Piotr Müldner-Nieckowski
Medycyną rządzą panowie (nieprawda; ale tak się mówi i twierdzi, żeby udać, że się coś wie i ma na ten temat wyrobione zdanie). To oni podobno pobałaganili, gdy tymczasem ministrami zdrowia co chwila są jakieś panie, jakkolwiek niekoniecznie lekarki. Więc zwracam się do pań, może coś na to poradzą, bo one w medycynie są, jak to się mówi, obecne. Tak niektórzy powiadają, choć w rzeczywistości panie nie tylko są. Dominują; ba, postanowiły dominować już we wszystkim, w całym świecie i w całej nauce oraz kulturze. Tak się mówi. Ale czy to prawda? Może jednak nadal wolą rządzić z drugiego siedzenia?
A może to wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż się sądzi i przepuszcza przez telewizyjne ekrany?
Medycyna bowiem, a właściwie jej przedstawiciele, lekarze, niemal wcale nie interesują się klimakterium męskim, czyli andropauzą (jak chcą niektórzy – wiropauzą). Śmiem twierdzić, że wiele problemów małżeńskich, rodzinnych, zdrowotnych, a nawet ekonomicznych w życiu zamężnych kobiet bierze się stąd, że mężczyźni są traktowani tak, jakby przekwitanie ich nie dotyczyło.
Każdy organizm musi się kiedyś zestarzeć. Pojawiają się anatomiczne i fizjologiczne zmiany wsteczne, wiele funkcji życiowych ulega spowolnieniu lub wręcz zniesieniu. Procesy te dotyczą jednakowo obu płci, ale z różną dynamiką, co powoduje, że niektórzy nie umieją ich zauważyć, a co dopiero xzzinterpretować.
U kobiet zanik czynności hormonalnej gonad (menopauza) dokonuje się gwałtownie i tylko pozornie wcześniej niż u mężczyzn. U nielicznych mężczyzn klimakterium pojawia się również nagle, ale u większości rozwija się powoli, niejako podstępnie. To może być mylące. Pan Bóg bowiem wyraźnie ustalił terminy. Obniżenie ilości testosteronu we krwi ostrzej ujawnia się co prawda między 60. a 70. rokiem życia, jednak w rzeczywistości występuje dużo wcześniej, nawet przed czterdziestką. Wszak realny czas życia panów, konieczny do zachowania gatunku Homo sapiens, został ustalony właśnie na około 40-45 lat i do widzenia.
Jan Kochanowski, gdy nie miał jeszcze 50 lat, pisał o sobie, że jest stary i zgrzybiały jak wielu innych i jak wszędzie (w jego czasach). Cywilizacja wówczas (żył w latach 1530-1584) nie wydłużyła jeszcze jednostkowego życia wewnątrz ludzkości tak, jak w pewnych kręgach społecznych w wieku XIX, nie mówiąc o późniejszej wręcz powszechności w XX i obecnym stuleciu. Życie ludzi jest obecnie ewidentnie dłuższe. Ciekawe, że dzisiaj pisarze unikają tej tematyki. Jakby nie rozumieli jej znaczenia. Może nie są jeszcze w stanie pojąć, że to może mieć wpływ na ideologie, style bycia, myślenia, postawy społeczne czy osobiste. Jakby nie zauważyli, jak bardzo istotne zmiany nastąpiły w świecie. I jak dziwnie to się dokonało. Wyrośliśmy i (powtórzę nie jako jakiś cud niemniemany, tylko prawdziwy) zaczęli żyć o wiele dłużej!
Jedne składniki posunęły się (postąpiły) prawdziwie (nie jak w marksizmie, ale naprawdę) naprzód. Są obrazem prawdziwego postępu (ciało). Inne odwrotnie. Kłamstwem jest na przykład określanie lewicy jako warstwy społecznej „postępowej”. O jakiej postępowości mowa? Umysłowej? W jakim aspekcie, w którym miejscu? Przez zauważenie, że mężczyźni mają macice, jak twierdzi Anna Maria Żukowska? Albo że w małżeństwach jednopłciowych rodzi się więcej dzieci niż w obupłciowych, jak twierdzi pani profesor Monika Płatek? Prawica też się postępem nie może za bardzo szczycić, ale przynajmniej nie udaje i nie wieści z niemądrą dumą, że jest odwrotnie. Bo mowa jest chyba tylko o takim postępie, jak przemieszczanie się z miejsca na miejsce, i na pewno nie o umysłowym ani duchowym czy moralnym. Co najwyżej, jak na razie, egoistyczno-ludyczno-orgiastycznym. Z dużą kasą w kieszeni (ciekawe, że dawniej solidna kasa nie mieściła się w żadnej kieszeni, ani nawet w niejednym pokoju). Dzieje drugiej wojny światowej i realnego komunizmu wyjaśniły wszystko wystarczająco. Ale to pewnie dlatego, że ogólna mentalność naszego gatunku nie nadąża z rozwojem (postępem; że tak powiem: „corazlepszością”) za fizjologią ciał. Czasem można odnieść wrażenie, obserwując choćby polityków, a wśród nich zbrodniarzy typu Hitler, Stalin, Mao, że nasza rozumność gatunkowa chyba się nawet cofa albo opada ku wartościom coraz niższym. Media, w tym Internet, wcale nie przedstawiają nam, czym i jaka jest ludzkość. Otrzymujemy tylko (często sfałszowane lub wymyślone) informacyjki podobne do propagandy politycznej (lub z nią tożsame, lecz kamuflujące). A o prawdziwym człowieku niemal w tym w ogóle zero, co najwyżej ciekawostki. Zgubili się gdzieś w historii, zostali zapomnieni Krasiccy, Dostojewscy, Żeromscy i Reytanowie, Croninowie, Tołstoje, Mannowie, Kraszewscy, du Gardowie, Buczkowscy, Maurois czy Maughamowie, że wspomnę tylko tych, którzy akurat w tym momencie cisną mi się na papier. Były ich setki. Pisaliddużo, ciekawie i mądrze. A teraz? Płaskie, niezapamiętywalne filmy w telewizji i oduczanie ludzi czytania.
Co dalej? Niech mężczyźni sobie sami radzą, literatura im w rozumieniu świata i także stanów ludzkiego ciała i ducha nie pomoże. Dominują u nich zmiany psychiczne: stany depresyjne, pobudzenie ruchowe, gonitwa myśli, zaburzenia pamięci, drażliwość, skłonność do poszukiwania silnych wrażeń, poczucie niższej wartości, obniżenie libido, wygłaszanie twierdzeń o coraz wyższej wartości i rozwoju popędu płciowego w niebotycznym stylu. Aż do znudzenia. Osoby nieznające problemu przekwitania męskiego dziwią się: „co się z tym człowiekiem dzieje, nigdy taki nie był, ostentacyjnie opowiada o swoich nowych sukcesach męsko-damskich”. No właśnie, a przecież kiedyś musiał się taki stać. Literatura (każda, w tym piękna) omija tę problematykę skrzętnie. Dziwne, bo czasem zawierają tajemny klucz do nowych zjawisk społeczny, politycznych, moralnych i jakichś jeszcze dronowych czy gazociągowych. Panowie piszący unikają tego tematu ze swych zrozumiałych powodów: klimakterycznych, a panie ze zrozumiałej niewiedzy, bo klimakterium mają do syta opanowane dzięki reklamom w TVP.
Psychoterapeuci i czasem też psychologowie radzą, aby panowie w okresie andropauzy uczyli się myśleć „powyżej pasa” i raczej koncentrowali na poznawaniu procesów fizjologicznych starzenia się głowy, niż na złudnych metodach poprawiania potencji. Wbrew obiegowym opiniom wydolność płciowa zdrowych mężczyzn nigdy nie zanika całkowicie, często jest prawidłowa, tylko mniej dynamiczna, wolniejsza… wciąż jednak wystarczająca, zwłaszcza jeśli partnerka jest mądra i darzy męża uczuciem, a na dodatek nauczyła się korzystać ze swojej seksualności na nowy sposób. Warto tu przypomnieć o potwierdzonych badaniach, które wskazują, że współżycie płciowe sprzyja hamowaniu rozwoju gruczolaka, a nawet raka prostaty, i przedłuża wydolność partnera. Są badania, które dowodzą, że codzienny stosunek płciowy mężczyzny, choćby popełniany w samotności, bez partnerstwa, zmniejsza ryzyko raka gruczołu krokowego o kilkadziesiąt procent, a nawet może odtworzyć zdolność płodzenia, choć nie zawsze wartościowego genetycznie, więc odrzucanego w ciele kobiety przez naturę. Kobiety zaś, często zakłopotane nowymi problemami, mimo że miesiączka mogła przestać je zamęczać, też mogą sobie ze starością płciową nie radzić. Nie wiedzą, że można, a to dodatkowo komplikuje życie w parze, bo obowiązek łóżkowy wciąż nie chce zanikać. One to ukrywają, maskują, znajdują tysiące argumentów, mają sposoby.
