Ludmiła Janusewicz
O akronimach, samopoczuciu i „Moskwie Pietuszki”
Kbkb – akronim (wyraz utworzony z pierwszych liter jakiejś nazwy lub grupy wyrazów) oznaczający krótki bojowy kij bambusowy.
Akronimy czasami są nieczytelne.
Słyszałam dowcip o lekarzu z awansu społecznego – „Nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”, który wręczył pacjentowi następująco zapisaną receptę: fmjwnddmjm.
Pan wziął ją i poszedł do apteki. Siedział w niej magister farmacji. który
wiarę praktykował prywatnie, spojrzał na receptę i spytał:
– Czy ta recepta jest od pan X?
Gość skinął głową.
– Wie pan co, tam dalej jest apteka, którą prowadzi aptekarz z awansu społecznego, on rozczyta, ja nie potrafię.
– Trudno – westchnął gość i poszedł do wskazanej apteki. Aptekarz rzucił na nią okiem i podał mu słoiczek z maścią.
Zdumiony klient powiedział:
– Byłem w innej aptece i tam farmaceuta nie potrafił jej odczytać.
– Panie, to proste, te parę literek znaczy: facet ma wrzód na dupie,
daj mu jakąś maść.
Jak widać, żywot akronimów nie jest zagrożony!
Za to z samopoczuciem u ludzi jest różnie.
Pytano kiedyś znanego psychiatrę, jak postępować, aby mieć dobre samopoczucie.
Odpowiedział, że należy polubić siebie.
A jednak często inni widzą w nas pewne niedostatki. Ludzie o słabej konstrukcji psychicznej, którym się taki niedostatek wytknie (ale utyłeś, ale się zestarzałeś, ale głupio mówisz) – martwią się, wpadają w depresję.
Jest jednak prosty zabieg, który pozwoli żyć długo, szczęśliwie i spowoduje, że żaden z nieprzyjaciół nie będzie w stanie sprowadzić nas do parteru, jak mawiają judocy.
Mówię o zasadzie ekwiwalentności, tak nazwałam ją na własny użytek, słyszałam kiedyś jej makabryczną egzemplifikację: jeśli komuś urwie jedną nogę, to za to ma drugą nogę dłuższą. Zatem jeśli nie mamy czegoś, według nieprzyjaciół naszych, to w zamian możemy mieć co innego. Jeśli ktoś wyzywa nas od rudzielców (osobiście bardzo lubię ten kolor, zwłaszcza w odcieniu starego złota), bo jesteśmy właśnie tacy, to stosujemy tę zasadę i co się okazuje?
Że jesteśmy może i rudzi, ale za to nie jesteśmy głupi, od razu czujemy się lepiej, nasza samoocena rośnie, a świat wydaje się pięękny. Aby poczuć się jeszcze lepiej, możemy zastosować naszą zasadę, tylko odwrotnie i pogrążyć przeciwnika.
Jeśli jest on łysym, to mówimy: nie dość, że łysy, to jeszcze głupi, w ten sposób czynimy go bezbronnym, chyba, że on zastosuje zasadę ekwiwalentności piętrowo. Na przykład może powiedzieć: jestem i łysy i głupi, ale za to mam… i w tym miejscu może powiedzieć, co on ma, a jeśli będzie zdecydowany wam dokopać, pokaże to cudo. Niestety na to nie ma lekarstwa. Chyba, że kupi sobie lepszy samochód, który jest podobno ekwiwalentem.
Zaś z weselszych spraw niezmiennie bawi mnie wspomnienie sprzed kilku lat, gdy w kasie dworca koszalińskiego kupiłam bilet do Kołobrzegu i udałam się do kiosku nabyć gazetę.
Dżentelmen stojący za mną, można powiedzieć zbarczony na skrzydło, zwrócił się do mnie następującymi słowami:
– Pani, bądź człowiekiem.
– Ja? – zdziwiłam się.
– Dwadzieścia groszy brakuje mi na chlebek.
– Jaki chlebek?- wzruszyłam ramionami.
Sięgnęłam jednak do kieszeni i dałam mu złotówkę, niech ma, niech nie będzie głodny!
Facet kupił wodę brzozową, odkręcił ją przy kiosku, odchylił głowę do tyłu, na jego twarzy malował się błogostan w cieniu purpury, musiał być nieziemsko głodny, albo nieziemsko spragniony.
Podobną scenę opisał Wieniedikt Jerofiejew w książce „Moskwa Pietuszki,” która może sprawiać wrażenie alkoholicznej maligny, niespełnialnego marzenia o wolności z gorzkim śmiechem, ale jest opowieścią o bezwyjściowości rosyjskiego losu, z którego ucieczką jest jedynie pijaństwo, choć i ono prowadzi donikąd.
Jerofiejew był również na dworcu, tyle że Kurskim w Moskwie, i nie było tam wody brzozowej, był portwein, wino deserowe, względnie likierowe, które wytwarzane jest z niebieskich gron odmiany Tinto. Nie było tam miłej pani w kiosku, tylko był chamski kelner, który zwrócił się do niego per obywatelu, to takie przekleństwo rosyjskie typu swołocz, i portweinu nie sprzedał, a niech go! No to wypił „Łzy komsomołki” własnej roboty z wody kolońskiej, lakieru do paznokci, płynu do płukania ust i lemoniady. Piękna nazwa, można powiedzieć, nawet liryczna.
Nic dziwnego, przecież „Moskwa Pietuszk” to poemat!
Ludmiła Janusewicz





