Strona główna Felietony Piotr Wojciechowski – Odpoczniesz w bajce

Piotr Wojciechowski – Odpoczniesz w bajce

0
257

Myślałem, że po wyborach się odetchnie. Ale, gdzie tam! Ani śladu sezonu ogórkowego, wiadomości krajowe i wiadomości globalne rozpaczliwie walczą o pierwszeństwo w naszych rozbełtanych mózgach. Próbuję dopracować się czegoś ogólnego, słów, które mają moc porządkowania. Pewne nadzieje budzi stwierdzenie –
Kto ma rację, nie ma władzy, kto ma władzę, nie może mieć racji.” To jasne, mając władzę, próbuje się wprowadzać w realny świat swoje racje i widzi się, że coś nie tak. Czy Palestyna i Izrael idą w stronę jakiejś koegzystencji? Czy da się pomyśleć jakiś pokój wokół Iranu? Kto ma władzę, zawsze może ulec pokusę i wprowadzać swoje racje siłą. To jest droga, na której nie ma zwycięstwa.
Nie pasują te dywagacje do literackiego wieczoru. Lecz cień wojny sączy się nieubłaganie w to, co piszemy, w wiersze, eseje, prozę. Chcę czy nie chcę, a moje felietony rodzą się z piętnem polityki.
Pół Polski jest całym sercem za jednym kandydatem, drugie pół zakochane jest w drugim, trzecie niemałe pół za jakimś ideałem, mężem stanu, roztropnym i eleganckim. System dwuwładzy jest coraz mniej przed ludem ukryty, a zamęt prawny idealnie współpracuje z tym systemem. Nie da się być obojętnym. Każdy z nas jest nosicielem lektyki, a pasażer lektyki zmienia się właśnie w żałosnej atmosferze drobnych i większych szwindli, podejrzeń o najgorsze. Proroctwa nie wróżą nic dobrego, w kolejnych wyborach nasze kartki liczyć będą ci sami. Przezroczyste urny wydawały się zdobyczą, widzę, że teraz przydałyby się komisje złożone z ludzi o przezroczystych głowach.
A my dalej poniesiemy lektyki, bo trzeba. Kogo będziemy nieść teraz?
Lubię pisać powieści, które sugerują Czytelnikom pytania moralne i filozoficzne. To wymaga skupienia, a nie ma jak się skupić w politycznym zgiełku, do tego upał, wakacje i tak dalej. Zawiesiłem na kołku pisanie, które mogło by być dla Czytelników pomocą i pociechą. Piszę teraz dla siebie. Piszę bajkę. Skoro jednak pojawia się w tej bajce motyw niesienia lektyki, a także – dziwnym trafem także motyw dwuwładzy, pomyślałem, że wykpię się z felietonu cytując fragment. Myślę, że może ta bajka Pleno Titulo Biesiadników rozbawić.
Otwieram więc wrota bajki.
Najważniejsze osoby w Królestwie nie podróżowały w karetach, ani konno, ani na wielbłądach czy słoniach – tak jak to się działo w sąsiednich krajach. Lektyką podróżuje się godnie, elegancko, bez pośpiechu. Taka podróż daje czas do namysłu i spokojnego oglądania mijanych krajobrazów i miejscowości. Ze słoniem, czy stangretem karety niewygodnie jest rozmawiać. A do tych, którzy niosą lektykę zawsze jest blisko. W drodze rozmowa toczy się bez pośpiechu, w rytmie kroków. Gdy sprawę, albo choćby plotkę, czy pogłoskę, omówić z czterema osobami, łatwiej wyrobić sobie pogląd właściwy. Tych wszystkich objaśnień nie było w zaleconych w Królestwie szkolnych podręcznikach do historii, zamiast tego było tam na kilku stronach opowiedziane, jak i kiedy pojawiła się pierwsza lektyka dla króla i dworu. Czasy panowania Lubka Jedenastego były trudne. To wtedy rozszalała się zawierucha Pierwszego Buntu Ludowego. Po śmierci Lubka Dziesiątego, szlachetnego i długowiecznego monarchy, na tron wstąpili jego synowie – bliźniacy. Jedenasty miał panować razem ze swoim bratem bliźniakiem Ludomirem. Obydwaj gwałtowni, kłótliwi i krętacze. Po paru nieprzyjemnych awanturach zmusili Radę Starszyzny aby zgodziła się na podział królestwa. Wtedy, za podszeptem starych mądrych kobiet, zbuntowali się prości ludzie. Podniósł się krzyk – Wara! Nie jesteśmy tak wielkim krajem, aby go dzielić. Dopiero zaczynamy się dogadywać, budować drogi jedni do drugich, jakże więc teraz stawiać rogatki. Macie się, bracia, dogadać i rządzić razem, albo utniemy wam te głupie głowy i wybierzemy sobie nowego króla. Bracia się dogadali. Mus to mus. Mus starszy do Niechcieja. Od poniedziałku do środy włącznie rządził Lubek Jedenasty, potem czwartek, piątek i sobota tylko Ludomir miał prawo wydawać rozkazy i sądzić sprawy. W niedzielę obydwaj mieli czas na sport, tańce, maskarady i uczty, a kiedy bracia tak się zabawiali, Rada Starszyzny w miarę możności rozplątywała wszystko, co się mogło naplątać przez tydzień. Musiało się naplątać, bo jak jeden rządził do Sasa, to drugi od Lasa. I tak panowali z nienajgorszym skutkiem. Przegrali tylko jedną wojnę, ale wybudowali parę kościołów i port morski przyjmujący największe nawet – w owych czasach – statki. W trakcie tych lat Lubek i Lubomir podróżowali karetami po całym kraju. Aż do czasu, kiedy pojechali ze stolicy do nowego portu, na uroczyste otwarcie stoczni karawel żaglowych.
