Podkowa Leśna. Niedaleko mnie, dosłownie trzy przecznice dalej mieszka znany znachor N. Jego liczni klienci przejeżdżają obok mojego domu i nieraz się zatrzymują. Nie bacząc na wyraźną tabliczkę, informującą, że jestem lekarzem, dzwonią do furtki, żeby zapytać: „Jak dojechać do doktora N.?”.
Doktora N.! Mój Boże. Pamiętam szczęście w oczach moich rodziców, kiedy w sierpniu 1964 roku przyszła wiadomość, że dostałem się na medycynę. Ojciec, który wcale nie był sentymentalny ani przesadny w ocenach rzeczywistości, ale za to troszkę staroświecki, zamówił dla mnie wizytówki z napisem „student medycyny”. Mam je do dzisiaj w pudełku zawiązanym czerwoną tasiemką.
To była duża sprawa. Ziściły się marzenia rodziny, a jeden z kuzynów, któremu egzaminy na studia jakoś się nie udawały, powiedział z nutką złośliwości: „Podołasz, stary, podołasz”. Nikt nie brał pod uwagę, że czeka mnie (dosłownie!) zmiana osobowości i patrzenia na świat martwy i ożywiony. To się stało w ciągu pierwszych trzech latach studiów. Potem nastąpiło trzydzieści ciężkich lat dorabiania się tego, co mój sławny sąsiad, „doktor” Zbyszek N., osiągnął w ciągu miesiąca. Dwustu kolegów z mojego roku miało nastawienie podobne do mojego: nikt nie liczył na to, że będziemy się schylać po pieniądze leżące na ulicy. Natomiast będziemy tworzyć kolejne pokolenie inteligencji narodowej (nie mylić z inteligencją umysłu). Pewnie dlatego na co dzień przekonywaliśmy siebie wzajemnie, że medycyna daje nam otwarcie na świat niedostępny dla innych, w dużej mierze hermetyczny i jednocześnie bardzo ludzki. Sposób myślenia o człowieku, zaszczepiony już na zajęciach z anatomii prawidłowej człowieka, tak dalece różnił się od tego, z którym wchodziliśmy na uczelnię, że czuliśmy się wyróżnieni.
Po trzecim roku studiów, kiedy miałem za sobą pierwsze urzekające doświadczenia z kliniką, po raz pierwszy boleśnie zetknąłem się ze znachorem. Żona chorego znajomego zabrała męża ze szpitala i zawiozła na Saską Kępę do pana, który leczył kolorową wodą. Ja, student z mizerną wiedzą i słuchawkami jako wyposażeniem, miałem stanowić osłonę lekarską, bo pacjent był w ciężkim stanie. Na drzwiach „gabinetu” widniała kartka: „Za leczenie pieniędzy nie przyjmuję”. Wkrótce okazało się, że uzdrowiciel pieniądze przyjmuje, ale za barwioną wodę z kranu. Chory nie przetrzymał tej kuracji, choć miał szansę na wyleczenie chirurgiczne, z którego świadomie i za zgodą otoczenia zrezygnował na rzecz wyimaginowanej siły wyższej. Wiem, miał tylko cień szansy, ale szeptana propaganda zabrała mu nawet i to. Młody nadwrażliwiec, taki jak ja, musiał odebrać tę historię jako pierwszą w życiu powalającą klęskę, z którą nie pogodził się do dziś.
Od tamtej pory w mojej bibliotece rozrastała się półka z publikacjami na temat znachorstwa, medycyny niekonwencjonalnej, lecznictwa ludowego i niedostatków sztuki lekarskiej. Powiedziano i napisano o tym już tyle, że właściwie nie ma dziś żadnych problemów ze zdefiniowaniem odpowiednich pojęć czy określeniem stosunku do licznych zagadnień szczegółowych, w tym prawnych. Powtarzanie tego po raz kolejny może wydawać się bezsensowne, a jednak wciąż istnieje kwestia, z którą lekarze nie do końca dają sobie radę, cóż dopiero pacjenci, nagle wyrwani ze schematu codzienności.
Chodzi o pytanie, jakie pacjent zadaje lekarzowi: czy warto „z tym” (to znaczy z daną chorobą) iść na przykład do „doktora” N.
Doktora! Mój Boże. Przecież po pierwsze nie jest doktorem, po drugie jest doktrynerem, głoszącym, że potrafi leczniczo namagnetyzować wodę (także za pośrednictwem telewizji, niejako na wylot przez ekran), po trzecie może odciągnąć od nic niewartego a koszmarnego leczenia medycznego, po czwarte zmusza do zachowań niebezpiecznych, po piąte celowo i sprytnie zmniejsza zaufanie do medycyny, a także bierze pięć razy tyle ile lekarz. W dodatku jeśli pacjent tak stawia pytanie, to znaczy, że już dawno postanowił iść do healera albo że już nawet u niego był. Co robić, co odpowiedzieć?
Rzecz polega na tym, że nauka na szczęście dobrała się i do znachorów. Mamy w tym względzie wiele do zawdzięczenia między innymi psychologowi Leszkowi Mellibrudzie i socjologowi Magdalenie Sokołowskiej, którzy podali znaczące wnioski z badań pacjentów leczonych przez uzdrowicieli. Dziś wiemy się, że w jednej piątej (21%) przypadków wyniki oddziaływania znachorów są co prawda krótkotrwałe, ale niekiedy istotne. Po prostu dzięki znanym mechanizmom placebo i autosugestii chorych. To one powodują, że znachor miewa „sukcesy”, które są obiektem obiegowych a skutecznych informacji na zasadzie plotki. Mogą poprawić samopoczucie pacjentów akurat na taki okres, jaki jest potrzebny lekarzowi, na dwa tygodnie, miesiąc. Jeśli nie skłaniają do wyrzeczenia się usług medycyny, to nie powinny być szkodliwe. Choć pamiętam nierzadkie przypadki umierania na nowotwory nieleczone i zaniedbane z powodu wizyt u znachorów. Co za koszmar – ci ludzie mogli być już zdrowi, a jednak umierają…
Jak sobie poradzić z faktem istnienia znachorów? Mimo przepisów, kar i ścigania byli, są i będą. Czy jest na nich metoda?
Jest odpowiedź: dobry lekarz potrafi to wykorzystać. Tak jak dobry pisarz potrafi skorzystać z cudzej grafomanii i nauczyć się od niego, jak nie należy pisać. Ale też nie odrzucając tego, co grafoman przypadkowo naprawdę zrobił, napisał, co wymyślił jakich greps pożyteczny. Nowe słowo, nowy frazeologizm, nowa metafora, nowa „odzywka” w dialogu. Zastosowana źle, ale możliwa do użycia dobrze, trzeba wiedzieć tylko jak. W odróżnieniu od grafomana pisarz to wie (przeważnie dlatego, że ma to w genach). Nowy, ale niepoprawnie podany pomysł na kryminał, film, opowiadanie, wykład? Zła robota może być wstępem do dobrej. Czemu nie?
I w medycynie też trochę tak jest. Tylko trochę, ale jednak. Wiadomo – nastawienie pacjentów do choroby odgrywa nieraz kluczową rolę w zdrowieniu, dlatego nie należy, a czasem wręcz nie wolno rezygnować z możliwości poprawienia stanu ich ducha i uruchomienia nadziei w chorobie, bez względu na przyjętą metodę. Wiara w przyszłość jest nieoceniona. To znachorzy potrafią robić całkiem nieźle. Inne sprawy lecznicze potrafią dramatycznie, jeśli nie tragicznie, zepsuć, ale poprawianie samopoczucia pacjenta mają w małym palcu. Może warto się tego od nich nauczyć?
Niech zatem chorzy chodzą sobie do znachorów, ich sprawa, ich pieniądze. Ale, uwaga!, mają przede wszystkim przyjść do mnie, lekarza, przede wszystkim, bo to ja mam tym kierować, a nie uzdrowiciel. A pisarz niech jak najwięcej czyta, żeby wiedzieć, co nie jest warte naśladowania.
Piotr Müldner-Nieckowski