Ocenia się, że u ponad 50% mężczyzn po 55 roku życia w gruczole krokowym występują gniazda komórek nowotworowych. W wielu wypadkach mogą one zawsze pozostawać w postaci utajonej i nie wywoływać żadnej choroby uogólnionej. Jest to dowód na istnienie odporności przeciwnowotworowej w pewien sposób podobnej do przeciwbakteryjnej. To ważna informacja dla tych, którzy myślą o „testosteronowym (a i chirurgicznym) leczeniu” hormonalnej andropauzy (przekwitnięcia), podobnego do (ostatnio coraz bardziej uważanej na szkodliwą) hormonoterapii w menopauzie. Polega ona na podawaniu mężczyznom testosteronu. Jest to absolutnie przeciwwskazane u chorych lub potencjalnie chorych na raka (ze wspomnianymi gniazdami komórek nowotworowych). Niebezpieczne, a nawet zabójcze. Prowadzone w Australii badania hormonoterapii andropauzy wskazują, że „leczenie” takie musi być precyzyjnie kontrolowane laboratoryjnie, co u nas wciąż jest przeważnie niewykonalne albo koszmarnie drogie, ale nawet ono nie gwarantuje, że pacjent nie kipnie. Substytucja testosteronowa nie tylko „otwiera drogę rakowi”, ale także wyraźnie zwiększa stężenie tzw. złego cholesterolu (LDL) we krwi, przyspiesza rozwój choroby wieńcowej, nadciśnienia tętniczego i, co najciekawsze, paradoksalnie a nieodwracalnie wyłącza funkcje płciowe. Jedyną i wobec tego mało przekonującą zaletą substytucji testosteronowej jest poprawa samopoczucia i zniknięcie większości drugorzędnych objawów klimakterycznych. Przeważnie jednak nie działa rzeczywiście, tylko jako plecebo (z łac. podoba mi się, w domyśle: dlatego działa; niestety krótko).
Chciałbym też zwrócić uwagę na to, że prędzej czy później każdy stanie w obliczu tej fizjologicznej pułapki. A kiedy mężczyzna zaczyna się zmieniać klimakterycznie, powiedzenie o „dużych chłopcach” nabiera wyrazistego sensu. Dla partnerki, która z nim żyje, jest to okres próby charakteru. Zazwyczaj sama ma problemy z przekwitaniem i jeśli się skupi tylko na sobie (tak się dzieje najczęściej), to szybko straci głowę i, co za tym idzie, męża. A on i tak szuka już jakiejś innej…
Czyżby literatura, sięgająca do tematyki drugiego półwiecza w życiu ludzkim, zatrzymała się na przedwojennych psychologicznych „Klimatach” André Maurois (1929)? Może na powieści Alberta Moravii „Konformista” (1951) i jego opowiadaniach, które odsłaniają wiele ze świata, o którym tu piszę? Moravia pokazywał, kim jesteśmy nie tylko w młodości. Czym naprawdę jest życie. To już chyba trzy czwarte wieku od tamtych czasów.
Najczęściej popełnianym przez kobiety błędem jest agresywne reagowanie na niewinne w gruncie rzeczy odwracanie się męża na ulicy za jakąś ładną panią, ale i na zachcianki i wyskoki (a właściwie podskoki) tego dużego chłopca, a także zaniechanie współżycia na zasadzie „skoro mnie się sprzykrzyło, to i ty tego nie będziesz miał”. Mężczyzna, którego dotknie takie zachowanie żony, będzie nietrafnie szukał potwierdzenia siebie poza dotychczasowym związkiem. Seksuologia przestrzega przed złudną teorią starzejących się panów, którzy twierdzą, że „nic tak dobrze nie grzeje, jak młode ciało”. Owszem, grzeje, ale nie za darmo i krótko. Będą ci panowie przeżywali jeden zawód za drugim, nie zdając sobie sprawy z tego, że ich cel znajduje się w domu.
Szukam na gwałt, kto współczesny i gdzie o tym słówko napisał. Nie znajduję. Nikt o takich rzeczach już nie pisze. Przerwa w pisaniu dobrych powieści o nas, trwa za długo. Przeczytałem jednak u pewnego krytyka ze Śląska, że to już nie byłaby dobra literatura. Wniosek z tego taki, że na literaturze się nie zna, bo gdyby się znał, to by wiedział, że krytyk nie pisze o tym, czego jeszcze nie ma, ale o tym, co już było.
Piotr Müldner-Nieckowski
(gruntowna aktualizacja felietonu drukowanego jakiś czas temu)