Chcieli wtedy, aby to wypadło paradnie. Wybrali najpiękniejszą z karet Lubka i kazali do niej zaprząc sześć najdzielniejszych koni ze stajni cugowej Lubomira. Znakomicie się prezentowali pędząc kupieckim szlakiem nad morze. Cudnie to wyglądało, gdy się kto gapił stojąc przy drodze. Ale w karecie nie było pięknie. Bracia się pokłócili o to, który pierwszy przemówi na początek uczty, kiedy zasiądą do stołu z kapitanami i admirałami. – Ty nawet nie umiesz pływać! – wrzasnął Lubek do Lubomira i palnął go pięścią w nos. – Ale na koniu jeżdżę lepiej niż ty! – odkrzyknął Lubomir, kazał zatrzymać kolasę. Odprzęgł swoje sześć rumaków, wskoczył na jednego, stangret i lokaj poszli w jego ślady. To były konie cugowe, nie wierzchowce, ale jakoś doszli z nimi do ładu bez siodeł, strzemion i ostróg przy butach. Trzech jeźdźców, sześć dzianetów przepięknych popędziło w siną dal, kłęby kurzu, grzywy rozwiane, chichot złośliwy Lubomira. Już mu krew z nosa nie ciekła, ale spuchł okropnie.
A Lubek ryczał ze wściekłości w swojej karecie stojącej pośrodku drogi. Królewski lokaj zaproponował Lubkowi, że sprowadzi ze wsi parę chłopskich koni, zaprzęgnie się i tak dojadą.
– Figa z makiem z pasternakiem! – odpowiedział król Lubek Jedenasty. – Poniedziałek! Jeszcze przez dwa dni ja rządzę. Ja tu mam złote nożyce do przecięcia wstęgi, ja tu mam pieczęć z koroną i lwim pyskiem do opieczętowania przywileju na pergaminie wypisanego. Ja tu poczekam, a ty mi sprowadź żołnierzy, najlepiej saperów. Masz pierścień na znak mojego rozkazu.
Potrwało to do następnego poniedziałku, nim lokaj błysnął pierścieniem oficerom w pobliskim mieście, nim zwołali krzepkich saperów, majstrów, którzy karetę przerobili na lektykę. Lokaj namówił się z generałami, wybrali czterech mocnych kaprali do noszenia króla. Tak wybrali, że byli to mocarze, a zarazem niegłupi, niepijący, ojcowie rodzin. Wszyscy saperzy, a tacy to i most zbudują. Nieśli Lubka spokojnie, równym krokiem, a ilekroć władca wychylił się z lektyki i z nudów zagadnął ich o coś, zagadnął z nudów po prostu, kaprale-saperzy odpowiadali z roztropnością, której byś darmo szukał po akademiach i uniwersytetach. Miał też król Lubek czas, aby w drodze to i owo przemyśleć. Na spóźnionym o tydzień otwarciu, w środę w południe, był jeszcze królem całą gębą, a przecie Ludomira przeprosił i jemu pierwszemu dał powiedzieć słowo do ludzi morza. Ludomir miał jeszcze nos jak nosorożec, a wstęgę przecinali razem. Od tego czasu doceniono na dworze podróże lektyką.
Ten skrawek bajki niespodziewanie skojarzył mi się z filmem obejrzanym w telewizyjnym kanale TVP Historia. Dokumentalny film pod tytułem „Gwiazdor – Aleksander Wolszczan” został nakręcony w 2007 przez Jana Sosińskiego pod tytułem „Gwiazdor – Aleksander Wolszczan”. Jeśli się mówi o polskich astronomach, to najpierw jest dwu – Kopernik i Wolszczan, potem długo nic i reszta. Profesor Wolszczan, odkrywca planet spoza układu słonecznego jest postacią formatu światowego, otworzył nowe rozdziały astrofizyki i kosmologii, obecnie wykłada w Pensylwanii w Stanach Zjednoczonych. Nie będę dalej pisał o filmie, dodam tylko, że warto go obejrzeć. Astronom mówi tam trudne i ciekawe rzeczy, dla mnie ważne było krótkie stwierdzenie, że nauka nie przedstawia świata. Nauka to skrzynka pełna narzędzi. Świat to struktura rozległa i skomplikowana. Narzędzia, którymi dysponuje nauka, nadają się do badania pewnych obszarów świata. Jest granica, poza którą nie potrafią sięgnąć ani aparatury, ani opisy i rachunki, ani nawet hipotezy. Dotąd światło, dalej mrok. Być może – sugeruje Aleksander Wolszczan – inne niż nauka ludzkie działania mogą przenikać obszary tego mroku – i tu dodaję już od siebie, może wkroczyć tam poezja, może mistyka, może taniec, może sen lub sport? Nie mądruj się – powiedziałby chyba kapral saper z mojej bajki. Bierz się i nieś lektykę z jakąś stryjenką Najjaśniejszego Pana.

Poprzedni artykułPremiery teatralne lipca 2025
Następny artykułBartłomiej Kucharski – Wiersze tygodnia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko