Michał Piętniewicz
Wszechświat ożywiony paradoksem. O tomiku Zygmunta Ficka pt. „Dusza ogrodu”.
Najnowszy tom Zygmunta Ficka pt. „Dusza ogrodu” jest w jego dorobku szczególny.
We wcześniejszej twórczości krajobraz liryczny był, by tak rzec, nieco wyziębiony. Mieliśmy do czynienia z ostrymi szczytami górskimi, skąpanymi w lodzie i śniegu, kozicami górskimi, świstakami, całym tym, można by rzec, lodowym pejzażem, który do pewnego stopnia, jak mniemam, był odzwierciedleniem krajobrazu duchowego. Ale krajobraz duchowy poety ewoluuje, zmienia się, przechodzi przez różne fazy, fazę rozpaczy, zachwytu, potem zapewne spokoju, wyciszenia, somnambulicznego snu. Zapewne z tą trzecią fazą mamy do czynienia w najnowszym tomie Ficka. Pełno w nim bowiem spokoju, wyciszenia, ciepła, snu również, jak ta leniwie przechadzają się pomiędzy blokami mieszkalnymi niedziela, wśród kotów, psów, ptaków oraz mieszkańców, którzy niestety, coraz częściej umierają, a ich imiona przywoływane są w kościele podczas niedzielnej Mszy św. Być może, jeśli z „prawdziwym” życiem, mieliśmy do czynienia w lodowym pejzażu poprzednich tomów, to w „Duszy ogrodu”, być może na czoło wysuwa się baśń, miraż, może nawet iluzja? Albo przynajmniej senne widzenie, majak – za tym tomem bowiem stoi pewien, senny, poetycki trans.
Ficek dobrze zna tajniki warsztatu poetyckiego. Jego sen poetycki idzie w głąb, ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie zastosowane, odpowiednie środki poetyckie. Stąd jego poezja ma wymiar poniekąd mistycyzujący. Ficek jako poeta – mistyk? Myślę, że to jeden z tropów do odczytania tej bogatej twórczości. Ta mistyka nie jest jednak oderwana od ziemskiego konkretu, nie dryfuje z dezynwolturą w nadobłoczną przestrzeń abstrakcji, jej źródło jest ziemskie.
O ile we wcześniejszych tomach, mieliśmy, by tak rzec, do czynienia z mistyką zimy, o tyle w „Duszy ogrody” mamy do czynienia z mistyką upału, słońce w tomie Ficka jest eksponowane w sposób wybitny, ogrzewa pejzaże, lecz nie jest siłą niszczącą, nie spala, nie wypala, raczej daje życie i rodzaj bezpiecznego schronienia. Owo schronienia ma miejsce również w słowach – to język, który nie rani, ale ocala i daje wytchnienie, je stwarza.
„Dusza ogrodu” to tomik pełen jasności i radości, znać w nim umiejętność cieszenia się życiem i doceniania chwil najdrobniejszych i z pozoru najbardziej błahych. Moment poezji jest umiejętnością krystalizacji języka. Jest to moment nie tylko artystyczny, ale również etyczny, moralny. Albowiem wydaje się, że u Ficka sfera artystyczna języka nie jest oddzielona od sfery etycznej. Prawda, dobro i piękno razem współgrają w tym światoodczuciu i poezjoodczuciu.
Ogród Ficka się rozrasta. W tym ogrodzie dusza. Dusza, która już się nie boi. Jej lęk, poprzedni, zimowy, lodowaty, został oswojony przez upał najnowszego tomu, na słońcu wysychają rany. Ale nie od razu. Najpierw w tomiku „Dusza ogrodu” mieliśmy do czynienia z chłodem, mrozem, dopiero później nastało żarzące słońce. Odpowiedzią na te „zjawiska atmosferyczne” w tomie Ficka są odpowiednie dobrane środki stylistyczne i odpowiednio dobrany, bardzo zagęszczony język. To właściwie język Fickowej frazy może być właśnie interpretowany jako owa tytułowa „dusza ogrodu”. Dusza ogrodu, takie odnoszę wrażenie, jest po prostu poezją, która pomaga radośnie oraz bezpiecznie zamieszkiwać świat oraz oswajać go, budować przy pomocy narzędzi poetyckich bezpieczny schron dla swojej duszy.
Wartości szczególnie bliskie Fickowemu światoodczuciu to prawda, dobro i piękno. Poeta poprzez opis poszczególnych zjawisk, jednocześnie analizuje swoje stany duchowe. Krajobraz zewnętrzny wydaje się odbiciem krajobrazu wewnętrznego. Ficek pisze o sobie „przez pryzmat świata”, jak to określił wybitny poeta Józef Baran. Dlatego jego poezja nie tyle bliska jest prozie, co szeroko rozumianemu pisarstwu; Ficek jawi się bowiem jako pisarz – poeta – czuły, wnikliwy, wrażliwy oraz umiejętny obserwator przyrody, ludzi, zjawisk, zachodzących między nimi relacji. Zwraca uwagę, że dwiema, bardzo ważnymi kategoriami dla opisu świata poetyckiego Ficka są odpowiednio pojmowane czas i przestrzeń. Ficek jawi się jako poeta głęboko duchowy, w siebie bardzo mocno zanurzony, można powiedzieć poeta czasu wewnętrznego .Ale jednocześnie ów czas jakoś na zewnątrz jest wychylony transcenduje wewnętrzność, zahacza o przestrzeń, uwewnętrznia ją oraz nadaje jej walor duchowy. Przestrzeń u Ficka oddycha czasem, tak bym to określił i tworzy swoisty, wypełniony bardzo plastycznymi rekwizytami poetyckimi, tytułowy ogród duszy. Moment wejścia do ogrodu jest jednocześnie momentem czułego w nim zamieszkania, wręcz zagnieżdżenia się – Ficek to bowiem poeta silnie „korzenny”, powiedzielibyśmy, który lubi wrastać w dane przestrzenie. Owo wrośnięcie w daną czasoprzestrzeń, czasoprzestrzeń ogrodu, jest jednocześnie kwitnięciem – chodzi tu przede wszystkim o kwiaty duchowe.
Kwiaty duchowe nie wykluczają jednak ziemskości i cielesności świata – projekt Fickowej poezji, jest można by rzec, integralny – ciało i dusza ze sobą rozmawiają, nie są w konflikcie, żyją w harmonii. Elementami dominującymi, określającymi charakter tego tomu, są spokój, wyciszenie, światło, słońce. Dusza rozmawia ze sobą w czas południa, czas szczególnego upału, powiedzielibyśmy i szczególnego nastrojenia, jest jakby w zenicie swoich możliwości duchowych oraz egzystencjalnych.
Dwie kategorie, wokół których staram się budować interpretacyjną oś, to z jednej strony prawda lodu, prawda zimna u Ficka a z drugiej prawda słońcu i upału. Ten dualizm moim zdaniem ma podłoże nie tylko duchowe, ale również psychiczne, dochodzi do swego rodzaju psychizacji otaczającego krajobrazu. Zimno kojarzone jest z jakimś, wewnętrznym zranieniem oraz traumą, poczuciem sporego dyskomfortu, natomiast upał słoneczny to rodzaj bezpiecznego azylu, schronienia, tam, na tym słońcu, poprzednie rany zimowe wysychają.
