Strona główna Rok 2025 Nr 598 Janusz Paluch – recenzja spektaklu „Pan Tadeusz”

Janusz Paluch – recenzja spektaklu „Pan Tadeusz”

0
736

Pan Tadeusz?

Do tego, że teatralni twórcy szokują, że wielkie dzieła uwspółcześniają i „wywracają na lewą stronę”, przyzwyczaiłem się. Wiedziałem też, z przecieków pojawiających się w mediach, że przygotowywany w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza będzie inny, zaskakujący, odczytany „od nowa”. Atutem tego świeżego spojrzenia miał być fakt, że twórca spektaklu – Wojtek Klemm – edukację odebrał poza Polską, podobnie jak odtwórca tytułowej roli Vitalik Havryla, i nie zostali „skażeni” narzucaną od dziesięcioleci przez polską szkołę interpretację dzieła Mickiewicza. I może to „nowe spojrzenie” z trudem potrafiłbym zaakceptować, bo przecież każdemu wolno mieć swoje zdanie i spojrzenie na tekst literacki – a w tym przypadku dodatkowo przenoszony na scenę. Jednak, by interpretacja „Pana Tadeusza” według Klemma mogła zaistnieć na scenie Teatru w Krakowie, trzeba było nie tylko opracować tekst – co jest w teatrze naturalne, ale i dopisać sceny, co – przynajmniej dla mnie – jest mało akceptowalne… Dopisała je Sandra Szwarc. Onegdaj do „Pana Tadeusza” dopisano XIII Księgę…

W realizacji Klemma na scenie nie ma dworu otoczonego parkiem, nie ma rabat z kolorowymi kwiatami pielęgnowanymi przez Zosię (Karolina Kamińska), nie dostrzeżesz zamku, którego strzeże straszny Klucznik Gerwazy (Tadeusz Augustynowicz), nawet zalążka puszczy, gdzie odbywa się polowanie, podczas którego pojawia się straszny niedźwiedź. Ten na scenie baraszkuje w rytm dziecięcej piosenki z Zosią… A przecież w niebezpieczeństwie byli Pan Tadeusz i Hrabia, których ze śmiertelnej opresji wyzwolił celny strzał Księdza Robaka! Naprawdę dziwne to nowe odczytanie tej sceny, na kartach książki mrożącej przecież krew w żyłach… Nie słyszymy też gry na rogu Tadeusza Wojskiego (Tomasz Wysocki), który ukazany jest w książce jako dostojny szlachcic, w spektaklu pokazany w brudnej, przepoconej bieliźnie… Na scenie stoi zwykły drewniany wychodek, znany też pod nazwą „sławojka”, z serduszkiem wyciętym w drzwiach, wokół którego i w którym toczy się akcja „Pana Tadeusza”. Dość ponura scenografia jest dziełem Magdaleny Gut. Tłem jest ekran z szerokich pasów folii, na której pojawiają się obrazy latających nad Soplicowem dronów, nacierających czołgów, a na koniec obrazy z naszej polskiej historii po współczesność… Podobno przed śmiercią w ciągu kilku minut wyświetla się umierającemu całe życie… I gdy wszystko się kończy, słyszymy po rosyjsku wypowiedziane słowa „Litwo ojczyzno moja…” mówi je bez zająknienia – choć i bez entuzjazmu –rosyjski Kapitana Rykow (Tomasz Międzik)… Gdy młody Pan Tadeusz wrócił ze studiów do Soplicowa, też usiłował wypowiedzieć pierwsze zdanie mickiewiczowskiej inwokacji… Owo niedokończone „Litwo o… o…”, jest niesłychanie wymowne… Lecz całkiem zrozumiałe, gdy spojrzymy na jego postać kreowaną przez wciąż jeszcze młodego artystę, Havrylę, miotającego się nie wiadomo w jakim celu po scenie, będącego zaprzeczeniem dystyngowanego przecież chłopca opisanego przez Mickiewicza. Tak jak postać zalotnej Telimeny (Marta Konarska), która – być może – uwodzi młodego Tadeusza, na scenie ukazana jest prawie jak nimfomanka, której – delikatnie rzecz ujmując – tylko „amory” w głowie. A ona przecież tylko intensywnie szuka męża. No i Zosia, dziewczynka może 14-letnia, która stanie na ślubnym kobiercu z siłą doprowadzonym Tadeuszem, bo tak trzeba… Powiada, że Tadeusz będzie czynił co będzie chciał, bo to jego decyzje w związku są najważniejsze, godząc się „patriarchalny układ”?! Tak pojmuje, bez przejawu buntu, już swoją rolę jako kobiety, żony i przyszłej matki. Nie może nas przecież współcześnie bulwersować wiek Zosi, skoro rzecz dzieje się w tamtych czasach – początek XIX wieku, kiedy dziewczyny wychodzące za mąż miewały ponoć dość powszechnie tyle lat! Trywializacja i banalizacja postaci i wydarzeń opisanych przez Adama Mickiewicza, spłaszcza spektakl. Groteskowe potraktowanie śmierci Księdza Robaka (momentami parodiującego Lindę) wcale śmieszne nie było. Natomiast zabawnej – samej w sobie – scenie, z Panem Tadeuszem i Telimeną atakowaną przez mrówki, nadano wyrazisty erotyczny obraz, co na ponurej scenie (nic tu nie przypomina przecież leśnej głuszy!) mało śmieszy. Żyd Jankiel – legendarna postać – zamiast grać na cymbałach kręci niebieską watę cukrową, a w międzyczasie jest tłumaczem między Polakami… Pojawia się bowiem, dopływając do Soplicowa łodzią, twórca polskich legionów Generał Henryk Dąbrowski (Tomasz Międzik), który – wychowany w Dreźnie – ponoć nie mówił dobrze po polsku… Polakom pomaga porozumieć się władający językiem niemieckim Jankiel… Nie wiem, czy to tylko zbieg okoliczności, iż Tomaszowi Międzikowi powierzono role wojskowych – polskiego Generała i rosyjskiego Kapitana Rykowa? Tak się dzieje na każdym kroku. Byłbym niesprawiedliwy, pomijając wzruszającą scenę, w której pojawia się postać latarnika Skawińskiego opisanego w noweli przez Henryka Sienkiewicza, do którego dotarło dzieło Mickiewicza, które od pierwszych słów „Litwo, ojczyzno moja” zawładnęło nim.

Siadając w teatralnym fotelu mamy świadomość, że „Pan Tadeusz” to narodowa epopeja i raczej nie uda się twórcom spektaklu zdeprecjonować i pozbawić dzieła tego miana. Nie podejrzewam przecież, by taki cel twórcy spektaklu sobie postawili. Nie rozumiem dlaczego późna znajomość „Pana Tadeusza” przez twórców spektaklu ma być wartością dodatnią? Po co więc silić się na oryginalność? No właśnie czy na oryginalność? Młodzież nie bardzo kocha czytać i omawiać na lekcjach „Pana Tadeusza”. To trudna lektura. Spektakl Wojtka Klemma na pewno nie zachęci też młodzieży do uważnej lektury, a namiesza – i tak już – zakręconej młodzieży w głowach. Wątpię też, by ciało pedagogiczne porwało młodzież do teatru na ten spektakl. Obym się mylił, wszak trzeba młodym ludziom zaszczepiać miłość do teatru! Na czym przecież powinno zależeć wszystkim, przede wszystkim twórcom teatralnym i zarządzającym tymi instytucjami. Wszak jeśli Podkomorzy mówi: „Poloneza czas zacząć…”, to niech brzmi ta muzyka, która zaprowadzi nas do domu… Tymczasem pustka… Pozostawiają nas twórcy spektaklu bez przesłania. A wprowadzone elementy, mające zwrócić uwagę na ciężki los chłopa, czy patriarchalność ówczesnego systemu społecznego i niełatwy los kobiet, nie wszystkich wzruszą. Poza tym, tamtym ludziom w niczym takie manifesty solidarnościowe nie pomogą. A mnie żal jest „Pana Tadeusza”, tej pięknej opowieści barwnej, przecież pełnej dramatyzmu, tragedii i polskości, która zapewne widzom mogłaby zapaść na długie lata głęboko w sercach. Ten spektakl chyba szybko przeminie i niekoniecznie stanie się kamieniem milowym w twórczości Wojtka Klemma i repertuarze teatru, który w ostatnich latach przyzwyczaił nas do niezwykłych przedstawień.

Janusz M. Paluch

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Adam Mickiewicz „Pan Tadeusz”, reżyseria Wojtek Klemm, opracowanie tekstu, dopisane sceny – Sandra Szwarc, optracowanie tekstu i dramaturgia – Tomasz Cymerman, scenografia Magdalena Gut, Kostiumy – Mirek Kaczmarek, reżyseria świateł – Michał Grabowski, multimedia – Natan Berkowicz, muzyka – Ola Rzepka, choreografia – Anna Maria Krysiak. Obsada: Agnieszka Judycka, Karolina Kamińska, Marta Konarska, Natalia Strzelecka, Tomasz Augustynowicz, Mateusz Bieryt, Vitalik Havryla, Marcin Kalisz, Tomasz Międzik, Marcin Sianko, Wojciech Skibiński, Tomasz Wysocki. Premiera 10 października 2025 r.

Poprzedni artykułStanisław Srokowski – Młodzi poeci Grecji
Następny artykułLudmiła Janusewicz – O twórczości literackiej i filmowej Remy Horn Jakubowskiego