Prowansji, szukając umeblowanego mieszkania. W miasteczku Vence znalazła czteropokojowe mieszkanie na drugim piętrze domu przy placu Grand-Jardin. Była to biała (obecnie kremowa) trzypiętrowa willa z wieżą w stylu włoskim o nazwie Alexandrine. Właścicielką była wdowa, emerytowana nauczycielka, zajmująca pierwsze piętro. Witold przyjechał do Vence, by zobaczyć locum. Po jego obejrzeniu oboje wyszli na zewnątrz i usiedli na ławce pod starymi platanami. Była ciepła jesień, ludzie siedzieli w kawiarnianych ogródkach, z oddali dobiegał szum fontann.
– Podoba się? – zapytała niepewnie.
– Bierzemy! Los tak chce.
– Dom w środku miasta, duże okna jadalni wychodzące na plac, a mimo to jest spokojnie.
– Ja wybieram pokój od północy, ciemniejszy i chłodniejszy – zadecydował.
– Nie chce pan słonecznego od południa?
– W chłodnym pokoju mogę się lepiej skoncentrować i dzięki temu dobrze pracować. Półmrok nadaje pomieszczeniu majestatyczny, męski charakter.
– Zostawiamy wystrój? – Rita zastanawiała się.
– Pożółkłe firanki i lampy zwisające na długich kablach z sufitu są dystyngowane i nawet mi się podobają, ale kilka mebli musimy wymienić, żeby wnętrze nie wyglądało drobnomieszczańsko.
– Dołożymy jakieś artystyczne akcenty?
– Broń Boże – Witold zaprotestował. – Nie chcę popaść w artystyczny styl. Ma być zwyczajnie, „tak sobie”. Artystą trzeba być tu – wskazał dłonią na pierś – nie na zewnątrz.
W niedzielę 25 października 1964 roku para zamieszkała w wynajętym mieszkaniu. Po godzinnej jeździe z Messuguière, rozpakowaniu się i uporządkowaniu rzeczy Gombrowicz nie był zmęczony. Czuł się niemal szczęśliwy. „[…] Dopiero w Vence 25 X naprawdę odetchnąłem” – zanotował w Kronosie. U swego boku miał oddaną dziewczynę, mieszkanie mu odpowiadało, a miasteczko coraz bardziej mu się podobało. Patryk, pracownik administracyjny ośrodka kultury, który przywiózł pisarza i pomógł wnieść torby, wrócił do Messuguière. Oboje zostali sami. Zadowoleni usiedli na kanapie. W pewnym momencie Witold zaczął podszczypywać Ritę, która, stawiając opór, przeszła do kontrataku. Gombrowiczowi odpowiadało to, gdyż nie znosił uległości w żadnym wymiarze. Pośród chichotów i przekomarzań, czubili się jak dzieci, co zakończyło się na pocałunkach.
Nazajutrz cały dzień pracowali, by się urządzić w nowym miejscu. Po raz pierwszy od czasów przedwojennych Gombrowicz czuł, że odzyskał prawdziwy dom. W porze obiadu wyszli coś zjeść na miasto. Następnie w ramach „marszu dla higieny”, poszli bulwarem Maurela w pobliże Kaplicy Kalwarii, skąd podziwiali okoliczne widoki. W drodze powrotnej wstąpili na kawę do kawiarni Select.
Kiedy późnym wieczorem Gombrowicz kładł się spać, Rita przyszła do niego w negliżu. Być może kochali się już wcześniej, w Messuguière, jednak pewności co do tego nie ma. Październikowy poniedziałek jest pod tym względem pewny, ponieważ pisarz zanotował w Kronosie: „Zaczynam podszczypywać Ritę. 26-go włazi mi do łóżka. Erotyzm”. Od tego momentu przez szereg tygodni czynili to często, jak zakochani kochankowie.
Któregoś dnia po miłosnym spełnieniu oboje leżeli obok siebie na plecach.
– Czuję się, jak nowonarodzony – rzekł usatysfakcjonowany.
– Współżycie odrodziło cię – Rita stwierdziła zgodnie z prawdą.
– Proszę, nie używaj słowa „współżycie” – Witold zirytował się. – Dla mnie właściwsze jest wspólnictwo.
– Nie rozumiem – zdziwiła się.
– Wspólnictwo ma głębszy sens, nie trąci biologią. Tu chyba idzie o coś więcej, niż o erotykę.
– Jak zwykle masz rację – odrzekła kąśliwie.
– Nie chodzi o to, żebyś się zgadzała dla świętego spokoju, ale żebyś była przekonana.
Rita chwilę zastanawiała się.
– Wycofuję to „jak zwykle”. Powiedziałam o współżyciu, jak się mówi potocznie. Nikt nie mówi o wspólnictwie, no, może jakaś para filozofów, na przykład Sartre i Simone de Beauvoir – uśmiechnęła się.
– O, właśnie – ucieszył się jej odpowiedzią.
– Postaram się zostać filozofką, by godnie uczestniczyć w naszym wspólnictwie – objęła go i pocałowała w skroń.
Po pewnym czasie od chwili wspólnego zamieszkania Gombrowicz postanowił ozdobić ściany mieszkania obrazami, co było o tyle zaskakujące, że uchodził za zapiekłego przeciwnika malarstwa, uważając je za snobizm i przereklamowany jarmark.
– Co się stało? – Rita zapytała go po pewnym czasie.
– Tylko krowa nie zmienia poglądów. Niemal wszyscy nasi przyjaciele to malarze: Jean Dubuffet, Józio Jarema, Marysia Sperling, Kazio Głaz, Tereska Stankiewicz. Nie wspomnę o rzeźbiarzach. Życie nauczyło mnie żyć wśród wrogów i polubiłem to. Żeby zniszczyć wroga, trzeba go zabić, albo się z nim zaprzyjaźnić. Wybrałem drugie rozwiązanie.
– Konieczność zmusiła cię do zmiany nastawienia? – poleciała banałem.
– Uczę się kochać malarstwo – odrzekł wymijająco.
Pewnego dnia oboje szukali odpowiednich miejsc na ścianach dla kilku podarowanych obrazów.
– Wszystko to forma – rzekł Witold, trzymając obraz Jaremy.
Rita postawiła krzesło na stole, po czym sprawnie na nie weszła. Przybiła młotkiem gwóźdź do ściany, odebrała obraz i go zawiesiła.
– Robię to w imię formy – zażartowała.
– Nie ma rady – poklepał się po brzuchu. – Tylko schodząc uważaj, żebyś nie została pierwszą ofiarą mojego imperatywu formy – zaśmiał się.
Którejś zimy Rita miała katar. Przyniosła Witoldowi herbatę, po czym, stojąc przy nim, wytarła chusteczką nos.
– Tylko mnie nie zaraź – odezwał się mało przyjemnym tonem.
– Zamiast podziękowania, słyszę takie słowa – poczuła się urażona.
– Wiesz dobrze, że katar spada mi na oskrzela. Nie muszę ci tłumaczyć, co to znaczy przy astmie – mówił poirytowany.
– Dbam o ciebie, jak mogę, a ciągle spotykam się z niewdzięcznością.
– Nieprawda – zaprotestował stanowczo. – Jestem ci wdzięczny za to, co robisz.
– Mówisz to teraz. Na co dzień tego nie okazujesz – była bliska płaczu.
– Nie histeryzuj.
– Ja? – zdumiała się. – To raczej ty histeryzujesz. Mam lekki katar, a ty się już boisz o swoje oskrzela.
– Nie jestem hipochondrykiem, tylko przy moich chorobach muszę uważać.
„No, niestety jesteś – Rita pomyślała. – Ale nie powiem ci tego, bo nie chcę eskalować napięcia”.
– Najgorsza jest astma. I słabe serce – rzekł cicho.
– Więc rzuć papierosy.
– Chcesz mnie pozbawić jedynej przyjemności, która pozostała mi na stare lata?
– Lekarz mówił, że nikotyna szkodzi ci na płuca i serce. Przy astmie to powolna droga w jednym kierunku.
– Kroczę nią z przyjemnością.
– Proszę cię, Witold…
– Dobrze, rzucę, jeśli zrobisz to ze mną.
– To szantaż. Nic mi nie dolega. Jestem młoda.
– Powiedz wprost, że jestem stary i schorowany. Śmiało! – zirytował się.
– Żyję, jak mniszka. Co mam z tego życia? – rzuciła rozgoryczona. – Papierosy, kawa, pływanie w morzu, czasem zakupy. Męczy mnie ta monotonia.
„Sama tego chciałaś, Rito Dandin – Gombrowicz pomyślał cynicznie o jej decyzji w sprawie związania się z nim. – Stop, nie wolno mi tak myśleć! – zganił się. – A ja co mam z tego życia? Młodą partnerkę i… nic. Na początku jeszcze coś było, teraz ero zero” – zamyślił się.
– Jeśli chcę coś sobie kupić, za każdym razem muszę prosić cię o pieniądze. To męczące. Tak nie powinno być.
„Dobrze, że nie powiedziała «To upokarzające». Tego bym nie zniósł” – Witold zasmucił się. Długo się nad czymś zastanawiał.
– D’accord, będziesz otrzymywała 400 franków miesięcznie na własne wydatki.
Rita milczała.
– Zgoda? – dopytywał.
– Czy my o najmniejszą rzecz musimy się szarpać i wzajemnie obrażać? – odezwała się po pauzie.
– Przecież cię nie obrażam.
– To proszę, żebyś ciągle nie mówił, że histeryzuję. Ty wszystkie kobiety uważasz za histeryczki – podniosła głos.
– Zgoda! – wyciągnął do niej rękę.
Wspólnie spędzone lata starszego pisarza i młodej doktorantki nie były łatwe, ale nie można powiedzieć, że były męczące. Rita była nim zafascynowana, on potrzebował jej na tym etapie życia. Nie mieli przed sobą żadnych tajemnic, dla niego codzienne życie z kobietą było nowym doświadczeniem. Szczerze powiedział jej o swoim homoseksualizmie, którego nie uważał za dominantę życia ani twórczości; siebie traktował jako pisarza uniwersalnego. W życiu codziennym był według Rity „wesoły, zgodny, zrównoważony […] i naturalnie, autentycznie delikatny”. Był także otwarty i starał się, żeby między nimi wszystko układało się jak najlepiej. Oczywiście zdarzały się scysje. Co do miłości… Gombrowicz traktował ją egoistycznie, bał się jej, lecz potrzebował, aby go kochano. Była tylko jedna poważna zadra przeszkadzająca im w codziennym funkcjonowaniu: astma. Miał też inne dolegliwości, jak słabe serce i częste bóle żołądka.
Na początku związku Rita wierzyła, że pisarz szybko wyzdrowieje. Sądziła, że jej wiara i miłość góry przeniosą. „Ale niczego nie przeniosłam, bo on już kroczył ku śmierci. Mogłam tylko trzymać go za rękę przez tę resztę drogi, jaka mu została” – zapisała we wspomnieniu Gombrowicz w Europie 1963-1969.
W maju 1968 roku Rita obroniła doktorat o pisarce Sidonie-Gabrielle Colette. W listopadzie tego roku Gombrowicz przeszedł zawał serca, a 28 grudnia, za namową Marii Paczowskiej, pobrali się. Pod koniec marca następnego roku małżonkowie przeprowadzili się do rezydencji Val-Clair w Vence.
Rano, 24 lipca 1969 roku, do mieszkania weszli dwaj dostawcy z wielkim kartonowym pudłem, w którym znajdował się rozłożony na części stacjonarny rower do ćwiczeń. Robotnicy składali go w miejscu wskazanym przez Ritę. Gombrowicz, siedząc w fotelu, przyglądał się sceptycznie ich pracy.
– Teraz będziesz chodził na spacery nie wychodząc z domu – Rita była zadowolona z zakupu.
– Mówiłem ci, że to niepotrzebna inwestycja – Witold rzekł słabym głosem.
– Lekarz ci zalecił. Przecież zgodziłeś się – powiedziała lekko poirytowana.
– Ja? – zdziwił się. – Pożyję najwyżej jeszcze dziesięć dni.
Tego dnia, krótko przed północą, pisarz zmarł.
Franciszek Czekierda