Ale moment zranienia jest obecny, choć ukryty pod wieloma warstwami, również w słonecznej strefie Fickowego światoodczucia. To właśnie owa ukryta głęboka, wewnętrzna rana, jakby od wewnątrz promieniuje i nadaje Fickowej poezji wymiar najgłębszy i najprawdziwszy: wymiar głębokiej, poetyckiej prawdy, wyrażonej w sposób artystyczny, z pozoru jedynie prostymi środkami poetyckimi, które z pozoru jedynie komunikują to, co transparentne – w istocie za swego rodzaju jednoznacznością poetyckiego komunikatu, stoi duże, wewnętrzne powikłanie tego, co niewypowiedziane, a tego, co mocno tkwi, jest jakimś korzeniem poetyckim, z którego, jak ze źródła, bierze początek strumień Fickowej frazy poetyckiej. Zatem, można stwierdzić, że Fickowa poezja oparta jest na wewnętrznym dualizmie, który jest jednocześnie paradoksem, od wewnątrz wprawiającym w ruch poszczególne frazy. Dodajmy, że na siłę paradoksu, jako wartości poezjotwórczej, zwrócił już kiedyś uwagę Bogusław Żurakowski w znakomitej książce pt. „Paradoks poezji”. Przyjrzyjmy się jednemu z wierszy Ficka, aby nie być gołosłownym:
„Kiedy idę
Kiedy idę w głąb krajobrazu, droga się
wydłuża, ale się nie dłuży. Mijam
drzewa, domy, milowe kamienie
i z tego wszystkiego niczego nie mijam .
Wszystko pamiętam, wszystko zapominam.
Idę w górę w głąb wzdłuż drogi
strumienia, w którym
po kolana stoję – po pachy jest śmiesznie.
Który zdrowo płynie i marnieje w oczach.
Bez szemrania zamarza. Który unosi
i w mgnieniu oka gasi uniesienie.”
Centralnym punktem tego wiersza jest droga – zresztą jeden z tomików Ficka nosi tytuł „Dzień po długiej drodze”. Droga potraktowana jest z wierzchu dowcipnie oraz humorystycznie, możemy wręcz domniemać, że podmiot mówiący tego wiersza jest lekko pijany… W istocie mamy w tym wierszu do czynienia z precyzyjnym nakreśleniem pejzażu wewnętrznego poety, opartym na wewnętrznym paradoksie, między pamięcią a zapomnieniem, między tym, co żywe, a tym, co gaśnie, między z jednej strony koniecznością drogi, a z drugiej nieufnością do niej, przejawiającą się w traktowaniu jej z pewną podejrzliwością – „mijam drzewa, domy, milowe kamienie i z tego wszystkiego niczego nie mijam”. Być może nadmiar pejzażu zewnętrznego, prowadzi do wyciszenia krajobrazu wewnętrznego. Kiedy na zewnątrz szaleje burza, w środku, paradoksalnie może zaistnieć wielki spokój. Im bardziej, na zewnątrz walą piorunu, tym większy, w środku, paradoksalnie, spokój. Końcowy paradoks na końcu wiersza – uniesienie, które jednocześnie jest gaśnięciem – jest charakterystycznym dość chwytem dla Fickowego operowania słowem – dość wspomnieć wiersz pt. „Między blokami przechadza się niedziela” i frazę:
„Przechadza się niedziela. Dzień Pierwszy który będzie w dniu , którego nie będzie”.
To napięcie między tym, co jest i jednocześnie przestaje istnieć, gaśnie – jest jak gdyby osią napędową wierszy Ficka – podobny paradoks zauważam, kiedy analizuję dialektykę zamarzania i roztapiania – oba te procesy nie są tyle przeciwstawne, co jak gdyby jednoczesne.
Innymi słowy, świat poezji Ficka, ten wyłaniający się z tomiku „Dusza ogrodu”, określiłbym mianem świata Plotyńskiej Jedni, którą jednocześnie od środka wypełniają dualizmy i paradoksy, wprawiające w ruch kosmos ożywiony świata i Wszechświata Fickowej poezji.
Antynomia jest siłą sprawczą oraz ożywiającą, to w najgłębszej ranie zakorzenia się największy spokój. Z tego rodzaju spokojem i tego rodzaju poetycką mistyką, jak mniemam, mamy do czynienia w najnowszym tomie Zygmunta Ficka.
Zaznaczam jednocześnie, że powyższe uwagi mają za zadanie jedynie zasygnalizować obecność pewnych tropów w poezji Ficka, nie rozwijając jednak sposobu istnienia owych antynomii oraz paradoksów, gdyż wymagałoby to zdecydowanie dłuższej opowieści.






