Czas po
Przebudziłem się po drugiej stronie snu
Księżniczka narkoza była tym razem jeszcze łaskawa
Pozwoliła mi zamieszkać w domu w Nazarecie
Teraz jest to cichy kącik w szpitalu na Wrocławskiej w Krakowie
Pomiędzy oknem za którym pada grudniowy deszcz a kotarą za którą znajduje się sympatyczna pani pacjentka
Witam się tu z Madonną z Loretto w Jej dzień dziesiątego grudnia
Podłącza mi Ona kroplówkę jej kropelki to krople Krwi Jezusa są One nektarem życia darem łaski uzdowienia
Kapią w podobnym rytmie co ziarenka Różańca przesuwane paciorek po paciorku
Tęsknota za bezcielesnością
To minie
obudzę się w innym świecie
gdzie nie będzie wysokich fal
kolejnego tsunami
niszczycielskiej siły erosa
rozbijającej mnie
na kawałki pożądań
z których każdy domaga się
dla siebie ofiary składanej
na ołtarzach libido
już jutro rano nie będzie
szalejącej burzy
niebo rozpogodzi się
wschodem słońca
na przestronnej plaży
odnajdę kamyk bursztynu
odetchnę rześkim powietrzem poranka
i uciszony zniknę uwolniony z ciała
Lamentacja po sobie samym
To jest czas zimowej nocy
spotkałem w nim
puste miejsce po sobie
gdzieś odszedłem
nawet nie wiem kiedy
i nie wiem dokąd
nie mogę odnaleźć z powrotem drogi
widzę innych ich twarze uśmiechy słyszę słowa
ich piękne ciała stworzone do miłości
przechadzają się po ulicach miast
siebie nie widzę nie słyszę
moje ciało zamieniło się w bezdomność
nikt w nim nie mieszka
nie ma już nikogo kim byłem
ktoś na zawsze zapomniał o mnie
i jestem kogo nie ma
Ostatni wiersz
Wśród świateł ziemi
nie ma ognia moich słów
wygasł
nic nie mówię
tylko stawiam na białej
kartce papieru krzyżyki liter
czy to wystarczy by ocaleć
gdy pustynia podchodzi pod mój dom
gdy drzewa zamiast o swoim istnieniu
myślą o dawno wymarłym korycie rzeki
może zdążę jeszcze podpisać swój ostatni wiersz
imieniem dawno zgasłego blasku
i jeszcze przez chwilę
popatrzeć na ziemię
z zachwytem
Rozpacz
Nigdy go już nie spotkam
młodzieńca odzianego w szkarłatne
szaty miłości
ominęło mnie jego nadejście
tak nagłe jak błyskawica
rozświetlająca niebo
w czasie letniej burzy
jest nieobecny
na drogach po których
idę przez czas snu i czas dnia
jego dłonie nie dotkną moich skroni
w geście ukojenia
nie spotkam go nigdy
bo zamknąłem przed nim
siebie na klucz który zaginął
gdy samotnie szedłem ścieżką
młodości
Arka Hioba
Ciemna ściana deszczu
zasłoniła na długie godziny świat.
Nie można było zobaczyć drogi
ani pobliskiego tropikalnego lasu.
Płynęli w domu pomiędzy strugami,
jakby zamknięci w arce
pomiędzy wezbranymi potokami
wody rzek, mórz i oceanów.
Nigdy nie zapomni tego dnia.
Powiedziała mu wówczas, że jeśli przeżyją,
to nie przebaczy mu tego, iż skazał ją
na życie w tym odległym zakątku
samotnej wyspy jednego z wielkich
archipelagów na Pacyfiku.
Przybyli tu, bo chciał uciec od świata brudnych gazet.
Jazgotu ciężarówek każdego ranka przemierzających
ulice rodzinnego miasta.
Zaklinaczy słów, w których nic nie było prawdą
tylko bełkotem upiorów.
Długich autostrad z ciągnącymi się sznurami
podobnych do siebie szarych samochodów.
Uciekli razem.
Kochała go, lecz nie zdawała sobie sprawy z tego,
że nie potrafi nagle wrosnąć w nową ziemię
jak młode drzewko.
Ten deszczowy kataklizm dopełnił
miary cierpliwości.
Gdy ustał, szybko wróciła na kontynent.
A on został sam w dalekim domu na końcu świata,
nie jak Noe po potopie, lecz jak ogołocony ze
wszystkiego Hiob.
Wiosenna wizja
Nie ma drogi powrotnej,
która cofnęłaby czas
do tamtej późnej wiosny.
Pomiędzy kwiatami nasturcji
i rojami pszczół, śpiewających
pochwałę zdrowia, siedział
zamyślony, w wygodnym
fotelu, nikomu nieznany mistyk.
W momencie, gdy słońce osiągało zenit,
otworzyły się w nim drzwi do poznania,
czym jest ta chwila niepowtarzalnie jedyna.
Wszedł w nią całym sobą
i zamieszkał przekonany, że nigdy
już nie powróci do chwil kolejnych
i następnych, które, przepływając,
przemieniane są w wody przeszłości.
Dzisiaj chciałby powrócić do tamtego
wiosennego południa i na zawsze
już stać się tym, kim był wtedy.
Kucharski
Na próżno.
Stary człowiek wyjeżdża nad morze
Stary człowiek wyjeżdża nad morze
Czas po
Przebudziłem się po drugiej stronie snu
Księżniczka narkoza była tym razem jeszcze łaskawa
Pozwoliła mi zamieszkać w domu w Nazarecie
Teraz jest to cichy kącik w szpitalu na Wrocławskiej w Krakowie
Pomiędzy oknem za którym pada grudniowy deszcz a kotarą za którą znajduje się sympatyczna pani pacjentka
Witam się tu z Madonną z Loretto w Jej dzień dziesiątego grudnia
Podłącza mi Ona kroplówkę jej kropelki to krople Krwi Jezusa są One nektarem życia darem łaski uzdrowienia
Kapią w podobnym rytmie co ziarenka Różańca przesuwane paciorek po paciorku
Lamentacja po sobie samym
To jest czas zimowej nocy
spotkałem w nim
puste miejsce po sobie
gdzieś odszedłem
nawet nie wiem kiedy
i nie wiem dokąd
nie mogę odnaleźć z powrotem drogi
widzę innych ich twarze uśmiechy słyszę słowa
ich piękne ciała stworzone do miłości
przechadzają się po ulicach miast
siebie nie widzę nie słyszę
moje ciało zamieniło się w bezdomność
nikt w nim nie mieszka
nie ma już nikogo kim byłem
ktoś na zawsze zapomniał o mnie
i jestem kogo nie ma





