Strona główna Rok 2025 Nr 598 Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
112

28 października 2025

Niech to się dobrze skończy…

Dawno, bardzo dawno, w zasadzie nie pamiętam kiedy, czytając czyjąś prozę, krzyczałem w duchu: niech to się dobrze skończy, niech to się dobrze skończy… A tak rzeczywiście miałem gdzieś od połowy książki Vardiashviliego.

Zastanawiałem się też na ile jest to proza, wymysł autora, na ile pozbierane okruchy swoich, cudzych, może przeczytanych, może zasłyszanych, wspomnień.

Bo… Autor „Na skraju wielkiego lasu” opuszcza Gruzję, ucieka przed tocząca się wojną domową i wyjeżdża do Anglii, mając 12 lat. Bohater powieści jest młodszy, ma lat osiem. Ale podąża w tym samym kierunku.

O czym ta powieść? Wielu emigrantów tęskni za ojczyzną. Czy tak może być w przypadku małego dziecka? Wątpię. Nie ma jednak wątpliwości, że taki dzieciak musi tęsknić za matką, która została tysiące kilometrów od niego. Pewnie zresztą taka tęsknota musi być zwielokrotniona przez obecność niewiele starszego brata. Który tęskni równie mocno.

No więc chłopcy wyjechali z ojcem, a Eka została. Dlaczego? Bo nie byli bogaczami, bo starczyło pieniędzy tylko na trójkę (a trzeba było dać w łapę wielu osobom). Dlaczego wyjechali z ojcem? Bo to on miał szansę szybciej i więcej zarobić i ściągnąć matkę. Taki był plan.

Gdzie Eka?” pytanie, które ojciec słyszał każdego dnia. I pracował jak wół. Zarobił, dał pieniądze „dobremu człowiekowi”, który miał je oddać w Gruzji. Nie oddał, przepadł.

Mijały lata, chłopcy byli dorośli i wiedzieli, że już nie zobaczą matki. Zmarła. A ojciec, Irakli? Miał potworne wyrzuty sumienia. Chciał wrócić do Gruzji. Poleciał.

Przysłał wiadomość „Zostawiłem tropy nie do usunięcia. Nie idźcie nimi.”. Ktoś go ścigał. Nie rozumieli…

Nie posłuchali. Poleciał za nim Sandro, starszy brat. Też przysłał jakieś wieści, a potem i on przepadł. No to nasz bohater wsiadł w samolot. W samolot do Kijowa (tam przesiadka w samolot do Tbilisi). I w tym Kijowie zaczepił go człowiek. Znał jego nazwisko i poradził aby zawracał do Anglii. Nie posłuchał.

W stolicy Gruzji już na lotnisku zabrali mu paszport, kazali przyjść na komendę. Ale miał Saba też szczęście, spotkał Nodara, taksówkarza. Osetyjczyka, który uciekł wraz z żoną przed wojną z rodzinnej ziemi. To on stanie się jego przewodnikiem, przyjacielem, kimś niezwykle bliskim.

Tę książkę czyta się szybko, wciąga jak wodny wir. Gruzja jest pełna niespodzianek. Kraj pogrążony w korupcji, a jednocześnie pełen dobrych, życzliwych ludzi, tajemnic. I chodzących po ulicach, wypuszczonych z ZOO zwierząt, także drapieżnych. To był jedyny sposób aby nie zalała ich wielka powódź.

Starszy brat pozostawia ślady. Szekspir, jakieś postaci filmowe, język, którym się posługiwali od dziecka. Jest też jakieś echo, rozmowa z nieżyjącymi, bliskimi. To oni podpowiadają, kierują, czasami każą przystanąć, zastanowić się, uspokoić. I jest w tym wikłanie, zagęszczanie… Lecące pociski, popchnięta przyjaciółka trafiona wystrzeloną kulą. Są rozmowy, przeszukiwanie Tbilisi. Jest komenda policji, dobre rady aby nie wikłać się w sprawę ojca, jest zamknięty w ceki, pobity, ze złamanym nosem, brat. Jest przyjaciel ojca z blizną od ucha do ucha. Tak, to on jest kluczem do rozwikłania tajemnicy. Miłosnej zdrady.

A Osetyjczyk? On też zdradza. Żona każe mu się przyznać. I mówi: zrobiłbym to jeszcze raz. Bo? Bo obiecali mu, że pomogą dostać się do Osetii. Bo tam, Nodar wciąż w to wierzy, jest jego córka. Wykiwali go, oszukali…

Kluczem jest też dramat, sztuka, której kartki dostaje odnajduje. Są wskazówkami, drogowskazem.

Irakli, ścigany przez policję, ucieka coraz dalej. Saba z Nodarem idą, jadą, podążają jego śladem. Aż do górskiego klasztoru. A potem, wciąż za nim, przekradają się do Osetii. Dosyć to koszmarne. Strzelający żołnierze, nasz bohater, który jest bliski zabicia człowieka, spalony dom Nodara i sierociniec w dawnym więzieniu. Tak, Osetyjczyk odnajduje Natię, swoją córkę. Nie jest tą samą Natią, która pozostała pod gruzami zawalonego domu. Nie jest już roześmianą dziewczynka. Nie mówi, kurczowo przytula się do ojca. Szczęście.

Bohater „Na skraju wielkiego lasu”, choć ma go prawie na wyciągnięcie dłoni, nie dogoni ojca. Nie dogoni, bo Irakli nie chce aby go dogonił. Musi odejść. Po prostu.

Więc wracają. Nodar z córką. To wtedy zaczynasz w duszy krzyczeć: niech im się uda, niech im się uda. I widzimy tę kulę… Leci wprost w jego klatkę piersiową. Nie trzeba było w lesie, na granicy, włączać latarki. Nie trzeba było, nie trzeba było…

Piękna opowieść bez dobrego zakończenia. Pełno w niej tęsknoty, rodzinnych tragedii, obrazów kraju, którego nie zobaczysz będąc turystą z zadowolonego, sytego Zachodu.

Przypomniała mi się osobista historia. W roku 2010 podróżowaliśmy we dwoje autostopem po Gruzji. Machałem na samochody. Chętnie się zatrzymywały. W jednym z tych aut było trzech „karków”. Gadaliśmy. Pierwsze ich pytanie brzmiało: ”Po ch.j przyjechaliście do Gruzji?” Wszyscy chcieli wyjechać z tego kraju.

Ale przecież w wielkim lesie są tajemnice, są historie, od których się nie ucieknie. Tak, jak nie ucieknie się od własnej tożsamości…

Leo Vardiashvili – Na skraju wielkiego lasu, przekład Ewa Borówka, Marginesy, Warszawa 2025, str. 384.

Poprzedni artykułTadej Karabowicz – Symbolika płynącej rzeki. Malarstwo Stanisława Baja wobec toposów literackich.
Następny artykułAnna Łyczewska – Subiektywne kalendarium artystyczne 30.10-12.11